niedziela, grudnia 25, 2016

Holda i stetewaldy na Śląsku

Z Katalogu magii brata Rudolfa (opis etnograficzny z okolic Rud Raciborskich z XIII/XIV):

»Rozdział X - O czarodziejskich praktykach do osiągnięcia szczęścia

Aby zapewnić sobie szczęście, a także opływać w ziemskie dobra, uprawiają przez Boga znienawidzone praktyki. W nocy Bożego Narodzenia zastawiają stół dla królowej nieba, którą powszechnie nazywają panią Holdą, aby ich wspomagała. W nowych domach albo takich, w których mają od nowa mieszkać, zakopują do ziemi w różnych kątach mieszkania, a czasem za piecem, garnki wypełnione różnymi rzeczami na cześć bogów domowych, których powszechnie nazywają opiekunami domu [stetewaldiu]. (...)«


Boże Narodzenie na Śląsku około 1860

»Gdy zbliżały się święta Bożego Narodzenia, mężczyźni zaczynali obchód z "betlejką". Czasami byli to Trzej Królowie. Mężczyźni z betlejką dźwigali umieszczony na podobnym do mar nosidle coś w rodzaju lalkowego teatru lalkowego, teatru marionetek. W głębi widoczna była scena narodzin Chrystusa w stajence betlejemskiej. Na pierwszym planie jednak odbywały się prawdziwe przedstawienia kukiełkowe: występowali Bóg Ojciec, diabeł, kilka aniołów, Chrystus Zbawiciel i różni święci. Recytowano przy tym różne rymowanki i śpiewano pieśni. Trzema Królami byli zazwyczaj chłopcy z sąsiedniej osady albo i z tej samej miejscowości, którzy zamieniali się w świętych mężów za pomocą naciągniętych na ubranie białych koszul i koron z pozłacanej tektury. Jeden z nich miał twarz uczernioną, drugi – długi kij pasterski, z którym podczas występu tańczył dookoła pomieszczenia. Chłopcy śpiewali po niemiecku albo po polsku. Z niemieckich tekstów przypominam sobie jeszcze następujące wersy:
Wyjrzał Herod przez okienko, 
I fałszywym pyta głosem.
Zacni Mędrcy co was trzech,
Gdzież to chcecie dostać się?
Mord dzieci betlejemskich przedstawiony był symbolicznie w ten sposób, że jeden z Trzech Króli za pomocą wielkiego noża albo starej szabli odrąbywał lalce głowę. Ci święci Trzej Królowie chodzili po okolicy od połowy grudnia do połowy stycznia. Byli jednak również Trzej Królowie przedstawieni przez dorosłych, zwłaszcza z Galicji, którzy swoje występy traktowali jako działalność zarobkową. Posiadali oni rzeczywiście imponujące kostiumy i zawsze nosili ze sobą gwiazdę, którą podczas występu żwawo obracano. Umocowane w środku światło przebłyskiwało przez papier oklejający przednią część gwiazdy. Święci Trzej Królowie mieli nadzieję na datki pieniężne. 

Na Boże Narodzenie znów odbywało się pieczenie ciast. Tym razem strucel był obligatoryjny. Choinki ustawiano tylko w domach rodzin niemieckich, a i to nie wszędzie.

W wieczór wigilijny rozdawano prezenty – przede wszystkim dzieciom. Najważniejszą rzeczą w Wigilię było wszakże jedzenie, składające się z zupy rybnej, karpia w polskim sosie (do niezbędnych składników sosu należały piwo, przecier śliwkowy, piernik i skórka z cytryny), a szczególnie lubianych przez dzieci "makówek".

Przypominam sobie, że w wieczór wigilijny bardzo często ulicami przeciągali mężczyźni strzelający przed każdymi drzwiami z batów. Podług jednej wersji to strzelanie z biczy miało odganiać złe duchy. Mój ojciec opowiadał mi jednak, że w dawnych czasach na folwarkach schodzili się na dziedzińcu dworskim owczarze składający w ten sposób swojemu państwu wyrazy czci i szacunku. (...)«

