sobota, listopada 26, 2016

Wolfingssaga
Zainspirowany przez Szczepana Twardocha...

Tekst zainspirowany genealogicznym wspomnieniem Szczepana Twardocha, które znany autor zaprezentował na Facebooku. Podobieństwo stylistyczne mojego tekstu nie jest przypadkowe...

Wschodnia kolonizacja niemiecka wg Zwierciadła saskiego
Nazwisko Wolff należy do tych najstarszych niemieckich nazwisk, które są średniowiecznymi skrótami imion. Wolff wywodzi się od imion typu Wolfhard czy Wolfert (źródło). Właśnie zwyczajowe podwójne -ff ma podkreślać, że nie jest to rzeczownik pospolity (der Wolf) a nazwisko odimienne. Inne warianty tego nazwiska to Wolf, Woolf, Wolfe, Woolfe, Wulff i Wulf, a także Wölfli (w dialekcie alemańskim), Wölfle (w szwabskim) i Wolfes, ewentualnie Volf albo Wolfius.

Gdy rzeka czasu płynęła przez Górny Śląsk wciąż jeszcze leniwym nurtem, co jakiś czas wypływał w dokumentach z okołopilchowickich gruntów to tu, to tam pojedynczy Wolff.

Za cesarza Rudolfa II w "państwie gliwickim" von Zetritzów renesansowy urbarz gliwicki z 1580 notuje niejakiego Jurka Wolfa (z należnością 20 groszy) we wsi Rostrop oder Strüppendorff (dziś jest to Ostropa, część Gliwic). Ten pierwszy znany mi podgliwicki Wolf to imiennik mojego drogiego dziadka, Jerzyka (Jerzego) Wolfa z Szopienic. Jestem już prawie pewien, że ten i inni Wolfowie tej ziemi, to potomkowie tych samych trzynastowiecznych frankońskich osadników, którzy z inicjatywy cystersów z Rud założyli kilka podgliwickich wsi i stworzyli całą wyspę średniowiecznej niemczyzny, a przetrwali ze swoją oryginalną kulturą i mową tylko w Szywałdzie... Aż do tragicznych, czarnych dni i rozpalonych ogniem nocy zimy 1945 roku... W Pilchowicach potomkami tego Ostsiedlung są ci, którzy noszą nazwiska Foyt, Willim, Kleiner, Dragon czy właśnie Wolff. Rudolf, czternastowieczny mnich cysterski z Rud opisał w swoim słynnym Katalogu magii zwyczaje, które wiele mówią o duchowości i zabobonach przodków mojego pradziadka Rudolfa, Wolfa z Pilchowic. Skrzaty stetewaldy, Pani Holda, majowe drzewka... Obyczajowość niemieckich osadników.

Kilka lat po tym, jak Fryderyk Wielki potwierdził w Hubertusburgu swoje panowanie nad Śląskiem zdobytym na Austrii, około 1765 roku, we wsi Pilchowice, w królestwie Prus urodził się Joseph Wolff, którego nieznani mi (jeszcze) z imienia rodzice musieli rodzić się jeszcze jako poddani habsburscy. Joseph przez całe życie był zagrodnikiem w Pilchowicach, miasteczku targowym, w którym jego potomkowie mieszkali przez pokolenia jeszcze w czasach republiki weimarskiej. Ojciec Josepha, nieznany mi z imienia Wolff był jednym z 54 gospodarzy pilchowickich, wymienionych w dokumencie wizytacyjnym z 1765.

Najstarszy (jak dotąd) dokument z członkami mojej rodziny Wolffów z 1787.
Jeżeli Marianna Wolff urodziła się w 1787, to jej ojciec Joseph urodził się co najmniej w 1767
Pilchowice należały już wtedy do hrabiów von Wengersky. W 1768 Emanuel, hrabia von Wengersky przekazuje dobra synowi, Antonowi. Za jego władania powstaje nowy, późnobarokowy kościół parafialny z kopią malowidła Michaela Willmanna w ołtarzu. Kościół Ścięcia św. Jana Chrzciciela, w którego chrzcielnicy będę zanurzani wszyscy kolejni pilchowiccy Wolfowie. Hrabia Anton zmarł w roku 1814. W tym też roku powstaje w Pilchowicach klasztor bonifratrów. Joseph Wolff ożenił się z Katarzyną Sekułą (albo Cathariną Sekuliną). Mieli zapewne trójkę dzieci, Mariannę (ur. 1787), Jacoba (ur. 1790) i Johanna (ur. ok. 1792). Johann jest moim praprapradziadkiem.

