piątek, sierpnia 22, 2008

Drogami Armenii, cz. 3


Na mszę zaspałem. Obudziłem się niby na czas, ale chciało mi się jeszcze troszeczkę podrzemać, i gdy msza zaczęła się o 7.15, ja ostatecznie wstałem o 7.26. Zdążyłem jeszcze na kazanie, ale wstydu trochę było. Choć – jak się okazało – nie byłem jedynym śpiochem-maruderem.

Powoli przyzwyczajamy się do wspaniałego wyżywienia i świetnej obsługi, a przecież to, z czym zetknęliśmy się w Armenii, nie jest zwyczajne. Naprawdę traktują nas tu jak VIP-ów i rozpieszczają na każdym kroku. Śniadania codziennie inne – składają się głównie z dietetycznych składników i nigdy człowiek nie czuje, że przesadził z obżarstwem: wiele typowo armeńskich bakłażanów i innych warzyw z nadzieniem, jajka, pyszne kiełbaski z dobrą musztardą, wybór świetnych serów – chyba głównie kozich, doskonały sok ze świeżo wyciśniętych pomarańczy, dla chętnych słodkości – na przykład bliny, oliwki marynowane na słodko (choć jest wśród nas teoria, że to daktyle), dobra kawa itd.
A o 9.00 ruszamy na wycieczkę. Ta pora przez najbliższe dni będzie naszą zwyczajową, a cały poranek będzie przez cztery dni dość podobny. Nasz sympatyczny autokar – scania, która na pewno wiele już widziała, na oko około dwudziestoletnia, ale z dobrym nawiewem, wymytymi szybami i barkiem zawsze pełnym darmowej wody mineralnej – wiezie nas przez przedmieścia Erywania. Nie jest już tak przestronne, elegancko i czysto, ale i tak wrażenia są dużo lepsze niż w innych posowieckich krajach. Jednak im dalej na prowincję, tym biedniej. Podobieństwa do wiejskich terenów w innych państwach Bliskiego Wschodu. Cały przegląd sowieckiej motoryzacji ze zdezelowanymi, ale wciąż jeżdżącymi ładami, zaporożcami, moskwiczami, marszrutkami jakby żywcem sprowadzonymi z Rosji czy Ukrainy (choć jakby spojrzeć obiektywnym okiem, to przecież takimi samymi marszrutkami odbywa się prywatna komunikacja również w Polszczy – białe minibusy nie pierwszej młodości).
Miejscami całkiem dobre drogi urywają się gwałtownie, trzeba zwolnić i przejechać kawałek po nierównej, osuniętej i spękanej nawierzchni. To pamiątki wcale licznych trzęsień ziemi. Jedzie się jednak sprawnie. Nasz kierowca, Wania, z niejednego pieca już chleb jadał, jak mówi ksiądz Władysław. Jest bardzo doświadczonym i spokojnym szoferem. Opowiadał, że autobusami zjeździł już Bliski Wschód i Europę. Pracuje w tym zawodzie od 30 lat.
Nie będę dokładnie omawiał zabytków, bo te świetnie opisują przewodniki, na przykład świetne publikacje wydawnictwa Bezdroża. Powiem tylko, że tego dnia, w drodze do Geghard i Garni, zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie rozciągał się widok na majestatyczny, górujący nad wszystkim, liczący ponad 5100 m n.p.m. Ararat – górę, która jednoczy Ormian, choć dziś znajduje się za granicą – w niegościnnej dla Ormian Turcji. Ararat ma w języku ormiańskim przydomek - „Część mnie”. Symbolizuje ta góra zamierzchłą przeszłość Wielkiej Armenii, uosabia ona marzenie Ormian o jedności i pokoju. Jest cichym świadkiem tysięcy lat historii tej ziemi. Wedle przekazu biblijnego to na jej szczycie osiadła po Potopie drewniana arka Noego. Kształt tej niezwykłej góry oddany jest na przykład w formie nakrycia głowy ormiańskich kapłanów. Z punktu widokowego na przedmieściach Erywania do samej góry mamy około 60 km. Choć nad Niziną Araracką unosi się mglisty woal, góra jest dość widoczna z białą czapą wiecznego śniegu. Ararat – uosobienie tajemnicy...
Potem dojeżdżamy do monastyru w Geghard („Święta Włócznia”), gdzie w labiryncie kaplic, przejść i grot znajdujemy tę właściwą, w której oczekują na nas muzycy z wokalnego kwintetu ormiańskiego. Zastygamy w ciszy, słuchając anielskiego śpiewu. Niebo spotkało się z ziemią. Byliśmy świadkami tego zdarzenia. Półmrok kaplicy wykutej w całości w litej skale wypełnia się tonami boskiej muzyki. Nasze oczy wędrują w górę, ku jedynemu źródłu światła – otworowi wykutemu w kopule kaplicy. Czujemy, że wraz z tym światłem spływa na nas łaska Stwórcy. W sanktuarium jesteśmy też świadkami chrztu – pięknej uroczystości, w otoczeniu licznej ormiańskiej rodziny z Anglii lub USA. Większość Ormian żyje w diasporze. Historia nie oszczędzała tego narodu, a jego losy przypominają niekiedy losy diaspory żydowskiej. Wracamy do autokaru oglądając piękne, kamienne chaczkary – krzyże, które są świadectwem 1600 lat chrześcijaństwa w Armenii.
