poniedziałek, grudnia 22, 2008

Terra Sancta - obrazy Betlejem


Tutaj znajdziesz relację z mojego pobytu w Betlejem (dzień 6). Zabrakło tam zdjęć. A jako że za kilka dni nasze myśli podążą do Betlejem, zapraszam Cię do obejrzenia małego reportażu fotograficznego z tego niezwykłego miejsca. Opisem niech będzie zalinkowany trzy zdania temu tekst.


Widoki miasta... wieże minaretów, wieże kościołów.
Miasto oblężone, miasto otoczone murami getta...





Chmury niczym gołębie pokoju
Wejście do Bazyliki Narodzenia
Niespodziewana gra światła i cienia w górnej części Bazyliki






Obraz górnej części Bazyliki...






Zejście do groty, w której narodził się On...
Obrazy wnętrza groty, która stanowiła dwa tysiące lat temu pomieszczenie gospodarcze...




Srebrna gwiazda w miejscu, gdzie On przyszedł na świat...
Przywilej odnawiania tej gwiazdy mają tylko Ormianie



W grocie, czyli dziś w podziemiu Bazyliki, niezliczone lampy, obrazy, kurdybany...
Niepowtarzalna atmosfera. Nie opiszą jej żadne zdjęcia.







Innym razem pokażę Ci miejsce, gdzie czuwali pasterze, tzw. Pole Pasterzy...

C.D.N.

Terra Sancta, cz. 4


Kolejny odcinek relacji z mojej zimowej pielgrzymki do Ziemi Świętej. Tyle miesięcy temu przedstawiłem Wam poprzedni odcinek. Czas nadrobić zaległości. Przepraszam za brak polskich znaków w wielu miejscach. Pisałem tę relację na żywo, ale jednocześnie „na kolanie”, używając mojego pocket PC, a nie rozpracowałem jeszcze metody wpisywania polskich znaków w Office Mobile...

Dzien 7


Środa, 6 lutego 2008

Wyspani, wypoczęci, uspokojeni, wyciszeni rozpoczynamy Środę Popielcową w Jeruzalem. Po śniadaniu podjeżdżamy na szczyt Góry Oliwnej. Tu docieramy do meczetu na miejscu kościoła bizantyjskiego - wspomina o nim antyczna chrześcijanka, Egeria, pielgrzymująca w końcu starożytności do Ziemi Świętej. Kosciół Wniebowstąpienia Pańskiego. Rotunda, starozytne mury, mihrab. Raz w roku muzułmanie pozwalaja tu odprawić mszę św. W kamiennym obramowaniu mamy gołą skałę, z ktorej przeszedł do rzeczywistości niebiańskiej Pan Jezus. Całujemy, dotykamy tej skały. Modlimy sie i czytamy odpowiednie fragmenty Ewangelii. Wielu z nas zapala tu świece.

Kilkadziesiat metrow dalej wchodzimy na teren koscioła Pater noster. Pierwotna bazylika bizantyjska wspomniana przez Egerię - nazywala sie Eleone - zostala zniszczona przez Persow. Dzis mamy tu ruiny pierwotnego kościoła, grotę, w ktorej Pan miał nauczyc uczniow Modlitwy Pańskiej, kosciol powyzej, którym opiekuja sie siostry karmelitanki. Ksiadz Adam czyta modlitwe w jezyku Pana Jezusa, po aramejsku, a potem zaprasza nas do swietej groty. Spelunca in qua docebat Dominus apostolos in Monte Oliveti - glosi inskrypcja nad wejsciem do skalnego zagłębienia. Pod ciezkim sklepieniem resztki starozytnej absydy. Pieknie podswietlone surowe wnetrze. Tu narodzila sie najslynniejsza modlitwa chrzescijan. Idziemy do kruzganka klasztornego. Tam wsrod wersji wielojezycznych znajdujemy tez polski tekst modlitwy. Plytki ceramiczne ufundowala 8. Brygada Strzelcow w 1943 r. W kosciele są dziesiatki takich inskrypcji, często w egzotycznych jezykach. Jest tez Ojcze nasz po kaszubsku. Może kiedys znajdzie sie tu przeklad śląski? - zastanawiamy sie. Tak wielu z nas pochodzi ze Ślónska.

W koncu krotkim spacerem przechodzimy na zbocze Gory Oliwnej i podziwiajac niezwykly widok Jerozolimy docieramy do Kościoła Dominus Flevit ('Pan Zaplakal'). Tu ksiadz pokazuje nam wykopaliska z zydowskiego starozytnego cmenatrza. Ossuaria z czasow Pana Jezusa. Podchodzimy do kosciola, którym opiekuja sie franciszkanie. Wspaniala panorama Świętego Miasta. To stąd wjezdzajacy do Jerozolimy Pan Jezus zaplakal nad mieszkancami Miasta. Kosciol stoi na miejscu swiatyni z czasow bizantyjskich. Jego kopula ma przypominac łzę. Poniewaz wewnatrz jest teraz msza, podchodzimy pojedynczo i zagladamy dyskretnie. Za oltarzem piekny widok na Stare Miasto. Czytamy tez przed kosciolem Ewangelie i ks. Adam wyjasnia nam, co sie stalo ze Świątynią Jerozolimską. Kopula Skały - meczetu z VI w., którego dach pokrywaja 3-milimetrowej grubosci plytki z czystego zlota - kryje skale Morii. Tam Abraham miał zlozyc Izaaka w ofierze, tam tez wedlug wierzenia muzulmanskiego Mahomet miał być wziety do nieba. Spogladamy również na meczet Omara, na masywne mury obronne, na zydowskie cmentarze w Dolinie Jozafata. Ksiadz opowiada o zydowskich zwyczajach pogrzebowych. Teraz spogladamy na cerkiew sw. Marii Magaleny ufundowaną przez Cara Aleksandra III. Piekne zlote kopuly rozswietlaja naszą perspektywe z prawa. Widzimy zamurowana Brame Zlota. To brama do dawnej Swiatyni. Przez nia przechodzil Pan Jezus i Apostolowie.

Stroma droga schodzimy w dol do Ogrodu Getsemani. W tutejszym kosciele - Kosciele Narodow - mamy msze swieta. Byłem tu już dnia pierwszego. Dzis zalezy mi na odwiedzeniu sasiadujacej z tym miejscem cerkwi sw. Marii Magdaleny. O 10.00 sprobuje tam podejsc...

Okazalo sie, ze cerkiew otwarta jest tylko we wtorki i czwartki. Sprobuje jutro. Zaczyna sie tymczasem msza. W polmroku bazyliki rozbrzmiewa spiew Gorzkich żalów. Coraz lepiej rozumiem sens dzisiejszego dnia. Zaczyna sie Wielki Post. Głód ściska żołądek, ale wyostrzają się zmysły. Jasniejszy tez staje sie umysl. Przygotowuje sie do spowiedzi, do ktorej chce przystapic jak najszybciej. W czasie kazania ks. Jan mowi o grozie grzechu i zacheca nas do stworzenia w sobie bardzo konkretnego planu co do naszych relacji z Bogiem. Czy zycie duchowe może istniec bez szerszej perspektywy? A zatem co jest tym elementem mojego zycia, ktory jest zasadniczym grzechem, z którego wyplywaja inne grzechy. Może to być pycha - nie slucha sie wtedy innych, nie ma w zwiazku z tym postepu w zyciu duchowym. Blokuje sie serce przez brak posluszenstwa - nie wie sie przez to, ze ratunkiem jest pokora. Ksiadz Jan zaczyna tymi slowy wielkopostne rekolekcje. Kaplan zacheca nas do wypisania sobie w punktach naszego planu nawrocenia. Jaka jest moja najwieksza wada? Jak pracowac nad jej zwalczeniem? Trzeba o tej wadzie myslec podczas codziennego rachunku sumienia. Do tego dodac umartwienie. Wszystko z milosci do Pana Jezusa. Wszystko z pomoca Laski Bozej.

Kaplan posypuje nasze glowy popiolem. To chyba moja pierwsza Sroda Popielcowa poza domem. Zaczyna sie Post...

Po mszy nasza uwage przyciaga cerkiew Zasniecia Maryi Panny. Przez gotycki portal z czasow krzyzowcow wchodzimy w polmrok. Dlugie schody pod orientalnymi lampami, wsrod swietych ikon prowadza w dol. Tam w prostej, ale dosc obszernej nawie znajduje sie sanktuarium Zasniecia Najswietszej Panny Maryi. Przez malenkie drzwiczki wchodze do malenkiego wnetrza. Za szyba kamienne loze, jakby katafalk, z którego Maryja zostala - wedle tutejszej tradycji - zabrana do nieba. Modle sie, wciagam w siebie wszystkimi zmyslami ducha tego miejsca. Zapalam swiece w intencji najblizszych. Patrze na piekne ikony.

Wychodzimy i idziemy na miejsce zbiorki, a potem autokarem na tzw. Chrzescijanska Gore Syjon. Tam odwiedzamy tzw. Grób Dawida (tradycja tego grobu siega czasow krzyzowcow, ale jest dosc prawdopodobne, ze nie spoczywa tam wcale krol Izraela). Zaczytani, rozmodleni pobozni zydzi, mnostwo ksiazek, hebrajskich inskrypcji, mezuzy na odrzwiach, wielu pielgrzymow i turystow. Nad Grobem Dawida znajduje sie slynny Wieczernik - tu, na tej posadzce Pan Jezus i Apostolowie spozyli Ostatnia Wieczerze. Tu nastapilo Zeslanie Ducha Swietego. Nad nami gotyckie sklepienia z czasow krzyzowcow. Slady funkcjonowania tego miejsca jako meczetu, np. mihrab. Dzis Wieczernik należy do zydow. Trudny jest dialog, bo nizej jest ten być może pozorny Grob Dawida. Msze w miejscu pierwszej mszy odbywac sie mogą tylko sporadycznie. Gdyby kiedys odkryto Grob Dawida w innym miejscu, ten pierwszy na swiecie kosciol wrocilby do chrzescijan. Wchodzimy na dach Wieczernika - niezwykly widok.