Johann nazywał siebie zapewne Jonek. Należał do tej miażdżącej większości pilchowiczan, którzy u Triesta mówią w miasteczku nie po niemiecku a po słowiańsku, w śląskim dialekcie oderwanego od Polski polskiego. Około 1813 ożenił się z Joanną Kwaśnik (w dokumentach uparcie Johanna Quasnik albo Quaśnik) również z Pilchowic, córką Caspara Kwaśnika i Katarzyny Gurecki. Przeżyła ona Jonka i zmarła w wieku 75 lat w 1868. Johann i Johanna mieli jedenaścioro dzieci: zmarłego wcześnie Sebastiana (ur. 1814), Jana (1816 - jego potomkowie będą mieszkali w Pilchowicach aż do II wojny), Georga (1819-1875), Franza (1821), Mariannę (1824), Michaela (1826), Caspara (1828), Antoniego (1830 - mojego prapradziadka; w akcie chrztu nazywa się nie - Wolff a Wolf), Johannę Apolonię (1833), Margarethę (1835 - jedną z kilku Małgoś Wolfek - jak moja mama) i Antoninę (1838). Nie wiem ile lat żył Johann, ale na pewno nie dożył zjednoczonej Rzeszy. Był "tutejszym" chłopem na Śląsku, w Królestwie Prus. Jego siódmy syn, Anton ożenił się z Marianną Dziedzioch z Sośnicowic, którą dokumenty nazywają uparcie Marie. Musiało to być około 1865, bo już rok później, 11 grudnia 1866 rodzi się ich pierwszy syn, Victor Johann, "Zwycięski Jan" na cześć zwycięstwa nad Austrią pod Sadową i na cześć swojego dziadka. Anton musiał mieć rozdarte serce, bo z jednej strony nadaje swoim synom zwycięskie niemieckie imiona ale z drugiej strony wychowuje swoich synów na śląskich powstańców. Może jego Jonek i Rudolf, szopieniccy awanturnicy i żołnierze Polskiej Organizacji Wojskowej zareagowali polskim patriotyzmem na cesarski lojalizm ojca? Antona nie objęła zapewne mobilizacja w wojnie prusko-francuskiej 1870-1871 ale chyba swego urodzonego w 1874 syna Johanna nazywa Augustem na cześć Cesarza Rzeszy, Wilhelma I.

Anton i Marianna mieli siedmioro dzieci: wspomnianego Victora Johanna (ur. 1866), kolejną w rodzinie Margarethę (1868), Marthę Theclę (1870), Annę Franciskę (1872), Johanna Augusta (1874), Marie Franciskę (1879) i urodzonego 13 kwietnia 1881 o godzinie 19.00 Rudolpha Theodora Wolfa.

Rudolph Theodor Wolf, ur. 1881
Antoni z dużą rodziną przenosi się przed 1887 z Pilchowic do Szopienic, na górniczą Morawę. Jego syn Rudolf jest pierwszym w tym wywodzie, którego zapamiętała żywa, rodzinna historia mówiona. Gdyby nie dokumenty, nikt też nie wiedziałby o drobnorolniczym pochodzeniu jego ojca. Poprzednich Wolfów pamiętał przez jakiś czas tylko papier, a teraz ja znowu pamiętam. Rudolf w szóstym roku życia zaczyna szkołę w Szopienicach, którą po ośmiu latach opuszcza i podejmuje się różnych dorywczych prac, żeby pomóc swoim rodzicom, obarczonym liczną rodziną. W wieku lat siedemnastu zaczyna swoją pierwszą pracę na kopalni "Morgenroth" Spadkobierców Gieschego - tych od Giszowca i Nikiszowca. W 1908 żeni się z Julią Waniek (1883-1934) - wszystko wskazuje na to, że Wańkowie też przybyli do Szopienic z Pilchowic. Mamy zdjęcie Julii z jednym z jej ośmiorga dzieci.