Potem zmierzamy do Garni – wsi między Erywaniem i Geghard – na obiad. Jesteśmy gośćmi zamożnego gospodarza. Siedzimy przy wspólnym stole pod zadaszeniem, wśród winnej latorośli i zieleni sadów. Na stole lądują przysmaki, aromatyczne zioła, pyszna woda mineralna „Jermak” (polecam!). Potem oglądamy proces przygotowywania i pieczenia lawasza – tradycyjnego ormiańskiego chleba, który wygląda jak cienki naleśnik, a smakuje jak arabska pita lub żydowska maca. Tylko kobiety, tylko w specjalnym pomieszczeniu mogą przygotowywać ten wszechobecny na stołach przysmak. Ważne, żeby w czasie ubijania ciasta przez otwór w suficie padał na nie promień światła. Czyżby ślad wierzeń przedchrześcijańskich? Czyżby zwyczaj związany z kultem słońca? Przecież Armenia przez wieki była pod wpływem wierzeń perskich, mazdaizmu i kultu Mitry. W podłodze widnieje szeroki otwór, który jest wejściem do pieca zagłębionego w ziemi. Tam zamaszystym ruchem przykleja się ciasto do pionowych ścian rozgrzanego paleniska i gdy się ono upiecze, specjalnym pogrzebaczem gotowy lawasz rzuca się na chustę w dalszej części pomieszczenia. Pan domu tymczasem, przygotowuje udka drobiowe i szaszłyki. Spektakl ognia, rozgrzanego podmuchem specjalnej suszarki i oto kolejne danie gotowe! Mięsiwo ląduje na stołach. Czujemy się jak u rodziny. Wieś, sielska atmosfera, zapachy jedzenia. Wszystko sprzyja konwersacji i integrowaniu się naszej grupy.
A potem trzeba jechać do sanktuarium przedchrześcijańskiego w Garni. Odwiedzamy niezwykłe miejsce. Szeroki widok na górzyste plenery, u stóp osiemdziesięciometrowe urwisko, nad nami niebo blade i lekko zachmurzone. Jest gorąco, ale ten rodzaj gorąca nie jest bardzo przykry. A może już się przyzwyczaiłem do takiego ciepła przez tegoroczne wyjazdy do Ziemi Świętej, Hiszpanii i Południowych Włoch? Bazaltowa świątynia, w której czczono najpewniej Mitrę, przypomina tylko w ogólnym zarysie budowle hellenistyczne. Sam budulec i liczne elementy zdobnicze mówią nam, że jest to oryginalny przykład architektury miejscowej, tylko trochę zainspirowanej budowlami Grecji i Rzymu. Kultury, które tu, na tej ziemi wznosiły pierwsze kolumny i ściany świątyń wyprzedzają cywilizację tzw. klasyczną o setki, tysiące lat. Oglądamy ciekawe wykopaliska antycznej łaźni, a potem wsiadamy do autokaru i zmierzamy prosto do Erywania. Naszym celem jest Mauzoleum i Muzeum Ludobójstwa Ormian.
Przejazd na górujące nad Erywaniem wzgórze jest okazją, do poznania dalszej części przedmieść stolicy – mijamy fabrykę win i koniaków „Ararat”, przejeżdżamy obok stadionu klubu piłkarskiego „Ararat”, a do tego na horyzoncie ciągle widzimy właściwą górę Ararat.
Wizyta w Mauzoleum jest bardzo wzruszająca. Składamy zakupioną wcześniej wiązankę biało-czerwonych róż. Pan Janusz, pochodzący od XIV-wiecznych ormiańskich osadników w Królestwie Polskim uczestnik naszej pielgrzymki, przygotował specjalną szarfę z ormiańskim napisem: „Polacy z pamięcią o Ormianach wymordowanych w 1915 roku”. Modlimy się o pokój, modlimy się za ofiary metodycznego ludobójstwa przeprowadzonego na Ormianach przez państwo młodotureckie. Spotykamy też sympatyczną panią Petrę z Czech, która dzieli się z nami radością swojego bezpiecznego wylądowania w Armenii. Była w Gruzji w dniach, gdy pojawiły się tam „wyzwolicielskie” wojska Armii Czerwonej. W ewakuacji pomogli jej i jej przyjaciołom Polacy. Nasz konsulat zorganizował całą karawanę autokarów, jedzenie, picie i bezpieczny przejazd z ogarniętej wojną Gruzji do Armenii. Petra mówi, że nikt nie był tak dobrze zorganizowany jak Polacy, że nikt nie pomógł innym tyle, co przedstawiciele naszego państwa. Jesteśmy dumni.
A potem czas wolny, a potem dospanie nieprzespanej nocy. Miłe popołudnie i wieczór spędzone na własny sposób.

Gdy piszę te słowa, jest już noc. Zbliża się północ (w Polsce jest 21.00). Przez otwarte okna wpada szum ulicy i... głos piszczałki. Ktoś gra pradawną melodię ormiańskich pasterzy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz