poniedziałek, marca 10, 2008

Wojna mojego dziadka

Inaczej niż obecny premier naszego kraju, znam losy wojenne swojego dziadka. I nie wstydzę się swojej rodzinnej historii. Losy Ślązaków w czasie II wojny światowej to jeden z tragicznych elementów naszej lokalnej historii. Niemcy potrzebowali Ślązaków aby potwierdzić swoje historyczne prawa do naszych ziemi, do pracy w śląskim przemyśle, a przede wszystkim jako tzw. "mięso armatnie" w czasie działań wojennych. Dlatego z góry narzucili Ślązakom przynależność do tzw. Volksliste (można o niej poczytać np. tutaj), czyli narodowej listy obywateli Rzeszy. Gdy w innych częściach dzisiejszej Polski tzw. folksdojczem zostawało się z własnej woli, Ślązacy (podobnie jak na przykład Kaszubi) byli do bycia folksdojczami przymuszeni. Narzucono też naszym dziadkom obowiązek udowodnienia, że się na takie "wyróżnienie" zasłużyło. W tym celu moja prababcia Magdalena, jak tysiące innych Ślązaków w tamtym mrocznym czasie, wertowała księgi parafialne w Bogucicach, Roździeniu, Mysłowicach, Bieruniu, żeby potwierdzić, że jest Arisch i że rodzina pochodzi z tej ziemi. Jej notatki z początku wojny są dziś dla nas, młodszego pokolenia, bezcennym źródłem genealogicznym.


Dziadek po prawej i jego brat (9 stycznia 1942)

Mój dziadek, Jorg, jak go nazywano w domu (mnie moja śląska rodzina nazywa Richat), czyli po polsku Jerzy, a po niemiecku Georg urodził się w 1915 r. w patriotycznej śląskiej, polskiej rodzinie. Jego ojciec, mój pradziadek Rudolf, ojciec czterech synów i czterech córek, hajer (górnik dołowy) na kopalni w Mysłowicach, walczył o Polskę w I i III powstaniu śląskim. Za to w czasie II wojny uznany był za bandytę i jego życie wisiało na włosku, a jego synowie zostali silą wcieleni do wojska. Mój dziadek walczył w latach 1941-1945 w niemieckiej marynarce wojennej, czyli w Kriegsmarine. Na podstawie zachowanych dość licznych zdjęć, pocztówek, opisu służby wojskowej w książeczce wojskowej dziadka Jerzyka i jego barwnych opowieści udało mi się odtworzyć w zarysie przebieg jego służby wojskowej. Oto zatem wojenne losy starszego marynarza, Georga Viktora Wolffa.

W letni dzień 6 sierpnia 1939 r. Jerzyk żeni się z Milką (czyli moją babcią Emilią, z d. Wowro). Ślub odbywa się w kościele parafialnym św. Marii Magdaleny w Szopienicach. Oboje pochodzą z Szopienic właśnie. Niezwykłe jest to, że brat Jerzyka ożeni się z siostrą Milki. Tragiczne jest to, że za kilka tygodni wybuchnie wojna. Gdy Szopienice jako Schoppienitz zostają wcielone do Rzeszy Niemieckiej w 1939 r. dziadek, wówczas 24-letni młody małżonek, nie może znaleźć pracy w swoim zawodzie księgowego. Zapewne przeszłość jego ojca, powstańca przeciw Niemcom i powszechnie znana prawda, że Wolfowie to "Polaczki", przeszkadza ułożyć sobie jakoś życie. Pracuje fizycznie w hucie w Szopienicach, a od kwietnia 1940 do kwietnia 1941 na dworcu towarowym w Sosnowcu (wcielonym do Rzeszy jako Sosnowietz O/S). 11 kwietnia rozpoczyna się proces rekrutacyjny do armii okupacyjnej. Legenda rodzinna mówi, że niesforni, niechętni do zgłaszania się do komisji wojskowej chłopcy (dziadek miał trzech braci) zostali zabrani przez Gestapo na publiczną egzekucję polskich AK-owców na Wilhelminie w Szopienicach. Dziadek musiał patrzeć na tę zbrodnię w pierwszym rzędzie - to ostrzeżenie, co czeka jego rodzinę, gdy nie podporządkuje się przepisom okupacyjnym. Tymczasem w maju przychodzi na świat pierwsze dziecko Jerzyka i Milki - Basia. W końcu 28 kwietnia 1941 r. mój dziadek zostaje powołany do armii niemieckiej.
W pierwszych dniach maja przydzielono do do Kriegsmarine, do artylerii przeciwlotniczej na okręcie (niestety nie znam jego nazwy) na stanowisku działonowego. Wysłany zostaje do Varrelbusch w północno-zachodnich Niemczech na szkolenie. W czerwcu 1941 przydzielają dziadka na stanowisko celowniczego do obsługi działa przeciwlotniczego. W drugiej połowie 1941 dostaje przepustkę do Szopienic, ale tego samego roku wysłany zostaje do Norwegii. W lutym 1942 r. przebywa w Gudvangen (w Nærøyfjord), w marcu w Trondheim. Zimą 1943/44 jest znowu na urlopie w Szopienicach. W kwietniu przesyła pocztówkę z Warnemünde w Niemczech, a w czerwcu z niemieckiego Langeoog. Potem jego oddziały stacjonują w Hamburgu i Bremen. Dnia 20 października jest znowu na przepustce w Szopienicach. W listopadzie zaś posyła kartkę z Minnian-Plage w okupowanej Francji. W grudniu 1943 kończy jakiś kurs w Trewirze, a w czerwcu 1944 r. przebywa w Lubece. Wypływa do Gdańska, gdzie spotka się z żoną i córeczką. Milka jest w ciąży - we wrześniu urodzi drugą córeczkę, czyli moją mamę. Wiem jeszcze, że 3 września dziadek przebywał w Bremen. A potem wieści się urywają. 25 kwietnia 1945 r. dziadek dostaje się do brytyjskiej niewoli. Z obozu jenieckiego dostaje się do obozu cywilnego w Lubece. Cierpi na chorobę, którą nazywa w opowieściach "febrą". W grudniu 1945 ciężko chory dostaje się transportem do Gdyni. Tam otrzymuje bilet do Szopienic. Zachował się jako jedna z kilku wojennych pamiątek. Zachowała się też legitymacja legitymacja dziadka ze Związku Polaków Na Miasto Lubekę. Faktem jest, że dziadek bardzo słabo znał z początku niemiecki. Gdy pisał pierwsze kartki, a mógł je pisać tylko po niemiecku, przechodziły przecież przez wojskową cenzurę, pisał tylko kilka słów. Potem jego umiejętności językowe znacznie się poprawiły. Ale zawsze czuł się Polakiem. Gdy upadł Hitler i nastała dla dziadka niewola, zaraz zgłosił do Związku Polaków, gdzie uznano jego starania. I w końcu schorowany wrócił do Polski. W Szopienicach czekała żona i dwie córeczki...