Julia Wolf, zd. Waniek - jej silne geny
do dziś widoczne są w naszej urodzie
W 1913 Rudolf zostaje z pracy w kopalni zwolniony. Za karę. Za strajki. Do tego starszy brat Rudolfa, Jonek, wciągnął brata w polskie zebrania, razem zakładają też na terenie Szopienic Towarzystwo Gimnastyczne "Sokół" i Towarzystwo Śpiewu imienia Wyspiańskiego. Ale w maju tego samego roku znany szopienicki osiłek (podobno Rudolf umiał podnieść w zębach stół - widywał też w Rawie utopka) otrzymuje pracę hajera w Myslowitzergrube, na kopalni, na której w 1919 wybuchnie pierwsze powstanie śląskie. 

Rudolf i Julia Wolfowie z synami Karolem i Jerzym
Z małżeństwa Rudolfa i Julii rodzą się: (1) Gertruda (1907-1978, która wyszła za Jana Mierzwę, policjanta, a ich dziećmi byli Henryk i Jerzy), (2) Karol (1910-1978, który ożenił się z Heleną Hajduk, a urodziły im się same córki: Lidia, Krystyna, Jadwiga i Janina), (3) Małgorzata (1913-1989, kolejna Małgorzata Wolf - wyszła za Jerzego Mateję, a ich dziećmi są Jan, Irena i Ewa), (4) Jerzy (1915-1986, mój dziadek; z Milką mieli troje dzieci: Basię, ur. 1940, Małgosię, ur. 1943 i Marka Wolfa, ur. 1950), (5) Gerharda (1920-1995, który najpierw poślubił siostrę mojej babci, Martę i z nią miał córkę Marysię, a po śmierci Marty poślubił Jadwigę zd. Widera i z nią miał syna Andrzeja Wolfa), (6) Rudolfa (ur. 1921 - Rudolf po wojnie spolszczył swoje nazwisko na Wilczyński, poślubił Elżbietę Schneider i mieli trzech synów: Tadeusza, Jerzego i Henryka Wilczyńskich), (7) Irenę (ur. 1923, poślubiła Jana Nowaka i mieli dwóch synów: Czesława i Zbigniewa) oraz (8) Sabinę (1928-1999, wyszła za Tadeusza Bombika i mieli dwoje dzieci: Piotra i Jolę).

A potem jest walka z Niemcami. Tajna działalność pod dowództwem Pawła Hołoty. Udział w pierwszym powstaniu pod dowództwem Franciszka Sidły. Powstanie upada, chłopcy uciekają do Sosnowca, żeby nie wpaść w ręce grenzschutzu. W drugim powstaniu Rudi bierze udział w obronie poczty w Szopienicach pod dowództwem kolegi Kalinowskiego. W trzecim walczy pod dowództwem Hołoty. Na kopalni pracuje do 1936.

W Roździeniu i Szopienicach zbiegają się losy kilku rodzin, które dają życie mojej mamie i jej rodzeństwu. W 1859 rodzi się w Dąbrówce Małej Karl Stefański, syn Franza (urodzonego w 1824 w Bogucicach) i Katarzyny Schubert (ur. 1824) - żeni się on z Katarzyną Schultz (ur. 1856 w Mysłowicach), córką Johanna Schultza (ur. 1830 w Bieruniu Starym) i Josephy Jaworski (ur. 1829, Mysłowice). Ich dzieci to Konrad, Emma, Magda, Frida i moja kochana szopienicka prababcia, Magdalena, primo voto Wowro, secundo voto Markefka. Magdalena to pierwsza z tej rodziny, której twarz znam. O Sosnowcu mówiła: "Tam, w Polsce". Była miłośniczką górskich wycieczek, wegetarianką, praktykowała metodę doktora Kneippa. Córką Magdaleny i jej pierwszego - tragicznie zmarłego podczas pracy w hucie - Jana Wowro była moja babcia Emilia, zwana w rodzinie Milką.

Milka rodzi się w 1915. W tym samym roku rodzi się mój kochany dziadek Jerzyk Wolf, syn wojowniczego Rudolfa. Mieszkają na Morawie, blisko granicy z Królestwem Polskim. Biorą ślub w sierpniu 1939 - brat Jerzego, Gerard żeni się za to z siostrą Milki, Martą Wowro (ciocia-babcia Marta umarła rodząc moją ciocię Marysię, której syn, Grzegorz Sławicki jest moim genetycznym prawie-bliźniakiem). Za chwilę wybucha straszna wojna. A potem jest ten typowy śląski los - przymusowa służba w armii niemieckiej (w Kriegsmarine), przymusowe zniemczanie (władze nakazały wrócić do starej formy nazwiska - Wolff), przepustki do domu, strach o życie swoje i bliskich, dwie córki urodzone w czasie wojny - moja ciocia i chrzestna Basia (ur. 1940) i moja mama Małgosia (ur. 1943). W korespondencji z frontu Jerzyk-Georg nazywa Basię - Barbel, a Małgosię - Magrit. Uczy się dopiero niemieckiego, bo za używanie tego języka w domu dostawało się od ojca, Rudolfa, po pysku. Wraca (jak wszyscy jego bracia) w 1945. Nikt nie zginął. Po wojnie komuniści zabijają jednak wspaniałego Johanna Augusta Wolfa, polskiego powstańca i żołnierza. Lata powojenne to pasmo upokorzeń.