Anton Oskar Klaußmann, Górny Śląsk przez laty, str. 97

wtorek, grudnia 13, 2016

IMPERATOR, polski film po łacinie


IMPERATOR

In classic Latin with English subtitles
Rome Empire, Story of Emperor Marcus Salvius Otho.
Directed by Konrad Łęcki,
Screenplay by Konrad Łęcki
Produced by Lidia Sadowska
Director of photography Karol Łakomiec
Film editor Robert Czerniejewski
Music by Roberto Ignis
cast: Robert Wrzosek, Ewa Hornich, Dominik Bąk, Jarosław Witaszczyk, Medard Plewacki, Edward Kusztal, Marcin Brykczyński, Andrzej Cempura, Piotr Czerniejewski, Cezary Kaźmierski

wtorek, grudnia 06, 2016

Kraina mojego dzieciństwa


To był 1979 albo 1980. Przyjaciele moich rodziców (u których nota bene rodzice się poznali), Terenia i Józek Jędreccy z Katowic wynajmowali już od jakiegoś czasu taki odosobniony, leśny dom (a właściwie zespół zabudowań), który nazywa się Marzatka i który najdziemy na mapach Śląska już w XVIII w. Zaczęliśmy do nich regularnie przyjeżdżać w weekendy. Niesamowity las, spotkania ze zwierzętami, grzybobrania, mnóstwo śmiechu przy ognisku, specjalny fotel wujka Józka, mnóstwo przygód i zabaw z moim Łukaszem, synem cioci i wujka. Nasi przyjaciele przed wybuchem stanu wojennego wyjechali na stałe do Rajchu, a my przejęliśmy w lesie po nich schedę. Jędreccy skontaktowali nas z bardzo fajną rodziną pana leśniczego o nazwisku Baran i już wkrótce przenieśliśmy się do Leśniczówki, która na niemieckich mapach nazywa się Dombrowice. Tam przeżyłem najlepsze swoje liczne wakacje, najlepsze dziecięce przygody, tam dostałem włócznią w głowę podczas obrony naszej wioski Indian, tam mieliśmy z synem leśniczego, Arturem, kilka domków na drzewach, kilka leśnych schronień, szałasów i ziemianek, tam przeżyliśmy wybuch stanu wojennego 13 grudnia 1981, tam prawie nie zamarzłem po wieczornym zimowym kuligu. Aleja Dębowa, ogniska, gołębie, ćwiczenia w strzelaniu z łuku, najlepsze (bo własne) maliny, przygotowanie kryzysowych słodyczy pod nieobecność rodziców, pierwsze moje podkochiwania się w kuzynkach Artura... Wynajmowaliśmy u Baranów całe pięterko starej niemieckiej leśniczówki. Tata oszczędzał reglamentowane paliwo tak, że co drugi weekend spędzaliśmy w Makowczycach, w naszej ulubionej Leśniczówce...


Po kilku latach przenieśliśmy się wpierw do Starej Szkoły w Myślinie, a potem ostatecznie osiedliśmy w pięknym, prostym ceglanym domku w Łąkach, przysiółku słynnej wsi wolnych chłopów, w Kadłubie Wolnym. Ten dom wynajmowaliśmy praktycznie do końca moich studiów i mojego małżeństwa czyli do 1998-99. Przez te wszystkie lata towarzyszyli nam na "naszej" wsi i przyjaciele – wujek Witek i ciocia Stenia, nasi sosnowieccy przyjaciele i sąsiedzi z Ordonówny – wujek Marek, ciocia Zosia oraz Piotrek i Kasia, a w końcu nasza rodzina z Wrocławia i Katowic. 

To były złote lata. Często wracam wspomnieniami do tych pięknych dni. A raz do roku lubię sobie zrobić samochodową wycieczkę, żeby przejść się "Białą Drogą" przez las, zebrać trochę grzybów, pooglądać sarenki, przejść koło "Domku Sprocketa", odwiedzić naszych dawnych gospodarzy, Kowolików...

Zapomniane hymny

Badając swoją genealogię odkryłem, że – o ironio! – po kądzieli jestem pierwszym w mojej linii członkiem rodziny, który urodził się w granicach państwa polskiego (też przecież nie w pełni wolnego, bo to był komunistyczny PRL). Mój prapradziadek Antoni urodził się w Królestwie Prus, pradziadek Rudolf w Cesarstwie Niemieckim w 1881, podobnie jego syn, a mój dziadek Jerzy w 1915, zaś moja mama urodziła się – niestety! – w III Rzeszy w 1943. To nic, że mówimy o tej samej ziemi, o krainie w promieniu 20 km. Dzieje Górnego Śląska są bardzo skomplikowane..