Potem odwiedzamy kosciol ufundowany przez cesarza niemieckiego Wilhelma II - kosciol Zasniecia Najswietszej Maryi Panny, czyli Dormitio. Nareszcie spowiedz. Dziekuje Bogu za te laske. Dziekuje za ksiedza Adama. Kosciol jest budowla w stylu pruskim. Wiele mozaik. Swieci niemieccy, herby niemieckich landow i miast. Szukamy symboli Śląska. Figura z Zasnieciem w krypcie. Obok kosciola bardzo sympatyczny sklep z pamiatkami. Potem nastrojowymi uliczkami (zydowski nieporzadek, troche budowlanego chaosu, ale duzo porzadniej niż w miejscowosciach arabskich) dochodzimy do kosciola sw. Piotra w Gallicantu. W miejscu palacu Kajfasza stoi swiatynia - drugi już tutaj kosciol. Obecna swiatynia ma lekka konstrukcje, a mozaiki z francuskimi inskrypcjami przedstawiaja scene apokaliptyczna z sadzeniem dwunastu pokolen Jakuba. Schodzimy do kosciola dolnego. Tam widzimy skale, relikty ciemnicy, w ktorej przetrzymywano naszego Pana, piekne obrazy wzorowane na bizantyjskich ikonach, ktore przedstawiaja sceny zaparcia sie sw. Piotra. Modlimy sie - koronka do Milosierdzia Bozego. Potem schodzimy w dol cysterny, w ktorej jako ciemnicy miał być przetrzymywany Pan Jezus. Wszyscy są poruszeni. Ksiadz Adam odczytuje tam slowa Psalmu.

Teraz siedze na schodach prowadzacych do Palacu Kajfasza. Czesc tych Swietych Schodow, po których stapal cierpiacy Pan Nasz na sad przewiozla sw. Helena do Rzymu. Jako Scala Santa są one umieszczone kolo Bazyliki Sw. Jana na Lateranie. Ludzie klekaja na stopniach, modla sie. Jest 14.50. Nagle zewszad zaczyna sie spiew muezinow. Meczety rywalizuja miedzy soba. Spiew niesie sie z kazdej strony. Wyja psy (w krajach islamu tak ich niewiele - muzulmanie nie lubia psow, bo podobno jeden z nich ugryzl Proroka Mahometa). Jerozolima...

Potem wychodzimy w kierunku autobusu. Po drodze zatrzymujemy sie w punkcie widokowym. Patrze na wzgorza wokół Jerozolimy. W dali widac mur wokół Autonomii Palestynskiej. Przed nami Gory Moabu, Gora Oliwna, po lewej zas panorama Starej Jerozolimy.

W drodze do hotelu wstapimy do pracowni diamentow. Szlifiernia to tak naprawde centrum roznych sztuk. Ogladamy wiele roznych warsztatow. Oprocz drogocennych diamentow i bizuterii są tez obrazy, kaligrafie, ceramika. Oprowadza nas sympatyczna Zydowka ze Slowacji.

W drodze do hotelu ludzie wymieniaja w banku pieniadze. Kolacja bardzo mi smakuje po calym dniu poszczenia. Potem spotkanie z Bessamem i jego zona, a w pokoju proba spiewu przed urodzinami ksiedza Jana (scena jak z Rejsu).

Konczy sie Sroda Popielcowa w Jerozlimie...

Dzien 8


Czwartek, 7 lutego 2008

Po sniadaniu wczesny wyjazd. O 7.30 podjezdzamy do Starego Miasta. Ksiadz Adam czeka na nas przy Bramie Nowej. W planie naszym dzis najwazniejsze miejsce na ziemi - Bazylika Grobu Swietego, gdzie Bog zostal przez czlowieka zabity i gdzie zmartwychwstal zbawiajac ludzkosc. Jadac ku Staremu Miastu modlimy sie, a ks. Jan ma wyklad o sumieniu. Po prawej cmentarz zydowski, niebawem Dolina Jozafata, po prawej mury Jerozolimy. Spory ruch na drogach, o maly wlos jestesmy swiadkami wypadku samochodowego. Jasny, sloneczny dzien. Może podobny do tego wiosennego Dnia, gdy Pan oddal za nas Swe zycie.

Objezdzamy stara Jerozolime aby dotrzec do polnocno-zachodniego naroznika murow obronnych. Tam przez Brame Nowa wejdziemy do Dzielnicy Chrzescijanskiej.

Idziemy waskimi, zacienionymi uliczkami. Mijamy Patriarchat Grecki. Po kilku niespodziewanych zakretach pojawia nam sie wyczekiwana, upragniona Bazylika Grobu Swietego... To cel calej naszej pielgrzymki. Mistyczne przezycie, o którym trudno pisac. Modlitwa na Golgocie - gdy zajalem sie w tym swietym miejscu bateriami z aparatu pana Kazika golab mieszkajacy powyzej napomnial mnie swoim guano spadajacym na glowe. Modle sie w miejscu, gdzie stal Krzyz. To centrum Wszechswiata! Potem plyta namaszczenia pachnaca olejami swietymi, Grob Swiety, Kaplica Krzyzowcow. Msza - kazanie ksiedza Jana. Kaplan odwoluje sie do naszej wyobrazni. Przed naszymi oczami pojawiaja sie aktorzy planu pierwszego i dalszych planow. Są tu ci, którzy przyszli popatrzec, cieszyc sie z nieszczescia, są tacy, którzy przyszli być z Jezusem, są tez tacy, którzy przyszli z obowiazku. Msza swieta jest Ofiara. Dokonuje sie w jej czasie to samo, co stalo sie 2 tys. lat temu na Golgocie. Jak uczestnicze we mszy swietej? Do ktorej kategorii ludzkiej ja naleze?

Komunia Swieta. prawdziwa i wieczna ofiara, ktora dokonala sie raz tutaj, na Golgocie, i od tego czasu na kazdej mszy.

Idziemy ku Scianie Placzu. Wielkie szczescie, bo wlasnie dzis odbywa sie tu Bar Micwa. Zgielk, radosc, spiewy, taniec hasydow, modlitwy. Potem przez Dzielnice Zydowska do kosciola syriackiego. Wedlug chrzescijan syriackich to tu był Wieczernik. Ogladamy swieta ikone, ktora wedlug tradycji syriackiej zostala namalowana przez sw. Lukasza. Przedstawia Matke Boza sportretowana już po Wniebowstapieniu Pana Jezusa. Pani, ktora pilnuje tego miejsca, opowiada o cudzie uzdrowienia z nowotworu, którego to cudu była ona swiadkiem. Sprzedaje nam swiety olej z cudownej ikony i spiewa modlitwe Ojcze nasz po aramejsku.

Idac z powrotem w kierunku Zachodniej Sciany najwolniej idace osoby gubia sie w labiryncie uliczek. Jestem z nimi. Pytamy o droge. Nie pytaj nigdy muzulmanina! Chlopak o kaprawych, klamliwych oczkach kieruje nas w boczna, pusta uliczke. Dobrze, ze go nie posluchalismy. Trafiamy zgodnie ze wskazowkami Zydow. Czekamy na reszte grupy pod Zachodnim Murem (grupa w tym czasie oglada replike menory ze Swiatyni Jerozolimskiej). Radosc! Pobozni Zydzi czestuja nas slodyczami z okazji Bar Micwy ich syna! Smaczniutkie...

Potem razem idziemy na teren Meczetu Al-Aksa i Meczetu Skaly. W jasnym sloncu stajemy na placu dawnej Swiatyni Jerozolimskiej. Spokoj, mimo licznych grup dosc cicho. Nie wejdziemy do meczetow - od 2000 roku, od ostatniej Intifady - wejscie jest zamkniete dla niemuzulmanow. Mimo to chce dostac sie pod Kopule Skaly. Chce dotrzec do Skaly Morii - tam, gdzie Abraham skladal niedoszla ofiare ze swojego syna Izaaka. Potwierdza sie jednak, ze do meczetu mnie nie wpuszcza...

Schodzimy z terenu dawnej Swiatyni. Podchodzimy do dawnej Bramy Pieknej, dzis zwanej Brama Zlota. Ma ona dwa łuki - przez muzulmanow zwane Brama Milosierdzia i Sprawiedliwosci. Czas dla niewiernych sie konczy. Brodaty straznik wygania nas z terenu meczetu. Idziemy Brama sw. Szczepana w kierunku Via Dolorosa.

Odwiedzamy piekny romanski kosciol sw. Anny. Jedno z dziel krzyzowcow z XI w. To tu wedle tradycji miał być dom rodzicow Maryi - sw. Joachima i sw. Anny. obok archeologiczne relikty sadzawki Bethesda. Ks. Adam czyta fragment Ewangelii o uzdrowieniu dokonanym przez Pana Jezusa w tym wlasnie miejscu. Chwila odpoczynku, a potem rozaniec w romanskim, prostym wnetrzu bazyliki.