Ostropa, Pilchowice, Szopienice. To tylko 45 kilometrów z wiejskich, podleśnych Pilchowic do wielkoprzemysłowych Szopienic. I takie to są granice naszej genetycznej różnorodności.

Rudolf po śmierci Julii w 1934 ożenił się po raz drugi, zmarł w 1960. Magdalena po śmierci Jana wychodzi za mąż po raz drugi. Rodzina się rozrasta, rozprzestrzenia po całych Katowicach. Małgorzata, córka Jerzego i Emilii i wnuczka Rudolfa i Julii to moja mama. Paradoksalnie to ja jestem pierwszym w tej rodzinie, który urodził się w granicach Polski (moja mama urodziła się na terenach III Rzeszy, jej ojciec i mama w II Rzeszy). 

Ja już synów i córek nie mam i mieć nie będę. Chodzę po tej samej ziemi, piję tę samą wodę, co tamte pokolenia. Ale mieszkam w Aldrajchu. Taki mój los. 

Przyjdzie też czas opisać dzieje mojej galicyjskiej rodziny po mieczu. Bo tutaj przedstawiłem tylko fragment ważnej połówki...

wtorek, listopada 22, 2016

A może Derdzińscy są związani z inflanckimi Derdzinami?


W Google Earth wypatrzyłem tylko jedną nazwę miejscową, która może być powiązana z moim nazwiskiem. To wioseczka Derdziņi w parafii Vīksna (w czasach rosyjskich - Nikołajewa/Николаевa) w powiecie Balvi (dawniej po polsku Bołowsk). W Derdziniach archeolodzy odkryli jakieś starożytne groby Bałtów (patrz tutaj).

Ten teren to dawne Inflanty Polskie (dziś to Łatgalia na Łotwie), dawny powiat lucyński, dekanat zalucyński i starostwo maryenhauskie, nad rzeką Pedeść i jej dopływami. Występuje tam wiele nazw miejscowych patronimicznych typu Mazury, Wańki i do tej grupy należą być może *Derdzinie albo *Derdziny (bo tak rekonstruuję formę łotewską, a nie umiem znaleźć żadnych źródeł dla tej nazwy w źródłach polskich).

Dziś na tych terenach mieszka wielu Rosjan. Mówi się, że rosyjskie "zielone ludziki" zaatakują kraje bałtyckie właśnie od tej strony.
 
 

Derdziński od Derdy i derdania?


Z Etymologicznego słownika języka polskiego Andrzeja Bańkowskiego. Przyczynek do powstania nazwiska Derdziński.

[Dyrdoł >] Derda > Derdziński?

Może podchodzimy od tego Dyrdoła z XV w. z ziemi lwowskiej? Na ziemi lwowskiej, w Krysowicach żył najstarszy nasz znany przodek, prapradziadek Wojciech Derdziński.


Z dziejów Krysowic


Dwa kościoły, dwie rodziny


Krysowice, pow. Mościska, dawne województwo lwowskie (dziś Ukraina), kościół parafialny, gdzie chrzczono mojego najstarszego znanego mi przodka po mieczu - prapradziadka Wojciecha Derdzińskiego ok. 1880


Pilchowice (Pilchowitz O/S), kościół parafialny św. Jana Chrzciciela, gdzie chrzczono mojego najstarszego znanego mi przodka po kądzieli - prapraprapradziadka Josepha Wolffa ok. 1768.

Najciekawsze jest to, że obie wsie lokowano na prawie niemieckim, obie związane są z podobną falą osadników - Pilchowice to lokacja śląska z końca XIII w., Krysowice to lokacja z XV w. dokonana przez osadników ze... Śląska (końcówka nazwy miejscowej nie jest przypadkowa - to końcówka patronimiczna, typowa dla Śląska i dla śląskiego osadnictwa na dawnej Rusi Czerwonej: Pilchowice to 'wieś potomków Pilcha', a Krysowice to 'wieś potomka Krysy').