Zaprezentuję teraz kilka nagrań hymnów i pieśni, które były z urzędu istotne i ważne dla naszej ziemi, naszej małej ojczyzny, naszego Hajmatu.

Oto Preußenlied, "Pieśń Prus". Podobno miała też polskie słowa: 
»Ja jestem Prusak, to są moje farby (...)«

Prawdziwy Mikołaj Święty!

Jedyny prawdziwy, oryginalny Święty Mikołaj!
Ja tu pitu-pitu, wymądrzam się i teoretyzuję, a tymczasem kolejny 6 grudnia mija, a Wujek Rysiu nie wdział prawdziwego mikołajowego stroju i nie odwiedza znajomych dzieci. Gdy byłem mały, mój tata i różni wujkowie-sąsiedzi tworzyli dla nas – swoich dzieciaków – jedyny w swoim rodzaju spektakl: był taki wspólny strój św. Mikołaja (czasem trzymano go w naszej szafie) i co roku któryś z panów "wyjeżdżał na delegację", a tymczasem w którymś z mieszkań zbierały się dzieci i czekały... A potem słyszeliśmy dzwoneczek, pojawiała się w drzwiach Tajemnica! Brodaty Starzec z tiarą na głowie, w srebrzystym ornacie, z pastorałem... i workiem pełnym prezentów! Ale żeby dostać prezent, trzeba się było "wyspowiadać" ze swoich grzeszków, za pokutę zaśpiewać piosenkę. Czasem niestety wśród prezentów dostawało się też małą rózgę i węgielki...

O dawnych śląskich mikołajowych zwyczajach piszę na Tolkniętym (tutaj).

poniedziałek, grudnia 05, 2016

Moi pradziadkowie z rodu Wowro

Oto kolejni moi matczyni pradziadkowie (poza Rudolfem i Julią Wolf, których opisałem w mojej Wolfingssadze). To Jan Wowro i Magdalena z.d. Stefańska. Wowrowie przybyli na Śląsk z ziemi krakowskiej, z miejscowości Kamień w gminie Rybna, w powiecie krakowskim i pierwotnie nazywali się Wawro (jest to staropolski wariant imienia Wawrzyniec, a zatem jest to nazwisko odimienne; już w 1870 wymienia się w Roździeniu siodłaka (kmiecia) o nazwisku Wowro). Wowrowie mieli dwie córki - moją babcię Emilię (1915-1992) oraz jej młodszą siostrę Martę (1917-1947).

Jan Wowro (ur. 20 grudnia 1885 r. w Roździeniu) był synem Antoniego Mikołaja Wawro (w dokumentach Anton Nikolaus Wawro), ur. 14 września 1858 w Kamieniu w Galicji (w Kamieniu wciąż mieszka wielu Wawrów - na tamtejszym cmentarzu łatwo znaleźć groby z tym nazwiskiem). Był dyplomowanym ślusarzem. Zginął tragicznie podczas pracy w zakładach w Hucie Laurze (dziś Zakłady Zbrojeniowe w Siemianowicach Śl.) - zabiła go podobno sprężyna, która wystrzeliła z jakiegoś urządzenia. Jego żona, moja kochana prababcia Magdalena wyszła potem za mąż po raz drugi za Sylwestra Markefkę (zm. 1971), który pozostawił po sobie dwie kamienice w Szopienicach. Magdalena z.d. Stefańska była córką Karola Stefańskiego (ur. 26 marca 1859 w ówczesnym Eichenau czyli Dąbrówce; jego rodzice to Franz Stefański, ur. 1824 w Bogucicach i Katherin Schubert, ur. 1824) i Katarzyny z.d. Schultz (ur. 11 kwietnia 1856 w Mysłowicach; jej rodzice to Johann Schultz, ur. 1830 w Bieruniu Starym i Josepha Jaworski, ur. 1829 w Mysłowicach). Magdalena miała rodzeństwo: Konrada i Emmę.

Magdalena i Jan Wowro
Magdalena z córkami Emilią i Martą


niedziela, grudnia 04, 2016

Niesamowite mapy Śląska

Znalazłem na górnośląskim forum taką kolekcję map naszego regionu. Zabawy jest na całe tygodnie. Ja się przyjrzałem okolicom Pilchowic. Niesamowitości!

