czwartek, stycznia 12, 2017

»Dębno«, »Dębieniec«?

Wszyscy znani mi przodkowie byli mieszczanami z małych miejscowości: Derdzińscy to Łańcut i Przemyśl – Wolfowie to Szopienice i Pilchowice. Choć ich przodkowie byli zagrodnikami i chałupnikami, to jednak w pamięci rodzinnej jest mieszczaństwo, praca w oświacie, w biurach, w rzemiośle, w handlu. I my mamy swoją legendę heraldyczną. Mój tata bowiem twierdził, że jesteśmy herbowi i nasz herb to – o ile pamiętam – "Dębieniec". Nie znam takiego herbu, a sama herbowość to raczej jakaś naciągana legenda (choć moja prababka ojcowska nazywała się Koptyńska, a wcześniej jeden z pradziadków wżenił się w Brylińskich), ale jest to miłe. W każdym razie najbliższy nazwą jest herb Dębno.



środa, stycznia 11, 2017

R-M512 czy R-L63?


Genographic mówi, że jestem R-L63, a Family Tree DNA, że R-M512

Znam już 37 markerów swojego Y-DNA. Dopiero dziś z p. Łukaszem Łapińskim odkryliśmy, że moje dane przetransferowałem już do Family Tree DNA i zapłaciłem za pogłębioną analizę w 2011 i 2014 – wyobraźcie sobie, że wypadło mi to zupełnie z głowy! Lada dzień zaczynamy badać dalsze głębie mojego dziedzictwa genetycznego. W tej chwili są dwie możliwości: albo jestem spokrewniony ze skandynawskimi Germanami indoeuropejskiego pochodzenia, albo z aszkenazyjskimi Lewitami indoeuropejskiego pochodzenia (Mojżesz, Aaron, Maryja ). Powyższa mapka pokazuje moich krewnych genetycznych w bazie tego serwisu. Wikingowie i Semici.

Co byłoby fajniejsze? Nie wiem ale za miesiąc będę wiedział być może jeszcze więcej o swoich odległych przodkach. Na razie pokazuję mapkę z moimi krewnymi genetycznymi na poziomie 12 markerów.

Jestem w The Genographic Project, a przede wszystkim Family Tree DNA. Znajdziecie mnie też na ySearch.

niedziela, stycznia 08, 2017

Aldrajch 1536

Mathias Gerung, "Będzin" (23 grudnia 1536)

Historia wielkiej podróży jest opisana między innymi na fajnym blogu "Moje Zagłębie". Polecam!
27 listopada 1536 palatyn Ottheinrich opuścił rodzinny Neuburg i udał się w długą podróż do Krakowa. Po co tam pojechał?

Żeby odpowiedzieć na to pytanie, musimy cofnąć się w czasie o dalsze kilkadziesiąt lat, do słynnego „wesela landshuckiego” w roku 1475. Głównymi postaciami owego wydarzenia byli książę bawarski Jerzy Bogaty i jego nowo poślubiona małżonka – Jadwiga, córka Kazimierza Jagiellończyka. Ojciec panny młodej okazał się przy tym dość hojnym człowiekiem: Król Kazimierz obiecuje swemu szwagrowi, księciu Ludwigowi i swemu zięciowi księciu Jerzemu wypłacić księżniczce Jadwidze jako wiano 32000 guldenów węgierskich w przeciągu następnych pięciu lat… Problem w tym, że o swojej obietnicy najprawdopodobniej zapomniał.

Nie zapomnieli jednak wnukowie owej księżniczki Jadwigi, Ottheinrich i jego brat Filip nie bez powodu zwany Swarliwym. Jako prawdziwi ludzie renesansu niezmiennie potrzebowali gotówki, wobec czego na początku lat 30 XVI wieku zwrócili się do swego dalekiego krewniaka, Zygmunta Starego, o wypłacenie należnych pieniędzy. Polski monarcha musiał być tym faktem mocno zdumiony. Jak wynika z licznej korespondencji argumentował, że dług już dawno uległ przedawnieniu, a nawet że być może został spłacony, tylko nie zachowały się dokumenty. Kiedy te argumenty nie pomagały wymawiał się tym, że przecież jest królem elekcyjnym i nie może odpowiada za długi Jagiellona… Bracia byli jednak bardzo zdeterminowani i – jako się rzekło – w listopadzie 1536 roku Ottheinrich na czele grupy około 40 towarzyszy ruszył w niebezpieczną podróż. W Krakowie stanął dokładnie w Wigilię, przez Będzin przejeżdżał 23 grudnia (później jeszcze w styczniu, w drodze powrotnej). Nic byśmy o tej podróży nie wiedzieli, gdyby nie jeden człowiek z orszaku palatyna – jego nadworny malarz Mathias Gerung. On to przejeżdżając przez poszczególne miasta na trasie podróży, zatrzymywał się, szkicował, a po powrocie do Neuburga uwiecznił je na cyklu pięćdziesięciu kolorowych widoków."