Kolonizacja głuchoniemiecka na Wschodzie

sobota, listopada 19, 2016

Edgar Wolf z Šewalde

Relikty językowe i kulturowe z okresu niemieckiej kolonizacji Śląska w XIII i XIV w. Na pierwszym zdjęciu strój ludowy z podgliwickiego Szywałdu (dziś Bojków, śląski Szywołd, szywałdzki Schewaude/Šewalde), na drugim bielska wyspa językowa średniowiecznej niemczyzny - dziś zostały już tylko Wilamowice.

Wczoraj odkryłem, że ostatni ksiądz w Szywałdzie nazywał się Edgar Wolf, pochodził z Raciborza i nazywał się tak samo jak rodzina mojej mamy, która obecna jest pod Gliwicami od średniowiecza (w XVI w. Ostropa, co najmniej od XVIII w. Pilchowice).


wtorek, listopada 15, 2016

Gocki kalendarz


Tolkienista znajdzie tu podobieństwo do nazw kalendarzowych w Rachubie Shire'u. Kto jest bardziej wtajemniczony, wie, że nazwy u Tolkiena bazują na prawdziwym anglosaksońskim kalendarzu Bedy Czcigodnego. Prezentuję znalezione "w internetach" zrekonstruowane nazwy gockich miesięcy i dni tygodnia (a przy okazji polecam ciekawy artykuł o kalendarzach germańskich na Wikipedii): 

I. Aftuma Jiuleis ('after Yule; po Godach') 
II. Fanimenoþs ('mud month; błotny')
III. Kaldmenoþs ('cold month; zimny')
IV. Grasmenoþs ('grass month; trawowy') 
V. Blomamenoþs ('flower month; kwietny')
VI. Warmmenoþs ('warm month; ciepły')
VII. Hawimenoþs ('hay month; sienny')
VIII. Asanmenoþs ('harvest month; żniwny')
IX. Akranmenoþs ('fruit month; owocny') 
X. Weinmenoþs ('wein month; winowy')
XI. Fruma Jiuleis ('before Yule; przed Godami)
XIII. Jiuleis ('yule month; Godowy')

Dni tygodnia

Meninsdags ('moon day; księżycowy')
Tiwisdags ('Tiwaz'day; boga wojny Tiwaza')
Midiwiko ('mid-week; środa')
Þeiƕonsdags ('thunder day; boga grzmotu Pioruna')
Fraujonsdags ('Frigg's day; bogini miłości Frauja')
Sabbatodags ('sabbath day; sobota/szabasowy') 
Sunnonsdags (''sun day; słoneczny')

O jedynym zachowanym fragmencie prawdziwego gockiego kalendarza możecie przeczytać tutaj.

Osiem dni w Tybecie (wspomnienie z 2011)


Dobrze, że zajrzałem dziś na Facebooku do aplikacji "Tego dnia", bo znalazłem swoje unikalne wspomnienia z wyprawy sprzed pięciu lat, z mojej przygody, którą nazywam Osiem dni w Tybecie. Oto, co przechował Facebook. Właśnie 15 listopada 2011 wróciliśmy do Nepalu, a zatem otworzyła się możliwość korzystania z Fejsika, bo przecież w ChRL FB nie działa. I wtedy zebrałem swoje wspomnienia, notatki, zdjęcia. Oto fejsowa relacja (zachowuję oryginalną pisownię):


D[zień]. 1. Lot z Katmandu do Lhasy w Tybecie przebiegł bez problemów. Niesamowite widoki Mt Everestu i innych 8-tysiecznikow. Zabawna akcja zbierania paszportów od chińskich turystów przez towarzyszy partyjnych na pokładzie. Koniec wycieczki - koniec wolności. A my zaczęliśmy wizytę w Tybecie od podziwiania niesamowitej infrastruktury. Chiny to nowoczesne i złowrogie państwo. Tak je widać z Tybetu.

Na wyprawie do Tybetu do naszej polskiej Piatki Wspanialych dolaczono dwie turystki z Chile - Bárbare i Paule. Nie spodziewalem sie, ze znajde tu kolejne bratnie dusze. Nasza trojka stala sie nierozlaczna. Z dziewczynami laczy mnie i szczegolna podroznicza pasja, i wartosci, i fascynacja, i gusta... To taka wzajemna milosc (bardziej "amar" niz "querir"), ktora na pewno przetrwa lata, bo hartowala sie w Tybecie.