Idziemy na teren dawnej twierdzy Antonii. Znajduje sie tu dzis szkola koraniczna, posterunek izraelskich zolnierzy i przede wszystkim franciszkanski kosciol Biczowania - Flagellatio. Rozpoczynamy Droge Krzyzowa...

Idziemy na teren szkoly koranicznej - Stacja I. Stacja II znajduje sie na terenie resztek Twierdzy Antonii. Zwiedzamy muzeum, spogladamy na posadzke Lithostrotos. Ruszamy dalej. Via Dolorosa biegnie przez Dzielnice Muzulmanska. W czasie modlitwy doswiadczamy pogardy i drwin. Pan Jezus do tego doswiadczyl jeszcz potwornego bolu, ciezaru krzyza, ciosow... Przy jednej z ostatnich stacji docieramy znowu do Bazyliki Grobu Swietego. Tam dolaczamy do nabozenstwa ojcow franciszkanow. Z nimi wspinamy sie znowu na Golgote, schodzimy w kierunku Grobu Swietego i dochodzimy do Kaplicy Krzyzowcow. Lacinskie spiewy, lacinskie modlitwy, zapach kadzidla, swiece. Staje w kolejce do Grobu Swietego. Warto stac jak najblizej jego scian - wtedy kolejka mija szybciej (w tym czasie grupa zwiedza inne czesci Bazyliki). W koncu prawoslawny grecki mnich wpuszcza mnie wraz z jedna osemka czy dziesiatka pielgrzymow.

Wchodze w polmrok przedsionka. Sciany Grobu ozdobiono plytami z marmuru. Kamienna inkrustacja. Dwie swiece. Caluje kawalek oryginalnej sciany grobu, w którym Jozef z Arymatei pochowal Cialo Naszego Pana. Wchodze do wlasciwego Grobu. Malenka przestrzen, plaska plyta kamienna, ktora dotykaly już zapewne setki milionow dloni, do ktorej niezliczeni pielgrzymi przykladali czola, ktora miliony razy calowano. Plyta, na ktorej lezalo Cialo Jezusa, ma kolor i desen, ktory przypomina lekko Calun Turynski. Jest jakby przepalona swiatlem Zmartwychwstania. Nad nia ikony, swiece, w gorze lampy oliwne. Prostota i cisza. Swiatlem jest jedynie blask swiec. Czuje, ze jestem w centrum Wszechswiata. Prosze Pana o cud przemiany mojego serca. Wracam do Swietego Grobu raz jeszcze z nasza grupa. Wtedy robie pamiatkowe zdjecia.

Zbieramy sie. Na dworze już ciemno. Mamy dwadziescia minut na ostatnie zakupy na targu i wracamy do autobusu. Potem kolacja i sen. Wszyscy potwierdzaja, ze był to najpiekniejszy i najwazniejszy dzien tej pielgrzymki.

Jutro o 6.00 pobudka, o 6.45 wystawiamy bagaze przed pokoj, o 7.00 jemy sniadanie i o 7.30 jest nasz wyjazd - zmierzamy na msze do Betanii, a potem zmierzamy do kolejnego kraju na naszej trasie - do Jordanii.

Sny... Po tylu czwartkowych przezyciach snilem, ze dalej chodze po Jerozolimie i odkrywam nastepne cudowne miejca, ze doswiadczam cudow.

Dzien 9


Piątek, 8 lutego 2008

Wszystko zgodnie z planem. Zostawiam 120 dolarow napiwkow w recepcji. Zjezdzamy z Gory Oliwnej w kierunku wschodnim. Jedziemy do Betanii. Nieoczekiwany dodatek do programu. Spotkanie z ksiedzem Adamem, modlitwa poranna. Piekne widoki o poranku. Ksztaltne wzgorza porosle drzewami iglastymi, kamienne terasy, miasteczka na szczytach. Szeroka, dobra droga. Jasne niebo - zapowiada sie pogodny dzien. Przejezdzamy przez bardzo chaotyczna miejscowosc. Droga sie pogorszyla. Mnostwo szyldow: firmy, sklepiki, zaklady. Mnostwo smieci.

To Al Azariya, czyli Lazaret - dawniej Betania. W Betanii mieszkali przyjaciele Pana Jezusa: Lazarz i jego siostry - Maria i Marta. W miejscu, gdzie mieszkali znajduja sie koscioly chrzescijanskie. Dojezdzamy przed czasem. Można zrobic jeszcze raz zakupy. Potem podchodzimy do Grobu Lazarza. Stoi nad nim dzis meczet. Przy wejsciu do grobu czytamy Ewangelie. Ze sklepow obok dobiega zapach mirry. Wchodzimy po 4 osoby. Ksiadz mowi, ze wedlug tradycji Lazarz wyemigrowal na Cypr i jego ostateczny grob znajduje sie w Larnace.

Kupuje mirre i kadzidlo oraz przyprawe do warzyw. Przechodzimy do kosciola. Ogladamy ruiny romanskiej swiatyni krzyzowcow. Muzulmanie zbudowali meczet tu obok tak, ze zablokowali pierwotne wejscie do grobu Lazarza. Dzis z pierwotnego kosciola zachowaly sie zarysy konstrukcji, pilastry, kilka mozaik. Wspolczesny kosciol tuz obok nawiazuje do budowli romanskiej. Przestronna i ladna swiatynia na planie krzyza greckiego. Dobre artystycznie mozaiki. Opiekuja sie tym miejscem franciszkanie. Czekamy na nasza msze.

Czytanie w wskrzeszeniu Lazarza. Kazanie glosi dzis ks. Adam. Mowi, ze dzisiejsza Ewangelia ma dwa glowne przeslania: jedno o milosci Boga do nas, drugie o tym, ze Pan jest zmarwychwstaniem i zyciem. Bog wzrusza sie, Bog przyjmuje nasze ludzkie uczucia. Wzrusza sie, placze wspolczujac tym, których miluje.

Po mszy mamy 40 min. drogi do granicy z Jordania. Jedziemy do mostu Alembi. Miniemy Jerycho. Granica robi dobre wrazenie. Po stronie izraelskiej srodki ostroznosci, ale zyczliwosc. I znowu sami bardzo mlodzi pogranicznicy, zolnierze, celnicy. Po stronie jordanskiej przewodnik Khaled zbiera paszporty, a my możemy sobie swobodnie robic zakupy w sklepie bezclowym (niskie ceny!). Swiadectwem 50-letniej wojny miedzy Izraelem i Jordania jest bardzo szeroki pas ziemi niczyjej, po którym rozsiano miny (z tego powodu prawie niemozliwe jest odwiedzic miejsce Chrztu Pana Jezusa. Ale z daleka widzimy to miejsce).

Jordania to kraj niemal wylacznie muzulmanski. Ale chrzescijan jest tu wiecej niż w Izraelu - prawie 6%. W duzej czesci to uchodzcy z ogarnietego niepokojami Iraku. Boze, ile trzeba sily i wiary, żeby trwac przy Chrystusie w tak nieprzyjaznym swiecie!

Jordania wyglada biedniej i brudniej niż Izrael. Jest tu jeszcze wiecej wojska niż w poprzednio odwiedzanym kraju. W autokarze (starszy niż ten w Izraelu) oprocz 37-letniego przewodnika Khaleda (typowy Arab w hatta, czyli chuscie beduina; ma szescioro dzieci i zaledwie około 40 lat!) i kierowcy Abdula mamy tez na stale zolnierza Abdula. Towarzyszy nam przez caly czas, jest naszym "aniolem strozem", pilnuje naszego bezpieczenstwa, ale są momenty, gdy pilnuje i nas przed robieniem zdjec (np. nie pozwolil nam fotografowac Parlamentu Jordanii) itd. Kto wie czy nie pilnuje Khaleda, żeby nie mowil nam niepożądanych rzeczy. Przewodnik twierdzi, ze Jordania jest wolna, demokratyczna, ze kobiety maja tu rowne prawa z mezczyznami itd. My jednak widzimy swoje. Kontrola i cenzura, kult wladcow (wszedzie ich portrety), mezczyzni mogą mieć wiele zon.

Amman ma az 3 mln mieszkancow. Brzydkie miasto, choc starozytne pozostalosci kilku nastepujacych po sobie kultur. Wpierw mijamy budowle reprezentacyjne: Meczet Krolewski z lat 80. XX w. (odpadajace kostki mozaik, nie można wejsc, bo dzis swiateczny dla muzulmanow piatek), Parlament (instytucja pozornej wladzy, bo i tak wladca jest tu monarcha; nie wolno fotografowac - mowi nasz "aniol stroz"), brama Palacu Krolewskiego (sam palac zakryty przed naszymi oczami; bramy nie fotografujemy, bo zakaz zatrzymywania sie). W koncu docieramy do centrum i zatrzymujemy sie przy Wzgorzu Cytadeli. Osadnictwo trwa tutaj od XIII w. p.Ch. Byla tu stolica Ammonitow, wrogow Izraela. Potem rzadzilo tu Panstwo Assyryjskie, Babilonia, Persja, Seleucydzi, w koncu Imperium Rzymskie. W VII w. pojawili sie tutaj muzulmanie. Z kazdej z tych epok pozostaly tu jakies pamiatki: ruiny swiatyn, bazylik i palacow. Odwiedzamy ciekawe muzeum. Sa tu m.in. zwoje znad Morza Martwego, wiele przedmiotow od epoki neolitu po czasy muzulmanskie. Ciekawa kolekcja. Przechodze przyjrzec sie ruinom. Potezna rzymska swiatynia Herkulesa na miejscu dawnej swiatyni Amona, resztki bazyliki chrzescijanskiej, brama wejsciowa na teren dawnego palacu islamskich Umajjadow. Na horyzoncie majestatyczna flaga Jordanii: maszt - 136 m, flaga dlugosci 60 m! Umawiamy sie z naszym Kheledem i Abdulami za pol godziny w autokarze. Potem jedziemy dalej, do samego centrum.