Najdokładniejsza XVIII-wieczna mapa Śląska i okolice Pilchowic!
http://www.grytzka-genealogie.de/images/kattowitz_karte.jpg
http://fotopolska.eu/311578,z,136035,1,foto.html
http://fotopolska.eu/310681,z,135645,1,foto.html
http://fotopolska.eu/foto/310/310664.jpg
http://www.kostuchna.boo.pl/Historia/Mapa10.JPG
http://www.mapywig.org/m/wig25k/P47_S28_H_KATOWICE.jpg
http://www.mapywig.org/m/General_and_tourist_maps/Podreczna_Mapa_WOJEWODZTWA_SLASKIEGO.jpg
http://amzpbig.com/maps/5779_Schwientochlowitz_1929.jpg
http://www.bytom.webd.pl/img/mapy/mapa_slask_geologiczna_1913_1.jpg
http://www.bytom.webd.pl/img/mapy/mapa_slask_1910.jpg
http://www.bytom.webd.pl/img/mapy/mapa_slask_1904.jpg
http://www.bytom.webd.pl/img/mapy/mapa_nikiszowiec_1913.jpg
http://www.giszowiec.info/pl/drukuj.php?co=mapy
http://www.giszowiec.info/grafa/mapy/mapa_giesche.jpg
http://forum.gazeta.pl/forum/w,34281,64591059,,Znod_ech_ciekawo_mapa_z_1619_roku.html?v=2
http://eksploratorzy.com.pl/mapy/GOP/tychy.jpg
http://andrzejwic.fm.interia.pl/1801.jpg
http://andrzejwic.fm.interia.pl/mapy.html
http://www.mapywig.org/m/German_maps/1919-1945/Gross_and_Einheitsblaetter/Grossblatt_Nr._118_Gleiwitz.jpg
http://mapy.amzp.pl/tk25_list.cgi?show=5780;sort=w
http://www.sbc.org.pl/dlibra/publication?id=1210&from=&dirids=1&tab=1&lp=1&QI=
http://www.mapywig.org/m/German_maps/1919-1945/other/Standortkarte_Kattowitz_Suedost_50K_1943.jpg
http://www.mapywig.org/m/German_maps/1870-1919/200K/400dpi/TUDR_147_Beuthen_1902-14_kol.jpg
http://www.posselt-landkarten.de/karte_521.jpg
http://www.maproom.org/00/14/present.php?m=m036
http://teca.bncf.firenze.sbn.it/ImageViewer/servlet/ImageViewer?idr=BNCF0003492799
http://www.stub.unibe.ch/adam/zoom/zoom.php?col=ryh&pic=Ryh_4501_36
http://www.stub.unibe.ch/adam/zoom/zoom.php?col=ryh&pic=Ryh_4501_43
http://igrek.amzp.pl/mapindex.php?cat=TK25
http://amzpbig.com/maps/5780_Kattowitz_1942_2.jpg

... i jeszcze to:

http://www.deutsche-schutzgebiete.de/provinz_schlesien.htm

sobota, grudnia 03, 2016

Śląskie etymologie: siodłok i *chaciej

Po staropolsku chłop, kmieć to również siodłak (od siodło 'wieś, osiedle'). W etnolekcie górnośląskim jest to siodłok (odpowiednik niemieckiego Bauer) Siodłok był bogatszym chłopem, posiadającym ziemię. Biedniejszy chłop małorolny to po polsku zagrodnik (niem. Gärtner). Nie znam jeszcze śląskiego odpowiednika tej nazwy. Natomiast najbiedniejsi chłopi, którzy masowo ruszali za pracą do miast, chłopi bezrolni to chałupnicy (niem. Häusler). Moja mama, Górnoślązaczka z Szopienic, twierdzi, że w jej rodzinie o ludziach prostych i biednych, słabo wykształconych i niewychowanych mówiło się w jej rodzinie - chacieje. Czy to może być śląski odpowiednik słowa chałupnik? Chałupa = chata = Häusel

Okolice Gliwic na gwaszu Knippla

sobota, listopada 26, 2016

Wolfingssaga
Zainspirowany przez Szczepana Twardocha...

Tekst zainspirowany genealogicznym wspomnieniem Szczepana Twardocha, które znany autor zaprezentował na Facebooku. Podobieństwo stylistyczne mojego tekstu nie jest przypadkowe...