Cecha charakterystyczna naszych hoteli w Tybecie? Okresowe dostawy pradu i cieplej wody, brak ogrzewania (z wyjatkiem wyjatkiowego hotelu w Xigatse), niezmieniane posciele i podejrzane reczniki. Ale i tak bylo zaje....

D.2. Caly dzien w Lhasie, stolicy Tybetu. Wpierw wspinaczka po dziesiatkach schodow (z wys. 3650 do ok. 3800 m npm - zadyszka, mroczki, szalejace serducho, bo nie bylismy jeszcze przystosowani do takiej wysokosci), a potem odkrywanie tajemnic palacu Dalaj Lamy. Wlasciciel jest na wygnaniu. Palac to dzis niestety chinskie muzeum, ale odwiedzaja je setki poboznych pielgrzymow - barwny, ubogi tlum z mlynkami, modlitwa.

Po dobrym, pozywnym obiedzie kolejna czesc zwiedzania: najwazniejsza w Tybecie swiatynie buddyjska, Jokhang (piekne zlociste dachy, atmosfera jak w Szkole Czarodziejow na leguinowskiej Wyspie Roke z Archipelagu, zapach masla z mleka jaka, tajemnica Dharmy) oraz niezwykly targ w naszej dzielnicy Barkhor. Mijajac liczne chinskie patrole wojskowe nucimy "Marsz Imperialny" ze Starwarsow... Kolacja, noca 1 C w pokoju.

D.3. Cholernie zimno w nocy, ale jakby coraz mniej cholernie. I coraz latwiej sie oddycha. Mam swietnych kompanow w pokoju - Tomek i Krzys to kompani, z ktorymi nigdy usmiech nie schodzi z twarzy, a bywa, ze i (znikajacy na himalajskiej diecie) brzuch trzesie sie ze smiechu. Kompani maja rozne dolegliwosci wysokosciowe - bol glowy, opuchniecia, siniaki, brak apetytu. Na tych wysokosciach nie pije sie kawy, alkoholu. Trzeba sie tu szanowac, bo nikt nie moze przewidziec, jak jego organizm zareaguje np na 4 lub 5 tys metrow. Ja czuje sie tu jednak jak Wcielenie Buddy pt Mlody Bog. Swietnie na mnie dziala jasne slonce i prawie granatowe niebo oraz wegetarianska dieta.

Drepung to klasztor polozony malowniczo na zboczach himalajskiego przedgorza. Wedrujemy labiryntem uliczek, korytarzy. Zapach jaczego masla ofiarnego wielu odstrecza, ale inne niz wech zmysly z przyjemnoscia penetruja klasztorny swiat - barwy, ksztalty... Wyobraznia dziala tak mocno, ze co noc mamy przedziwne sny. W klasztorze Sera ogladamy dysputy mnichow.

D.4. No i opuszczamy nasza komnate w Palacu Panche Lamy - komnate krioterapii. Ruszamy w 250-kilometrowa podroz do Gyantse, miasteczka polozonego na prawie 4 tys m. Piekna trasa, wysokie przelecze - Kora La 5010 m i Kamba La 4794 m. Mrozne jezioro Yamadroke, jazda na jaku, doswiadczenie tybetanskiego kibla (dziura w ziemi, brak scian miedzy itp.).

W koncu rzadziej spotykamy aparat represji. Najwiecej wojska, policji, palek, tarcz, paralizatorow i innych elementow pokazu sily widzielismy w Lhasie. Na prowincji co pewien czas zatrzymuja nas na check-pointach. Wiemy, ze gdzies w gorach sa obozy koncentracyjne. Z drugiej strony imponujaca szosa przez Himalaje, swietne oznakowanie, dobre auta. Widac tez wzgledny egalitaryzm, wieksza zamoznosc wsi ChRL niz w Nepalu

C.d. Docieramy do Gyantse (3950 m), gdzie zatrzymujemy sie w prostym, przasnym, dosc chlodnym hotelu. Potem spacer, odwiedziny w malej buddyjskiej swiatyni, nieudana proba zdobycia tutejszej twierdzy, obserwacje zycia mieszkancow, nieudany posilek w niechlujnej restauracji (ohydny naan, paskudna zupa, ktora po doprawieniu przez Krzysia i Toma stala sie jeszcze bardziej niejadalna). Wieczorem mala herbaciana imprezka.

Noc trudna, sny dziwne, bol glowy. Mamy mala ale dotkliwa chorobe wysokosciowa. A potem nastaje dzien piaty...

D. 5. Skromne ale pozywne sniadanie. Potem niespodzianka - niesamowicie ciekawy zespol klasztorny Kumbum ze stupa Pholkor. Z kazdym klasztorem, kazda swiatynia jestesmy coraz bardziej zaskoczeni. Czuda, nasz przewodnik, z buddyjskim spokojem i beznamietnoscia, z usmiechem czlowieka Wschodu, wprowadza nas w swiat estetyki i duchowosci Tybetu. Wspinamy sie na stupe, potem male zakupy i ruszamy przez Tybet do Xigatse.

c.d.n.

piątek, listopada 04, 2016

Sosnowice Warszawskie (Сосновице Варшавское)


P.S. Nie wiem czy wiecie, ale w Sosnowcu mówi się, że nasze miasto - dla moich śląskich ziomków "Aldrajch" - to "najbardziej na południe wysunięta dzielnica Warszawy".

P.P.S. A w czasach carskich nasze miasto nazywało się (przynajmniej na tablicy na dworcu kolei żeladnej) Sosnowice Warszawskie - Сосновице Варшавское.

P.P.P.S. I jeszcze jako bonus dla znajomych w Warszawie kolejne zdjęcie:


środa, listopada 02, 2016

Setidava nie musi być nazwą dacką...

Na mapie Wielkiej Germanii Ptolemeusz lokuje też nazwę Setidaua (Σετίδαυα). Babik i wielu innych polskich topomastów podejrzewa tę nazwę o tracką lub dacką proweniencję (wydzielając w niej typowo dacką cząstkę dava, która oznacza osadę, miasto, gród - patrz tutaj). I jest to spory problem podczas naszych analiz danych, które przekazuje Ptolemeusz, przyczynek do traktowania tych nazw z podejrzliwością. Skąd bowiem Trakowie lub Dakowie tak daleko na północ od Karpat? Najczęściej mówi się o wysuniętej na północ strażnicy albo placówce Daków.

Popatrzmy, gdzie uczeni lokują Setidavę. Sadowski (1877) mówi o Żninie (pogranicze wielkpolsko-pomorskie), Stehe (1937) lokuje Setidavę w okolicy Goliny (pow. jarociński), Hansen (1991) mówi o ujściu Warty w okolicy Konina, Czupkiewicz (2002) podaje Ślesin (także koło Konina), a preferowani przeze mnie Vokálie/Janáčková (1971) Setidavę lokalizują jeszcze bardziej na południu - na południowy zachód od Pabianic (woj. łódzkie). Możemy domniemywać, że tak czy inaczej lokowana Setidava była stacją, miejscem wymiany handlowej na Szlaku Bursztynowym.


Ponieważ wiele nazw miejscowych z końcówką -dava znajduje się u Ptolemeusza w Dacji (dzisiejsza Rumunia; przykłady to Πατρίδαυα, Καρσίδαυα, Πετρόδαυα, Οὐτίδαυα), od początku badania tej mapy także Setidavę kojarzono z językiem dackim (wtedy dzieli się części składowe tej nazwy tak: seti-dava). Chcę jednak zwrócić uwagę na to, że końcówka -ava może też być pochodzenia germańskiego. Spotykamy ją jako końcówkę nazw rzecznych w Polsce (Ścinawa, Widawa itd.) i w Czechach (Wełtawa/Vltava, Morawa, Litawa). Najpewniej pochodzi ona od germańskiego *ahwa albo -ahʷō 'woda; rzeka' (por. łac. aqua) - dobitnie opisuje to zjawisko Babik w Najstarszej warstwie nazewniczej na ziemiach polskich. Moim zdaniem możliwa jest etymologia germańska (wtedy dzielilibyśmy części składowe tak: Setid-ava), która jest typowa dla nazw rzecznych w areale nazw germańskich na ziemiach Polskich, gdzie mamy niejasną nazwę rzeki (być może pochodzącą z "substratowego" języka wenetyjskiego i końcówkę germańską -ahva > -aha > słow. -awa. Inne przykłady takich nazw to Oława, Opawa, Dokawa, Centawa itd. (cały spis znajduje się u Babika).