Zatrzymujemy sie przy dobrze zachowanych ruinach rzymskiej Philadelphii. Teatr, hipodrom, bazyliki, forum. Kheled zaprasza nas do kawiarenki. Samo centrum miasta, okolice rzymskiego forum, a kawiarenka niestety obskurna, obrusy szare i dziurawe. Za to dobra herbata i kawa z kardamonem. Nie zdazylem zapalic sziszy... W koncu jedziemy przez biedne, malo efektowne centrum do hotelu. A hotel jest niespodzianka. Piekny, wygodny, ladnie zaprojektowany. Mila obsluga. Gdy wchodzimy do recepcji odbywa sie wlasnie w przestronnym holu spotkanie dwoch bogatych rodzin - ustalaja szczegoly finansowe i praktyczne zaslubin przyszlych panstwa mlodych. Takie malo romantyczne, ale dla nas ciekawe zrekowiny.

Odpoczywamy, potem jemy wyborna kolacje. Poczestunek godny najlepszych firm kateringowych - pieknie podane salatki o roznorodnych smakach, zupa, kurczaki, klopsy z baraniny, zapiekane kalafiory, pyszny deser w formie przypominajacej nasze slaskie makowki, ale bez maku: jakby chalka maczana w mleku z dodatkiem mussli, cynamonu, bakalii... Wieczorne spotkanie z nieszporami, wspomnieniami i dyskusja o modlitwie za pomoca wypisywanych karteczek (jak to widzielismy wczoraj przy Scianie Placzu).

Wieczor w hotelowym barze przy butelce Corony. Czuje, ze bedzie to moje ulubione miejsce, gdy grupa wroci do Hamburga, a mnie pozostana jeszcze trzy noce w Ammanie. Bo coz innego tu robic...?

Gadam z barmanka. Dziewczyna pochodzi z Filipin. Wyemigrowala za praca do Dubaju, a potem do Jordanii. Mowi o tym, co robia muzulmanie, "gdy Allah nie widzi". Alkohol, zle traktowanie kobiet, chamskie propozycje. Dziewczyny na ulicy musza nosic zakrywajacy twarze stroj, zeby uniknac zaczepek. Lepiej byc w hotelu.

Jutro sniadanie o 6.30. Wyjazd o 7.15.

Dzien 10


Sobota, 9 lutego 2008

Juz o piatej budzi mnie muezin z pobliskiego meczetu. Rytmiczny zaspiew przed wschodem slonca, modlitwa do Allaha, wychwalanie najwyzszego. Kolejny raz spiew z minaretu rozleje sie po krajach islamu w poludnie. Mamy dzis sobote, czyli w zasadzie w Jordanii dzien wolny po swiatecznym piatku, ale niektore firmy dzis pracuja (czyli w zasadzie jak polska sobota).

Przed wyjazdem do Gedary musze pomoc osobom, ktore zmogla niestrawnosc i biegunka. Maramija to arabskie ziola, ktore maja pomoc, gdy wynalazki zachodniej medycyny zawodza.

Ruszamy. Jest 6.30. Przed nami 2,5 h drogi na polnoc. Snieg wciaz lezy na zboczach pagorkow. W Jerozolimie juz dawno stopnial. Tu wciaz widzimy slady niedawnych opadow. Ulice Ammanu wydaja sie dzis przyjazniejsze. Sluzby miejskie w pomaranczowych kombinezonach sprzataja ulice, policjanci w pikelhaubach z dlugim tylem zakrywajacym szyje pilnuja ruchu (mnostwo radarow i policji na drogach Jordanii!), zolte taksowki i biale taksowko-busiki zapelniaja ulice...

Modlimy sie. Ksiadz Jan wprowadza nas w biblijne tlo naszego dzisiejszego dnia. Jedziemy bowiem do Gileadu, o ktorym kilka dni temu opowiadal nam ks. Adam. Prezbiter Jan mowi, ze dzieki takim dniom jak dzis Biblia staje sie dla nas bardziej zywa. Cala Biblia mowi nam o naszym Panu, Jezusie Chrystusie, Joszui Messaji - Stary Testament nie moze byc zrozumialy bez Nowego, a Nowy bez Starego. Dzis jedziemy sladami Starego Testamentu...

Pustynne krajobrazy mijaja za szyba w rytm Godzinek. Slyszac te maryjne piesni ogarniam wspomnieniem wiele dawnych pielgrzymek, gdy poznawalem Godzinki. Tylko 4% powierzchni Jordanii nadaje sie pod uprawy a zaledwie 1% pod hodowle. To widac. Wszedzie dominuja odcienie zolci, pomaranczu i brunatnosci. Skaly, piachy, glina. Lekka mgle rozswietla wspinajace sie w gore slonce. Coraz cieplej. Jedziemy autostrada, ale jej powierzchnia jest juz dosc zniszczona. Gdy wjezdzamy w doliny, pojawiaja sie lasy iglaste. To zapewne czarna sosna srodziemnomorska, z jakiej zrobiony byl krzyz Pana Jezusa. Przy chaotycznie zaplanowanych wioskach gaje oliwne. Miedzy dwoma pasami ruchu palemki, sosny, krzaczki. 6.30 pobudka; 7.00 sniadanie, 8.00 wyjazd

W koncu Gadara. Jedno z miast Dekapolu wymieniane w Starym i Nowym Testamencie. Piekne pozostalosci grecko-rzymskiego osrodka kultu, sztuk i nauk. Przechodzimy do tzw. Zachodniego Teatru, potem msza swieta w ruinach chrzescijanskiej bazyliki z czasow bizantyjskich. Czytanie z Izajasza o podniesieniu nas z rumowiska, gdy oddamy swoje zycie Panu. A my stoimy wsrod ruin, powalonych scian i kolumn pradawnej katedry z czasow, gdy zamiast islamu panowal tu Jezus Chrystus. Ksiadz pieknie opowiada o uczcie, do ktorej jestesmy zaproszeni.

Po mszy przechodzimy na cardo, czyli os miasta - glowna ulice z dobrze zachowanymi plytami bazaltowymi, kolumnadami... Widok na Wzgorza Golan. Na parkingu sok z granatow, zakupy pamiatek. Od dzis w Jordanii nosze tradycyjne nakrycie glowy beduinow - hatta.

Dwie i pol godziny drogi do biblijnej Gerasy, dzis zwanej Jerash. Obok Pompejow najpiekniejsze miasto rzymskie, jakie widzialem w swoim zyciu. Brama tryumfalna Hadriana, hipodrom, na ktorym odbywaja sie pokazy wyscigow rydwanow, forum w ksztalcie elipsy z jonskimi kolumnami, cardo, liczne swiatynie poganskie i chrzescijanskie, wspanialy teatr. Monumentalne, 20-tysieczne miasto. Wedrujemy jego ulicami, wyobrazamy sobie klimat tego miasta w czasach jego swietnosci.

Potem zakupy pamiatek, odwiedzam tez restauracje, probuje tutejszej smakowitej sziszy. Wywoluje zyczliwe zainteresowanie moim nakryciem glowy. Arabowie ciesza sie, ze nosze sie tak samo jak oni, ze bialy z Europy ubral cos, co jest typowe dla tego kraju. Mowia: "Salam, beduinski szejku!"...

A potem wracamy do hotelu. Dobra kolacja, rozliczenie sie z zebranych od ludzi pieniedzy, nocleg.

Dzien 11


Niedziela, 10 lutego 2008

Wyjazd z hotelu o 7.30. Swieta Gora Nebo. Msza swieta w kaplicy franciszkanskiej. Urodziny ksiedza Jana. Msza za niego i za mnie. Wielkie przezycie. Eucharystia pod dwiema postaciami: wino i chleb niekwaszony (arabska pita). Wielki wiatr na wysokosci 800 m n.p.m. Krzyz z elementem weza miedzianego. Pomnik upamietniajacy wizyte Jana Pawla II w 2000 r. Odwiedziny w niezwyklej wytworni mozaik. Zakupy. Przejazd do Madary. Wedrowka z parkingu arabskimi uliczkami pelnymi sklepow. 60% mieszkancow to chrzescijanie. Odwiedziny w greckim prawoslawnym kosciele sw. Jerzego. Mozaikowa mapa Bizancjum z fragmentem ukazujacym Ziemie Swieta. Przewodnik wyjasnia tresc i symbolike. Wiele innych mozaik i ikon. Potem 3 h podrozy do Petry. Pustynia. Trasa biegnie wsrod piaskow i skal. Niewiele osad. Klima szwankuje, ale udaje sie opanowac sytuacje. Dojezdzamy do Petry. Ladny hotel z kolonialna atmosfera. Obsluga arabska, pokojowe ze Srilanki. Brak alkoholu. Jedziemy do lazni, do hamamu. Dwie godziny odnowy biologicznej: laznia, polewanie sie zimna i goraca woda, potem zdzieranie naskorka i w koncu masaz mydlinami. Po wszystkim siedzimy w arabskich klimatach, ziola arabskie, wesolo. O 20.00 kolacja. Dalsze swietowanie urodzin. Nad wszystkim niezwykly ksiezyc - rogalik rozlozony poziomo, zwany po arabsku hilal (pelnia nazywa sie qamar).