Wschodnia kolonizacja niemiecka wg Zwierciadła saskiego
Nazwisko Wolff należy do tych najstarszych niemieckich nazwisk, które są średniowiecznymi skrótami imion. Wolff wywodzi się od imion typu Wolfhard czy Wolfert (źródło). Właśnie zwyczajowe podwójne -ff ma podkreślać, że nie jest to rzeczownik pospolity (der Wolf) a nazwisko odimienne. Inne warianty tego nazwiska to Wolf, Woolf, Wolfe, Woolfe, Wulff i Wulf, a także Wölfli (w dialekcie alemańskim), Wölfle (w szwabskim) i Wolfes, ewentualnie Volf albo Wolfius.

Gdy rzeka czasu płynęła przez Górny Śląsk wciąż jeszcze leniwym nurtem, co jakiś czas wypływał w dokumentach z okołopilchowickich gruntów to tu, to tam pojedynczy Wolff.

Za cesarza Rudolfa II w "państwie gliwickim" von Zetritzów renesansowy urbarz gliwicki z 1580 notuje niejakiego Jurka Wolfa (z należnością 20 groszy) we wsi Rostrop oder Strüppendorff (dziś jest to Ostropa, część Gliwic). Ten pierwszy znany mi podgliwicki Wolf to imiennik mojego drogiego dziadka, Jerzyka (Jerzego) Wolfa z Szopienic. Jestem już prawie pewien, że ten i inni Wolfowie tej ziemi, to potomkowie tych samych trzynastowiecznych frankońskich osadników, którzy z inicjatywy cystersów z Rud założyli kilka podgliwickich wsi i stworzyli całą wyspę średniowiecznej niemczyzny, a przetrwali ze swoją oryginalną kulturą i mową tylko w Szywałdzie... Aż do tragicznych, czarnych dni i rozpalonych ogniem nocy zimy 1945 roku... W Pilchowicach potomkami tego Ostsiedlung są ci, którzy noszą nazwiska Foyt, Willim, Kleiner, Dragon czy właśnie Wolff. Rudolf, czternastowieczny mnich cysterski z Rud opisał w swoim słynnym Katalogu magii zwyczaje, które wiele mówią o duchowości i zabobonach przodków mojego pradziadka Rudolfa, Wolfa z Pilchowic. Skrzaty stetewaldy, Pani Holda, majowe drzewka... Obyczajowość niemieckich osadników.

Kilka lat po tym, jak Fryderyk Wielki potwierdził w Hubertusburgu swoje panowanie nad Śląskiem zdobytym na Austrii, około 1765 roku, we wsi Pilchowice, w królestwie Prus urodził się Joseph Wolff, którego nieznani mi (jeszcze) z imienia rodzice musieli rodzić się jeszcze jako poddani habsburscy. Joseph przez całe życie był zagrodnikiem w Pilchowicach, miasteczku targowym, w którym jego potomkowie mieszkali przez pokolenia jeszcze w czasach republiki weimarskiej. Ojciec Josepha, nieznany mi z imienia Wolff był jednym z 54 gospodarzy pilchowickich, wymienionych w dokumencie wizytacyjnym z 1765.

Najstarszy (jak dotąd) dokument z członkami mojej rodziny Wolffów z 1787.
Jeżeli Marianna Wolff urodziła się w 1787, to jej ojciec Joseph urodził się co najmniej w 1767
Pilchowice należały już wtedy do hrabiów von Wengersky. W 1768 Emanuel, hrabia von Wengersky przekazuje dobra synowi, Antonowi. Za jego władania powstaje nowy, późnobarokowy kościół parafialny z kopią malowidła Michaela Willmanna w ołtarzu. Kościół Ścięcia św. Jana Chrzciciela, w którego chrzcielnicy będę zanurzani wszyscy kolejni pilchowiccy Wolfowie. Hrabia Anton zmarł w roku 1814. W tym też roku powstaje w Pilchowicach klasztor bonifratrów. Joseph Wolff ożenił się z Katarzyną Sekułą (albo Cathariną Sekuliną). Mieli zapewne trójkę dzieci, Mariannę (ur. 1787), Jacoba (ur. 1790) i Johanna (ur. ok. 1792). Johann jest moim praprapradziadkiem.