Rudolf Wolf
Katolik – Ślązak – Polak


Z "Wniosku Odznaczeniowego o nadanie Śląskiego Krzyża Powstańczego"

Rudolf Wolf.

I i II powstanie: Szopienice-Mysłowice

III powstanie: Katowice-Dąb-Załęże pod dowództwem baonowego śp. Pawła Hołoty. W III powstaniu udziału nie brałem do końca, gdyż śp. Wojciech Korfanty dał rozkaz górnikom, by podjęli pracę na kopalniach. Podczas plebiscytu byłem w biurze informacyjnym w Szopienicach. Wywody moje i pracę mogą potwierdzić świadkowie, którzy tak samo brali czynny udział w powstaniach i pracach społecznych.

Przed wybuchem I powstania należałem do tajnej organizacji bojowej pod dowództwem śp. majora Woźniaka. Jako górnik dostarczałem materiały wybuchowe organizacji bojowej, które to materiały śp. Kuc Rudolf odbierał.
To jest Rudolf Wolf.

Rudolf Wolf to mój pradziadek.

Mój pradziadek był powstańcem śląskim i z innymi powstańcami pogonił ze Wschodniego Śląska butne niemieckie władze.

Jestem jego prawnukiem, który ceni dawną niemiecką kulturę i ma szacunek dla języka niemieckiego. Z zainteresowaniem badam niemieckie ślady na ziemi, gdzie mieszkam. Jednocześnie jestem polskim patriotą, jak mój pradziadek Rudolf. I kocham Górny Śląsk. Nade wszystko zaś, jestem katolikiem – katholisch – jak moja śląska i polska rodzina.


Wbrew górnośląskim awanturnikom, antypolskim separatystom – da się to wszystko pogodzić. 

Dla mojej rodziny cytuję życiorys mojego pradziadka Rudolfa, dziadka mojej mamy Małgosi:

Urodziłem się w dniu 13 kwietnia 1881 r. w Pilchowicach, pow. Rybnik jako syn Antoniego i Marii z domu Dziedzioch. W szóstym roku życia mego [1887] wstąpiłem do szkoły powszechnej w Szopienicach, którą po ośmiu latach opuściłem [1895]. Chcąc przyjść z pomocą finansową moim rodzicom, obarczonym liczną rodziną, podejmowałem różne dorywcze prace. Dopiero w roku 1898 kończąc 17 rok życia otrzymałem pierwszą pracę na kopalni "Wieczorek" [wtedy "Morgenroth", część kopalni "Giesche"] w Szopienicach-Janowie, z której jednak po 15 latach nieprzerwanej pracy zostałem zwolniony [1913] za udział w polskich zebraniach, gdyż byłem współzałożycielem Towarzystwa Gimnastycznego "Sokół" i Towarzystwa Śpiewu im. Wyspiańskiego na terenie Szopienic, które miały za zadanie krzewienie języka polskiego i śpiewu, jak również współorganizację w strajkach przeciw wyzyskowi robotników.

W maju 1913 r. otrzymałem pracę jako rębacz na kopalni w Mysłowicach ["Myslowitzgrube"], gdzie również jako ten, który bronił praw robotniczych i polskości byłem szykanowany i dwukrotnie na listę do zwolnienia podawany. W maju 1908 r. zawarłem związek małżeński z Julią Waniek, z którego to małżeństwa pochodzi 4 synów i 4 córki. Obecnie wszyscy żonaci.

Udziału w wojnie światowej nie brałem, gdyż byłem przez ten czas jako górnik reklamowany. Przed wybuchem pierwszego powstania w 1919 r. organizowałem się już tajnie w "Sokolni" na terenie Szopienic, gdzie dowodzącym w tajnych zebraniach był kol. Morgała i śp. Hołota Paweł, a w samym pierwszym powstaniu brałem czynny udział w drużynie kolegi śp. Sidły Franciszka. Z uwagi na niepowodzenie pierwszego powstania zmuszony byłem uchodzić na teren Sosnowca, by nie wpaść w ręce "grenzschutzu". W II-gim powstaniu brałem udział przy obronie poczty w Szopienicach pod dowództwem kol. Kalinowskiego. W III-cim powstaniu brałem czynny udział. Dowódcą baonowym był śp. Hołota Paweł. Na wezwanie Korfantego by górnicy udali się do pracy z uwagi na zastój przemysłu i ja udałem się do swojej kopalni Mysłowice, gdzie pracowałem bez przerwy jako górnik do 1936 r.

Po tym czasie przeniesiony zostałem na emeryturę. W czasie plebiscytu brałem również czynny udział i w swoim mieszkaniu miałem biuro parytetyczne. W roku 1935 ożeniłem się powtórnie z Klarą Mol.

(...) Odznaczony zostałem Śląskim Krzyżem Powstańczym w dniu 1 stycznia 1949 za nr dowodu 011659.

Szopienice, dnia 21 marca 1957 r.



środa, stycznia 04, 2017

Waurd

In anastodeinai was Waurd jah Waurd was at Guda jah Gud was þata Waurd; þata was in anastodeinai at Guda. All þairh ita warþ jah inuh ita ni warþ waiht þatei warþ. In imma libains was jah so libains was liuhaþ manne. Jah þata liuhaþ in riqis skeiniþ jah þata riqis ita ni gafaifah. Warþ manna insandiþs fram Guda, namo imma Iohannes. Sa qam du weitwodiþai ei weitwodidedi bi þata liuhaþ ei allai galaubibedeina þairh ina. Ni was jains þata liuhaþ ak ei weitwodidedi bi þata liuhaþ.

niedziela, grudnia 25, 2016

Holda i stetewaldy na Śląsku

Z Katalogu magii brata Rudolfa (opis etnograficzny z okolic Rud Raciborskich z XIII/XIV):

»Rozdział X - O czarodziejskich praktykach do osiągnięcia szczęścia

Aby zapewnić sobie szczęście, a także opływać w ziemskie dobra, uprawiają przez Boga znienawidzone praktyki. W nocy Bożego Narodzenia zastawiają stół dla królowej nieba, którą powszechnie nazywają panią Holdą, aby ich wspomagała. W nowych domach albo takich, w których mają od nowa mieszkać, zakopują do ziemi w różnych kątach mieszkania, a czasem za piecem, garnki wypełnione różnymi rzeczami na cześć bogów domowych, których powszechnie nazywają opiekunami domu [stetewaldiu]. (...)«


Boże Narodzenie na Śląsku około 1860

»Gdy zbliżały się święta Bożego Narodzenia, mężczyźni zaczynali obchód z "betlejką". Czasami byli to Trzej Królowie. Mężczyźni z betlejką dźwigali umieszczony na podobnym do mar nosidle coś w rodzaju lalkowego teatru lalkowego, teatru marionetek. W głębi widoczna była scena narodzin Chrystusa w stajence betlejemskiej. Na pierwszym planie jednak odbywały się prawdziwe przedstawienia kukiełkowe: występowali Bóg Ojciec, diabeł, kilka aniołów, Chrystus Zbawiciel i różni święci. Recytowano przy tym różne rymowanki i śpiewano pieśni. Trzema Królami byli zazwyczaj chłopcy z sąsiedniej osady albo i z tej samej miejscowości, którzy zamieniali się w świętych mężów za pomocą naciągniętych na ubranie białych koszul i koron z pozłacanej tektury. Jeden z nich miał twarz uczernioną, drugi – długi kij pasterski, z którym podczas występu tańczył dookoła pomieszczenia. Chłopcy śpiewali po niemiecku albo po polsku. Z niemieckich tekstów przypominam sobie jeszcze następujące wersy:
Wyjrzał Herod przez okienko, 
I fałszywym pyta głosem.
Zacni Mędrcy co was trzech,
Gdzież to chcecie dostać się?
Mord dzieci betlejemskich przedstawiony był symbolicznie w ten sposób, że jeden z Trzech Króli za pomocą wielkiego noża albo starej szabli odrąbywał lalce głowę. Ci święci Trzej Królowie chodzili po okolicy od połowy grudnia do połowy stycznia. Byli jednak również Trzej Królowie przedstawieni przez dorosłych, zwłaszcza z Galicji, którzy swoje występy traktowali jako działalność zarobkową. Posiadali oni rzeczywiście imponujące kostiumy i zawsze nosili ze sobą gwiazdę, którą podczas występu żwawo obracano. Umocowane w środku światło przebłyskiwało przez papier oklejający przednią część gwiazdy. Święci Trzej Królowie mieli nadzieję na datki pieniężne. 

Na Boże Narodzenie znów odbywało się pieczenie ciast. Tym razem strucel był obligatoryjny. Choinki ustawiano tylko w domach rodzin niemieckich, a i to nie wszędzie.

W wieczór wigilijny rozdawano prezenty – przede wszystkim dzieciom. Najważniejszą rzeczą w Wigilię było wszakże jedzenie, składające się z zupy rybnej, karpia w polskim sosie (do niezbędnych składników sosu należały piwo, przecier śliwkowy, piernik i skórka z cytryny), a szczególnie lubianych przez dzieci "makówek".

Przypominam sobie, że w wieczór wigilijny bardzo często ulicami przeciągali mężczyźni strzelający przed każdymi drzwiami z batów. Podług jednej wersji to strzelanie z biczy miało odganiać złe duchy. Mój ojciec opowiadał mi jednak, że w dawnych czasach na folwarkach schodzili się na dziedzińcu dworskim owczarze składający w ten sposób swojemu państwu wyrazy czci i szacunku. (...)«

Anton Oskar Klaußmann, Górny Śląsk przez laty, str. 97