Dzien 12


Poniedziałek, 11 lutego 2008

Pobudka w hotelu w Petrze. Slonce wstalo tutaj wczesniej niz w Ammanie. A moze to tylko zludzenie? Jestesmy zaledwie 300 km na poludnie od stolicy. Plan dnia jest taki, ze po sniadaniu znosimy bagaze do przechowalni i rychlo wyruszamy zwiedzac starozytne pozostalosci stolicy Nabatejczykow.

Petra to jedna z najciekawszych atrakcji Bliskiego Wschodu. O 8.00 jestesmy gotowi. Wejscie do kamiennego miasta znajduje sie ok. 100 m od naszego Edom Hotel (sam hotel chyba najwygodniejszy ze wszystkich dotychczasowych). Po odebraniu biletow nasz ubrany w hatta Khaled tlumaczy nam, co zobaczymy w Petrze. Obszar 50 km² mozna zwiedzac wiele dni. My mamy na to 5 godzin. Dojedziemy i dojdziemy do najciekawszych miejsc Petry - zobaczymy m.in. slynny "Skarbiec" uwieczniony na setkach fotografii.

Pierwszy odcinek drogi odbedziemy konno. W ramach naszej oplaty za wstep pierwsze i ostatnie poltora kilometra mozemy spedzic w siodle. Dawno nie siedzialem na konskim grzbiecie, ale pewnych rzeczy sie nie zapomina. W jedna strone moj bialy rumak jest prowadzony przez wlasciciela, ale z powrotem popedze samodzielnie (chlopiec, do ktorego nalezy kon bedzie w niego rzucal kamykami, zeby chcialo mu sie w ogole ruszyc). Z konskiego grzbietu podziwiam niezwykle uksztaltowanie terenu - wznoszace sie wokol skaly o barwie pustynnego piasku. Pojawiaja sie pierwsze wykute w litej skale budowle. Rozowe i cynamonowe piaskowce. Widac linie sedymentacji, gdy przed milionami lat tworzyly sie te skaly na dnie oceanu. W Petrze, biblijnej Sela (pierwsza nazwa grecka, druga semicka - obie znacza 'skale') znajduje sie okolo 800 zabytkowych budowli! Wedlug lokalnej tradycji to tutaj Mojzesz mial uderzyc swa laska w skale, w wyniku czego pojawila sie woda, ktora napoil spragnionych Izraelitow. Wpierw podziwiamy tzw. Bloki Dzinow - grobowce z I w. p.Ch. Tu zsiadamy z koni i ruszamy na piechote waskim skalnym kanionem (szerokosc od 5 do 25 m, wysokosc scian skalnych od 80 do 120 m). Nosi on nazwe Siq. Widzimy Grobowiec Obeliskow i Grobowiec Triclinium. Wchodzimy w Siq. Skaly maja tak wiele barw! Zolte przechodza w piaskowe, rozowe i sine. Sam wawoz ma 2 km dlugosci. Wedrujemy waska droga o podlozu piaskowym przechodzacym czasem w kamienne plyty ulozone przez czlowieka. W gorze widac blekit nieba. Mijaja nas powozy zaprzagniete w konie. Tak poruszaja sie wygodniejsi i bogatsi turysci. Ogladamy tamy i ujecia wody pitnej. W czasach starozytnych Petra byla perla pustyni. Miala az cztery zasobne zrodla wody pitnej. Do serca stolicy woda plynela wykutymi w scianach Siq rynnami. Lewy wodociag dostarczal wode ludziom a prawy zwierzetom. Nabatejscy wladcy Petry organizowali karawany, dlatego w tym skalnym miescie bylo bardzo wiele wielbladow, koni i oslow. Mijamy nisze, w ktorych przed nastaniem tu chrzescijanstwa, a potem islamu, znajdowaly sie posagi nabatejskich bostw: Duszary, Allaty i Manaty. Ogladamy feerie skalnych barw i ksztaltow. W skalnym wawozie utworzonym przez wody wyschnietych tysiace lat temu strumieni. W koncu przeswit skalny ukazuje nam jeden z cudow Petry. Dochodzimy do pieknej, niezwyklej, eklektycznej fasady grobowca wladcow nabatejskich - tak zwanego Skarbca. W VI w. Potezne trzesienie ziemi zniszczylo Petre. Gdy w 1812 r. John Lewis Burckhardt odkryl to miejsce dla Zachodu (tajemnic Petry strzegli zazdrosnie Beduini) wszystko znajdowalo sie pod piaskiem. Stopniowo wykopujac ten trzypietrowy grobowiec z poczatku przypuszczano, ze kryje on liczne skarby. Egipscy pracownicy anglo-szwajcarskiego archeologa ostrzelali kolumny i wienczacy konstrukcje kamienny dzban marzac, ze zaraz wysypie sie z dziur zloto. Dzis domyslamy sie, ze konstrukcja ta sluzyla jako grobowiec dynastii nabatejskiej. Robimy zdjecia. Podziwiamy wielblady, wchodzimy po schodach do wnetrza Skarbca. W srodku piekne desenie scian skalnych, tecza wszelkich barw tutejszego piaskowca. Cala konstrukcja ma az 40 m wysokosci. Khaled omawia jej symbolike (lacza sie tu wplywy egipskie, hellenistyczne i asyryjskie), ktos zauwaza, ze krecono tu sceny do Indiany Jonesa, a potem ruszamy dalej do centrum starozytnej Petry. Mnostwo innych wykutych w skale grobowcow, Droga Fasad, wiele konstrukcji, ktorych gorne czesci ledwo wystaja z piasku, a zatem pod jego powierzchnia kryja sie nieodkopane ich fasady! Docieramy po 15 minutach do Grobowca Siedemnastu Grobowcow i do Teatru. Przy Teatrze grupa sie rozprasza, ja sie denerwuje i w koncu oglaszam wolne do 13.00. Spotkamy sie dopiero w hotelu.

Nareszcie troche samotnosci i wytchnienia. Siadam w cieniu i spogladam na mieszczacy 3000 widzow teatr w stylu hellenistycznym, ale wykuty w skale. Czytam opisy historyczne i archeologiczne Petry z mojej ksiazki o Jordanii. Dosiadaja sie do mnie dwaj zolnierze. Proponuja papierosa i zaczynamy gadac. Abdul i Ismail maja kolo 20 lat. Narzekaja na urode jordanskich dziewczyn (nie znaja sie - wiele tutejszych kobiet to prawdziwe pieknosci), opowiadaja o trudnosciach w poznawaniu przyszlej zony, o kosztach slubu. Schodzimy na tematy religijne. Ludzie tutaj mysla, ze to, co bulwersuje w kulturze Zachodu (rozwiazlosc, aborcja, eutanazja, mala ilosc dzieci) to nakazy chrzescijanstwa. Zobaczmy, jak gorszace sa dla innych przyklady naszej kultury. Jak dotrzec z Chrystusem do ludzi, ktorzy utozsamiaja zachodnie poganstwo z przekazem Ewangelii!? Smieje sie, gdy slysze, ze wygladam na 10 lat mlodszego, ze mam piekna twarz i ze jestem Richard Qalbi Alsad, czyli Ryszard Lwie Serce (choc byl wrogiem ich ukochanego Saladyna, Arabowie podziwiaja angielskiego krola-krzyzowca - przekonam sie o tym kolejnego dnia ogladajac w Al Jazira swietny film o krolu Ryszardzie).

Ruszam dalej. Nigdy nie jechalem na wielbladzie... Targuje sie z Beduinem i za chwile wsiadam na kleczacego kamela. Trzeba sie mocno trzymac drewnianych elementow siodla. Wielblad podnosi sie gwaltownie i przez chwile pasazer przechylony jest mocno do przodu. Jazda na tym pustynnym, wytrzymalym "wierzchowcu" nie jest tak wygodna jak jazda konna. Jestes bardzo wysoko, mocno kolebie, gdy dlugie nogi wielblada stapaja miarowo po piasku. Ale wrazenia sa swietne. Wspanialy widok z jakichs trzech metrow wysokosci, wyrazy uznania od maszerujacych turystow, gdy patrza na mnie ubranego w moj beduinski hatta. Czuje sie jak Laurence z Arabii. Wpierw jade w kierunku Dolnego Miasta i fotografuje kolejne grobowce i skaly. Potem wielblad zabiera mnie do Skarbca. Przez Siq wracam rozmyslajac, dochodze do czekajacych turystow, gadam z Khaledem w pieknym sloncu o napiwkach, a potem wsiadam na siwka i samodzielnie docieram do bramy parku archeologicznego...

Potem kawa, powrot do hotelu, decyzja o odprawieniu mszy przed wyjazdem. Na mszy ksiadz Jan mowi o wartosci pielgrzymowania, o wadze pokornego znoszenia przeciwnosci...

Do Ammanu jedziemy z polgodzinnym postojem ponad 4 h. Kolacja (funduje pyszne wino - 5 butelek za 70 euro), wczesne spanie, pobudka o 23.30 i o polnocy msza wtorkowa z kazaniem o przebaczaniu.

Pakowane sa nasze bagaze. Podjechal nowoczesny autokar produkcji bodajze dubajskiej, co wywolalo panike, bo ludzie w starym pozostawiali swoje rzeczy, ale na szczescie arabscy kierowcy wszystko przepakowali. Towarzysza nam dwaj eleganccy goscie o wygladzie troche gangsterowatym. To szefostwo biura Moon Light, ktore organizowalo nam pobyt w Jordanii.

40 minut drogi na Ammanskie lotnisko Krolowej Aidy (czy jakos tak). Piekne podziekowania od ksiedza i grupy. Wzruszajace pozegnanie. Mowie im, ze pozostana na zawsze w mojej dobrej pamieci, bo wspolnie pielgrzymowalismy w czasie podrozy mojego zycia. Te dwanascie wspolnych dni to dla mnie najwieksza wartosc. Skladamy sobie zyczenia dobrej podrozy, a potem musze czekac, bo do gate'ow mnie nie wpuszcza. Czekam na arabskich towarzyszy modlac sie caly rozaniec za dobra podroz moich polskich Niemcow. Spaceruje, czytam - to wszystko trwa. W koncu okolo 3.00 ruszamy. Odwoza mnie do hotelu.

Po drodze jeden z nich pyta czy znam Marius. Jakiego Mariusza do licha? - mysle sobie. Gosc wyciaga komorke i pokazuje zdjecia... Pudzian. Ten drugi mowi, ze jego kolega lubi "strong men". Mariuszu Pudzianowski, trzykrotny zdobywco lauru najsilniejszego czlowieka na ziemi, czy wiesz, ze masz fanow w Ammanie? Jako, ze dezorientacja seksualna co najmniej jednego z moich towarzyszy wydaje sie wlasciwie oczywista, marze tylko o szybkim powrocie do hotelu i pozegnaniu obu panow. Prosze Boga o opieke. Poczulem sie po raz pierwszy tutaj nieswojo i wrecz niebezpiecznie z dziwnymi goscmi brechtajacymi za moimi plecami. W koncu okolo 4.00 docieram bezpiecznie do hotelu...

Sen - to jest mi teraz najbardziej potrzebe. Za oknem ulewa i zimno...

środa, grudnia 17, 2008

Przedświątecznie


Mój biedny blogasek. Taki zaniedbany. Strasznie pracowity był ten miesiąc, pełen zdarzeń weselszych i smutniejszych. Najważniejsze są chyba rekolekcje z dobrą adwentową spowiedzią. Dziś ich finał i przed-Wigilia w sosnowieckim Duszpasterstwie Akademickim. Mam już kilka tych opłatkowych spotkań w DA za sobą i polecam to wydarzenie wszystkim czytającym z okolic naszego "Zagłębiowskiego Grodu". W życiu osobistym bez wielkich zmian. Pojawił się pewien papierek, ale to tylko papierek... Z porządkami świątecznymi jestem już dość daleko. Czeka mnie jeszcze inwentaryzacja księgozbioru. Chcę pewne rzeczy poprzenosić, inne przekazać dalej innym. Chyba znajdę jutro na to czas. Mam też w końcu furkę. No, pozwólcie mi się pochwalić... Tadam-tadam, oto nowa reikhardowa hondzia:


Wóz pięknie utrzymany, bardzo mały przebieg. Cudnie się prowadzi. Sporty and sexy... Ale koniec już z tym festiwalem hedonizmu. Auto najpierw poświęcił ksiądz, dopiero potem przyszedł czas na doczesne ubezpieczenia i podatki. Służy zaś przede wszystkim do podwożenia rodzinki i bliźnich. A że łechce też troszkę moje ego? Słabostki Reikhardusa.

Jestem po lekturze nowego ciekawego periodyku - Czterdzieści i cztery. Magazynu Apokaliptycznego (tu odpowiednia witryna). Długo wyczekiwany pierwszy numer. Dopiero tydzień po warszawskiej premierze trafił do jednego z sosnowieckich EMPIK-ów. Warto było czekać. Się nie zawiodłem. Nie wali już tak po ześwieczczonym łbie, pozorach tego świata, zabobonach XXI wieku jak moja najdroższa Fronda w czasach swojej pierwszej młodości, ale z racji wspólnych źródeł (bo zacna redakcja 44 to w dużej mierze dawna redakcja Frondy), jest to produkt wielce Frondo-podobny. A takie produkty niegrzeczne katolskie tygryski lubią najbardziej. Nie ma efektu nowości, bo Fronda już była i już zamieszała w III RP. Ale jest to pismo zadziorne i prowokujące. Będzie obok Frondy świetną podpórką pod CKM, gdy ci, co już dziś kręcą powróz na nasze szyje (zasłyszane u kumpla Conducatora), zepchną nas na ostatni szaniec...

Podoba mi się szata graficzna, artystyczne wizje Macieja Banasia, koncepcja graficzna Jana Zielińskiego. Wśród autorów koledzy - Szczepan Twardoch czy Andrzej Fiderkiewicz (Studyto, pozdrawiam i gratuluję! I czekam na dalsze wpisy Arseniusza). Jeszcze trochę potrwa, zanim przebrnę przez wszystkie teksty. Trochę smutno, że Dwie Czwórki powstały jako secesja z Frondy (przypomina mi się tutaj rozbicie fanzinowe w fandomie tolkienowskim i to, jak podziały marnują niekiedy energię), ale cieszę się, że myślący chrześcijanie mają w Polsce jeszcze jedno duże, dobre pismo. Próżno takowych szukać na półkach EMPIK-opodobnych księgarń na Zachodzie (a może się mylę?). Tu jest Polska... (vide jedna z moich ulubionych okładek Frondy po prawej).

Słabo mi idzie aktualizowanie na pasku bloga moich lektur. Ogólnie jestem w "Chrystusowej" części Wprowadzenia w chrześcijaństwo kardynała (jeszcze) Ratzingera. Znakomita lektura na czas Adwentu. Czytam też obecnie Kulę i krzyż Chestertona, ostatniego Aiglosa, kilka czasopism... Mam na głowie dokończenie kalendarza Elendilionu na rok 2009 (anglojęzyczny z kolorowymi ilustracjami Toma Lobacka) i inne projekty tolkienowskie...

Co do tolkienistyki, grudzień był z jeszcze jednego powodu ważny. Obchodziliśmy 5-lecie forum. Chodzi o Elendilich. Pięć wspaniałych lat w gronie pokrewnych dusz. Eruhantalë ar Erulaitalë! Fetowanie rozłożyliśmy na cały rok - do grudnia 2009.

Jeśli chodzi o fandomowe bitwy, pył opadł, w okopach cisza. Nareszcie spokój. Byle tak dotrwać do Świąt, a może Dziecię ofiaruje nam trwały pokój. Wszyscy są już zmęczeni...

czwartek, grudnia 04, 2008

Validated


zx na forum Elendilich znalazł ten film i podzielił się nim z nami. Teraz ja zapraszam Ciebie do obejrzenia tej pięknej opowieści o wartości uśmiechu i dobrego słowa. A zatem usiądź wygodnie i doczekaj do końca...

środa, listopada 19, 2008

Moja pięciokilometrówka


Google Maps to cudowne narzędzie. Próbowałem dziś stworzyć mapy moich trzech ścieżek biegowych - pięcio-, dziesięcio i siedemnastokilometrowej. Tych dłuższych nie umiem wyrysować, bo Google Maps nie wyznacza tras w terenie. Tę prawie pięciokilometrową polecam wszystkim sosnowiczanom - zwłaszcza odcinek parkowy nad Stawikami i po grobli nad brzegiem Brynicy. A jutro kolejny jogging o poranku. Czasy coraz lepsze, tętno coraz niższe, zasięg coraz dalszy. Jestem zadowolony. Tylko pogoda nieteges - coraz więcej zimna, wilgoci, a coraz mniej słońca i przyjemności. Do zobaczenia - być może - na trasie...


Wyświetl większą mapę

wtorek, listopada 11, 2008

Wyznanie byłego masona


Źródło: KAI


O znaczeniu masonerii we francuskiej polityce oraz o sile powiązań nieformalnych jej członków mówi w wydanej niedawno w Hiszpanii książce Maurice Caillet.

Autor, lekarz ginekolog i urolog, przez 15 lat należał do masonerii. Był członkiem Partii Socjalistycznej. Jego zdaniem w rządzie François’a Mitteranda było 12 członków loży, a w obecnym, Nicolasa Sarkoz’ego jest ich dwóch. Maurice Caillet przy okazji hiszpańskiej edycji swej książki udzielił wywiadu agencji Zenit.

Autor zwraca uwagę na rolę, jaką masoneria odegrała w legalizacji aborcji we Francji, w 1974 r. Doradcą ówczesnego premiera, Jacques’a Chiraca był wielki mistrz głównej loży - Wielkiego Wschodu Francji, Jean-Pierre Prouteau, zaś doradcą stojącej na czele ministerstwa zdrowia Simone Veil, wielki mistrz Wielkiej Loży Francji, Pierre Simon. „Dzięki” sprawnej masońskiej organizacji projekt zaaprobowany przez rząd już po miesiącu przyjęło Zgromadzenie Narodowe. Masońscy deputowani i senatorzy niezależnie od przynależności politycznej zgodnie głosowali za depenalizacją aborcji- przypomina Caillet. Jego zdaniem powiązania masońskie mają charakter korupcjogenny. Okazuje się często, że „bracia” wspierają się nawzajem w rozstrzyganiu kontraktów, przy przetargach, ale także w sądownictwie, czego autor doświadczył osobiście. Sąd apelacyjny orzekł w jego sprawie rozwodowej, wbrew zasadom sprawiedliwości podział kosztów oraz niższe niż należało alimenty.

Maurice Caillet opowiada historię swojego życia - życia człowieka niewierzącego, nieochrzczonego, masona i czcigodnego loży Wielkiego Wschodu. Autor przypomina, iż masoneria wiąże się w istocie z relatywizmem poznawczym i moralnym, zaś zbawienie ogranicza jedynie do wymiaru doczesnego. Bóg jest pojmowany w najlepszym przypadku abstrakcyjnie, jako „Wielki Zegarmistrz”, który nie wkracza w ludzkie sprawy. Pomimo deklarowanej tolerancji wobec wierzeń religijnych i ideologii odnosi się ze szczególną niechęcią do Kościoła katolickiego.

Swe nawrócenie wiąże z wizytą w Lourdes i prośbą o uzdrowienie małżonki. Od tej pory rozpoczął drogę ku Chrystusowi i Kościołowi. Oznaczała ona groźby utraty życia ze strony dawnych masońskich „braci” a także niemożliwość zajmowania stanowisk publicznych.

Należy przypomnieć, że 26 listopada 1983 r. Kongregacja Nauki Wiary wydała komunikat w sprawie przynależności do stowarzyszeń masońskich. W związku z opublikowaniem nowego Kodeksu Prawa Kanonicznego stwierdzono, że stanowisko Kościoła katolickiego wobec masonerii nie uległo zmianie. „Zasady tych stowarzyszeń zawsze uważano za niemożliwe do pogodzenia z nauką Kościoła i dlatego przynależność do nich nadal jest zakazana. Wierny, który przystępuje do loży masońskiej, jest w stanie grzechu ciężkiego i nie może przyjmować Komunii św.” – czytamy w dokumencie podpisanym przez kard. Josepha Ratzingera, a zaaprobowanym przez Jana Pawła II.

Książka Maurice’a Caillet’a ukazała się już w języku polskim nakładem krakowskiego wydawnictwa „M”. Jej autor prowadzi także internetowy blog w języku francuskim.

KAI (st[KAI/Zenit] // ro)

sobota, listopada 08, 2008

Dinozaurzyca Sue




Źródło: SosnowiecFAKTY.pl
(autor: Piotr Dudała)

Ma na imię Sue, waży około 1,5 tony, ma 14,5 metra długości i 6 metrów wysokości. Od wczoraj tego ogromnego tyranozaura można podziwiać przed budynkiem Wydziału Nauk o Ziemi Uniwersytetu Śląskiego przy ul. Będzińskiej - pisze red. S. Reńca w Dzienniku Zachodnim. Choć nie jest to pierwszy model Sue na świecie, to po raz pierwszy została ona przedstawiona z piórami i jest tak duża.

Szkielet Sue znajduje się w Muzeum Historii Naturalnej w Chicago. Tyranozaury wymarły około 67 milionów lat temu. Naukowcy mówią o nich, że były to największe maszyny mięsożerne, jakie chodziły po ziemi.

- Nasz model jest wyjątkowy z kilku powodów. Wykonano go w Polsce. Powstał dzięki stowarzyszeniu Delta, które go ufundowało. Miało wsparcie w naukowcach polskich. Wśród nich był dr Gerard Gierliński, który odkrył, że dinozaury miały pióra - mówi dr Andrzej Boczarowski z Wydziału nauk o Ziemi Uniwersytetu Śląskiego.

Praca naukowców nad rekonstrukcją dinozaura zaczyna się od przestudiowania literatury, oglądania eksponatów, badania kości, obserwacji współczesnej flory i fauny. Dopiero potem powstaje grafika komputerowa, a na samym końcu odlewy, z których składa się dinozaura.

Tyranozaurzyca Sue powstała w pracowni rzeźbiarskiej w Ostrowcu Świętokrzyskim. Pracownia współpracuje ze stowarzyszeniem Delta. Samochodem ciężarowym trafiła do Sosnowca. Stawiano ją wczoraj przy pomocy dźwigu.

- Stworzenie modelu trwało niecałe trzy miesiące. Sue składa się z sześciu elementów - tłumaczy Tomasz Cielebąk, nadzorujący prace rzeźbiarzy.

Sue jest drugim pod względem wielkości dninozaurem, wyprodukowanym w pracowni. Jeszcze większy od niej jest diplodok, który ma 28 metrów długości. Można go oglądać w parku jurajskim w Solcu Kujawskim.

- W planach mamy rzeźbę największego dinozaura, jaki chodził po ziemi, będzie miał 58 metrów długości - zapewnia pan Tomasz.

Jeszcze kilka lat temu Bałtów w pobliżu Ostrowca Swiętokrzyskiego zagrożony był ogromnym bezrobociem. Wtedy Gerard Gierliński, pracownik Państwowego Instytutu Geologicznego w Warszawie odkrył na tamtych terenach ślady dinozaurów.

- Otwarcie Bałtowskiego Parku Jurajskiego odbyło się w 2004 roku. W maju tego roku uruchomiliśmy drugi park, w Solcu Kujawskim - mówi Halina Kisiel, wiceprezes stowarzyszenia Delta.

Dziś przy okazji Międzynarodowej Wystawy i Giełdy Minerałów, Skał i Skamieniałości, dr Boczarowski opowie jak powstają rekonstrukcje paleontologiczne. Gościem specjalnym będzie dr Gerard Gierliński, odkrywca piór u dinozaurów. Sesja popularnonaukowa rozpocznie się o godz. 17. Wstęp wolny.

Amerykańska lewica górą


Mapy wyborcze Stanów Zjednoczonych, które ukazują poziom republikańskiej klęski, a które znamy z naszej prasy, nie przedstawiają moim zdaniem problemu w całej pełni. Polecam moim gościom zainteresowanym tematyką amerykańską witrynę Marka Newmana z Departamentu Fizyki i Centrum Studiów nad Systemami Złożonymi na Uniwersytecie w Michigan. Znajdziecie tam analizę wyników wyborów, w której uwzględnia się wiele czynników. Są tam na przykład mapy tak przeobrażone, że kształt stanów odpowiada wielkości populacji. Porównajmy na przykład te dwie mapy (niebieski - Obama; czerwony - McCain):

- mapa, gdzie ukazano, w których stanach wygrał Obama, a w których McCain:




- i mapa ukazująca ten sam wynik w hrabstwach; kształt stanów odpowiada zamieszkującej w nich populacji. Widać wielką przewagę Obamy w dużych miastach:




Znacie mój blog i wiecie, na kogo sam bym głosował. Mój dobry kolega ze Stanów, badacz Tolkiena, Carl Hostetter pisze w sieci:

[I'm] sick that our first national sin is being atoned for by electing a man whose top priority is the promotion of our second, even more monstrous national sin.

Miej Panie w opiece Amerykę i nie pozwól na jeszcze większe ludobójstwo najmniejszych i najsłabszych... Miliony dzieci nienarodzonych w USA są w wielkim niebezpieczeństwie!

czwartek, listopada 06, 2008

W samej śmierci jest życie...




W rzeczywistości jedno jest pewne: istnieje noc, opuszczenie, gdzie nic nie dociera; istnieją drzwi, przez które tylko samotnie przejść możemy: brama śmierci. Wszelka trwoga na świecie jest ostatecznie tylko trwogą przed ową samotnością. Rozumiemy więc, że Stary Testament ma tylko jedno słowo na określenie piekła oraz śmierci, słowo
szeol, bo są one, według niego, tym samym. Śmierć to po prostu samotność. Ale taka samotność, do której nie może przedostać się miłość, to piekło.

Doszliśmy znowu do naszego punktu wyjścia, do artykułu wiary o zstąpieniu do piekieł. Mówi nam on, że Chrystus przeszedł przez bramę naszej ostatecznej samotności, że przez swą mękę zstąpił w otchłań naszego opuszczenia. Tam gdzie nie może nas już dosięgnąć żaden głos, tam jest On. Przez to piekło zostało przezwyciężone, albo mówiąc dokładnie, śmierć, która dotąd równała się piekłu, już nim nie jest. Jedno i drugie już nie są tym samym, bo w samej śmierci jest życie, ponieważ w niej samej jest miłość. Tylko dobrowolne zamknięcie się jest teraz piekłem lub, jak mówi Biblia, śmiercią drugą (por. Ap 20,14).

Joseph Ratzinger
Wprowadzenie w chrześcijaństwo, str. 316

Grafika - Jerzy Rojkowski


poniedziałek, listopada 03, 2008

Zimowe Święto Światła?


KAI
Oksford znosi Boże Narodzenie i zastępuje je Zimowym Świętem Światła (Winter Light Festival). Decyzję władz miejskich skomentował szef Papieskiej Rady ds. Kultury.

Uchwałę w sprawie zastąpienia Bożego Narodzenia Zimowym Świętem Światła (Winter Light Festival) podjęły władze miejskie Oksfordu, motywując, że w ten sposób obchody staną się "bardziej otwarte", a nie, jak to było do tej pory, "za bardzo chrześcijańskie".

Decyzja wywołała gorący sprzeciw mieszkańców Oksfordu. Za godną pożałowania i nie do przyjęcia uznali ją nie tylko chrześcijanie, ale również muzułmanie i żydzi, którzy otwarcie wystąpili w obronie Bożego Narodzenia.

„Czuję się osobiście dotknięty i obrażony. Boże Narodzenie jest czymś wyjątkowym, nie można go pominąć czy, co więcej, wymazać z brytyjskiej kultury” – stwierdził Sabir Hussain Mirza, przewodniczący Muzułmańskiej Rady Oksfordu.