Z opowieści wojennych dziadka pamiętam historię z Bergen, gdy norweski ruch oporu wysadził w powietrze port z zaokrętowanymi jednostkami niemieckimi. Był to zapewne atak z 4 kwietnia 1944 r., w którym zniszczeniom uległo zabytkowe nabrzeże Bergen i zginęło 150 os. (więcej tutaj). Dziadek opowiadał, że siedział właśnie w toalecie i w momencie wybuchu wyleciał z drzwiczkami na zewnątrz. Jego opowieści z wojny były zawsze okraszone humorystycznymi komentarzami... Jerzyk był zakochany w Norwegii i z pasją opowiadał o tym przepięknym kraju. Przywiózł też z wojny wspaniały album z czarno-białymi fotografiami, pt. Norge i bilder ('Norwegia w obrazach', Oslo 1941), który jest w mojej kolekcji książek prawdziwą relikwią. Dziadek zaszczepił mi miłość do Północy, która zaowocowała licznymi odwiedzinami w Norwegii i w innych krajach Skandynawii.

5 komentarzy:

  1. Cieszę się, że wspomniałeś o Kaszubach - prawdą jest ,że to temat pomijany a raczej omijany w Polsce.
    Ja sama poznałam historię dziadka dopiero podczas wyborów prezydenckich, kiedy to próbowano skompromitować Tuska jego dziadkiem.W zasadzie to pamiętam, z wakacji u rodziny , że niektórzy mówili tylko po kaszubsku mieszając to z niemieckim , ale jakoś nie zastanawiałam się nad tym i nie przeszło mi nawet przez myśl że moi dziadkowie mają taką historię.

    OdpowiedzUsuń
  2. Trafiłem przypadkiem, ale bardzo fajnie, że to tak ładnie spisałeś.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciekawa historia. Mój dziadek, podobnie jak twój - Ślązak, przymusowo w Wehrmachcie. Pół Europy przeszedł w wojennej tułaczce. Porządkuję informacje na jego temat. W domu z wiadomych względów rzadko rozmawiało się na tematy wojny. Ciężko było pytać a teraz za późno. Zostały dokumenty, zdjęcia, opowieści rodziców, które trzeba ocalić od zapomnienia.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Interesująca historiaa ..

    pozdrawiam .

    OdpowiedzUsuń
  5. Ciekawa historia. Mój dziadek był
    w Kriegsmarine. Był ślazakiem urodzonym w Rudzie Ślaskiej. W domu mało się o tym mówiło😞 Wiem, że
    z obozu w Norwegii uciekł i cudem dotarł do domu. Nie wiem jak mogę pozyskać więcej informacji o tym trudnym okresie z życia dziadka.

    OdpowiedzUsuń