Natomiast rabin Eli Bracknell zauważył, że „zachowanie bożonarodzeniowych tradycji jest czymś ważnym i ich wymazywanie może tylko zaszkodzić tożsamości Wielkiej Brytanii”.

Władze miejskie bronią się, że chodzi im tylko o objęcie tym świętem większej liczby mieszkańców Oksfordu. Zastępca burmistrza Ed Turner podkreśla nawet, że „będzie bożonarodzeniowa choinka, tyle że będzie się inaczej nazywać”.

Ta repoganizacja świąt Bożego Narodzenia wpisuje się w trwającą od lat w Wielkiej Brytanii próbę bycia otwartym na jednych kosztem dyskryminacji innych. Stąd kartki, na których zamiast życzeń "Merry Christmas", czyli Wesołych Świąt Bożego Narodzenia, Brytyjczycy piszą poprawne politycznie, sezonowe życzenia: "Season’s Greetings".

Już lepiej by było, aby zrobiono to w imię ateizmu - tak arcybiskup Gianfranco Ravasi skomentował decyzję władz komunalnych Oksfordu o faktycznym obaleniu świąt Bożego Narodzenia. Komentując ją przed mikrofonami Radia Watykańskiego przewodniczy Papieskiej Rady ds. Kultury zauważył, że jego zdaniem intencją inicjatorów nie było nawiązanie dialogu z wyznawcami innych religii, ile raczej „odbarwienie aż po zatarcie własnej tożsamości”.

- Prawdziwy dialog buduje się właśnie poprzez tożsamość; myślę więc, że tym razem mamy do czynienia nie tylko z ekstrawagancją, ale w rezultacie także ze świadomym – nie wiem, do jakiego stopnia – zanegowaniem wielkości, którą się ma za sobą i która stanowi o własnym obliczu - stwierdził włoski hierarcha. Zacytował przy tym zdanie wielkiego angielskiego poety Thomasa Eliota: „Jeżeli pozwolimy na upadek naszych chrześcijańskich cech, w rezultacie nie utracimy samych siebie, ale utracimy nasze oblicze”.

Abp Ravasi zwrócił uwagę, że „o ile w przeszłości walczono z obecnością znaków religijnych, argumentując to wręcz pragnieniem przeciwstawienia im całkowicie alternatywnego systemu, o tyle obecnie, wiele razy, ta ofensywa negacji jest swoistą szarą falą, mgłą; chce się wprowadzić właśnie składnik tak płynny i niestały, co jest charakterystyczne dla aktualnej sekularyzacji. Nie neguje się Boga, jest On całkowicie ignorowany, co sprawia, że zadanie duszpasterskie jest jeszcze bardziej złożone, ponieważ w obliczu negacji można wysunąć jakieś argumenty. W obliczu natomiast tej gry towarzyskiej, bladej, bezwonnej, pozbawionej smaku nie sposób nawet zareagować. Nie mamy już przed sobą ateizmu w silnym znaczeniu, czasem nawet dramatycznego, jak w przeszłości. Teraz mamy obojętność. Ta obojętność stępia wszystko, odbarwia, wywabia i w końcu może nawet uniemożliwia człowiekowi stawianie sobie pytań – jak czynią to wszystkie wielkie religie – o sprawy podstawowe, o sprawy kapitalne, które ulegają tymczasem rozproszeniu w tej niestałej atmosferze” - oświadczył przewodniczący Papieskiej Rady ds. Kultury.


niedziela, listopada 02, 2008

Śląska jaskółeczka


Komunikat prasowy Tôwarzistwa Piastowaniô Ślónskij Môwy "Danga" (Informacja prasowa 6/2008)


Górki Śl./powiat raciborski. Górki Śląskie w gminie Nędza są od niedawna bogatsze o jedną atrakcję – tablicę informacyjną z legendą o powstaniu wsi. Niezwykłość tej tablicy objawia się w tym, że tekst legendy został sporządzony po polsku, niemiecku oraz... po śląsku! Jest to bodajże pierwsza tablica na całym Śląsku, gdzie śląszczyzna nie jest jedynie stylistycznym „dodatkiem”, ale pełnowartościowym i równoprawnym środkiem językowym do przekazu informacji w przestrzeni publicznej.

Pomysłodawcą śląskiej tablicy jest mieszkający w Górkach sekretarz „Dangi” Henryk Postawka, nauczyciel języka angielskiego w jednym z rybnickich gimnazjów. Prowadzi on stronę internetową o wsi (www.postawka.go.pl) oraz jest wpółinicjatorem wielu cennych inicjatyw regionalnych takich jak objęcie ochroną starej alei dębowej czy wydawanie wraz ze sołtysem Jankowic gazetki „Oblicza wsi” (Jankowice są najprawdopodobnie najmniejszą miejscowością posiadającą własną gazetkę).

Legenda o powstaniu Górek to ulubiony projekt pana Postawki. Spisał on ją najpierw w języku angielskim, po czym postanowił, że postara się o przetłumaczenie jej na jak najwięcej języków. Na wspomnianej stronie internetowej można obcenie znaleźć 12 wersji językowych legendy, między innymi w językach tak egzotycznych jak grecki lub dolnołużycki. W przygotowaniu jest wersja kaszubskojęzyczna. Autorem wersji śląskiej jest znany śląski autor Bogdan Dzierżawa z Chwałęcic koło Rybnika (znany dzięki książkom „Utopek z Wielopola” oraz „Z biegiem Rudy”).

Henryk Postawka obiecuje, że to dopiero początek „ery śląskich tablic” w jego rodzinnej okolicy. „Dla prestiżu śląskiej mowy jest ważne, żeby wyszła ona z domów na ulice i place wsi i miast i zajęła w przestrzeni publicznej równouprawnioną pozycję obok języka urzędowego. Takie tablice pomogą uświadomić młodym Ślązakom, że język naszych dziadków to nie jakaś ułomna i gorsza odmiana języka polskiego o ograniczonej funkcjonalności, ale że może on być dla nas – tak jak dla naszych przodków – pełnowartościowym i zupełnie naturalnym narzędziem komunikacji międzyludzkiej”.

Tôwarzistwo Piastowaniô Ślónskij Môwy „Danga” bardzo pochwala tę inicjatywę i zwraca uwagę na to, że dialekt śląski należy do języków zagrożonych: z jednej strony liczba ludzi się nim posługujących ciągle maleje, a z drugiej strony śląszczyzna będąca w użyciu coraz bardziej się „rozwadnia” i miesza z językiem standardowym. Jednocześnie sytuację śląszczyzny pogarsza fakt, iż nie podjęto dotychczas żadnych usystematyzowanych działań na rzecz jej ochrony.

Tablicę ufundowały urząd gminy oraz „Stowarzyszenie Sumina na Rzecz Odnowy i Rozwoju Górnego Śląska”.

Zaduszkowy spacer


Po kościele, a potem odwiedzinach na szopienickim cmentarzu, gdzie pochowany jest mój Tata, moi Dziadkowie, Pradziadkowie i wielu zmarłych Krewnych oraz Przyjaciół Rodziny (skromny śląski cmentarz na wzgórzu ponad szopienicką Morawą, nad Bagrami, zwanymi przez mieszkańców Aldrajchu Stawikami), przeszedłem się dziś z aparatem fotograficznym moją stałą ścieżką biegową. Piękny był dziś dzień. Ciepło (chyba około 17°C), słonecznie, a dzięki wciąż trwającej złotej jesieni - złociście, rudawo, rdzawo, płowo. Oto kilka zdjęć z pięknego śląsko-zagłębiowskiego pogranicza. Moja prababcia, Magdalena Markiewka z Szopienic (ta kochana prababcia, która miała w zwyczaju mówić o Sosnowcu i ziemiach na wschód od Brynicy: Tam, w Polsce...), wspominała, że jako mała dziewczynka na Pruskim Śląsku (musiało to być na przełomie XIX i XX wieku) widywała stąd, za Brynicą, pięknych, ubranych w białe mundury kozaków na koniach, którzy strzegli granicy Imperium Rosyjskiego (jakby było co strzec...).








Hallowmas


Św. Paweł w Listach nazywa wszystkich braci-chrześcijan świętymi. W takim dniu jak we Wszystkich Świętych - 1 listopada - warto przypomnieć sobie, że my - ochrzczeni - jesteśmy już zbawieni przez naszego Pana, że jesteśmy świętymi. To jest rzeczywistość, która nie jest jakąś tylko możliwością czy obietnicą. Świętość dana nam jako dar już działa. Królestwo Boże już istnieje tu, wśród nas, w naszych sercach. Jednak wciąż człowiek pozostaje wolnym i w każdej chwili darmowy dar, jaki dał nam Pan umierając za nas i dla nas zmartwychwstając, możemy odrzucić. Niestety możemy to zrobić nawet w najważniejszej chwili życia - w momencie przejścia, czyli w tej chwili, którą potocznie nazywamy śmiercią. A wtedy? Ostateczne odrzucenie życia, które dał nam nasz Zbawiciel - potępienie, piekło, wieczność bez Boga, wieczność, której nie możemy sobie wyobrazić...

Zachować dar świętości, zachować życie - oto najważniejsza sprawa dla każdego. Dla mnie, dla Ciebie, dla nas...

Lubię dawne, angielskie, katolickie określenie dnia Wszystkich Świętych. Jest to Hallowmas, czyli 'Msza Wszystkich Świętych' (podobnie jak Christmas to 'Msza [Narodzin] Chrystusa').