Johann nazywał siebie zapewne Jonek. Należał do tej miażdżącej większości pilchowiczan, którzy u Triesta mówią w miasteczku nie po niemiecku a po słowiańsku, w śląskim dialekcie oderwanego od Polski polskiego. Około 1813 ożenił się z Joanną Kwaśnik (w dokumentach uparcie Johanna Quasnik albo Quaśnik) również z Pilchowic, córką Caspara Kwaśnika i Katarzyny Gurecki. Przeżyła ona Jonka i zmarła w wieku 75 lat w 1868. Johann i Johanna mieli jedenaścioro dzieci: zmarłego wcześnie Sebastiana (ur. 1814), Jana (1816 - jego potomkowie będą mieszkali w Pilchowicach aż do II wojny), Georga (1819-1875), Franza (1821), Mariannę (1824), Michaela (1826), Caspara (1828), Antoniego (1830 - mojego prapradziadka; w akcie chrztu nazywa się nie - Wolff a Wolf), Johannę Apolonię (1833), Margarethę (1835 - jedną z kilku Małgoś Wolfek - jak moja mama) i Antoninę (1838). Nie wiem ile lat żył Johann, ale na pewno nie dożył zjednoczonej Rzeszy. Był "tutejszym" chłopem na Śląsku, w Królestwie Prus. Jego siódmy syn, Anton ożenił się z Marianną Dziedzioch z Sośnicowic, którą dokumenty nazywają uparcie Marie. Musiało to być około 1865, bo już rok później, 11 grudnia 1866 rodzi się ich pierwszy syn, Victor Johann, "Zwycięski Jan" na cześć zwycięstwa nad Austrią pod Sadową i na cześć swojego dziadka. Anton musiał mieć rozdarte serce, bo z jednej strony nadaje swoim synom zwycięskie niemieckie imiona ale z drugiej strony wychowuje swoich synów na śląskich powstańców. Może jego Jonek i Rudolf, szopieniccy awanturnicy i żołnierze Polskiej Organizacji Wojskowej zareagowali polskim patriotyzmem na cesarski lojalizm ojca? Antona nie objęła zapewne mobilizacja w wojnie prusko-francuskiej 1870-1871 ale chyba swego urodzonego w 1874 syna Johanna nazywa Augustem na cześć Cesarza Rzeszy, Wilhelma I.

Anton i Marianna mieli siedmioro dzieci: wspomnianego Victora Johanna (ur. 1866), kolejną w rodzinie Margarethę (1868), Marthę Theclę (1870), Annę Franciskę (1872), Johanna Augusta (1874), Marie Franciskę (1879) i urodzonego 13 kwietnia 1881 o godzinie 19.00 Rudolpha Theodora Wolfa.

Rudolph Theodor Wolf, ur. 1881
Antoni z dużą rodziną przenosi się przed 1887 z Pilchowic do Szopienic, na górniczą Morawę. Jego syn Rudolf jest pierwszym w tym wywodzie, którego zapamiętała żywa, rodzinna historia mówiona. Gdyby nie dokumenty, nikt też nie wiedziałby o drobnorolniczym pochodzeniu jego ojca. Poprzednich Wolfów pamiętał przez jakiś czas tylko papier, a teraz ja znowu pamiętam. Rudolf w szóstym roku życia zaczyna szkołę w Szopienicach, którą po ośmiu latach opuszcza i podejmuje się różnych dorywczych prac, żeby pomóc swoim rodzicom, obarczonym liczną rodziną. W wieku lat siedemnastu zaczyna swoją pierwszą pracę na kopalni "Morgenroth" Spadkobierców Gieschego - tych od Giszowca i Nikiszowca. W 1908 żeni się z Julią Waniek (1883-1934) - wszystko wskazuje na to, że Wańkowie też przybyli do Szopienic z Pilchowic. Mamy zdjęcie Julii z jednym z jej ośmiorga dzieci.

Julia Wolf, zd. Waniek - jej silne geny
do dziś widoczne są w naszej urodzie
W 1913 Rudolf zostaje z pracy w kopalni zwolniony. Za karę. Za strajki. Do tego starszy brat Rudolfa, Jonek, wciągnął brata w polskie zebrania, razem zakładają też na terenie Szopienic Towarzystwo Gimnastyczne "Sokół" i Towarzystwo Śpiewu imienia Wyspiańskiego. Ale w maju tego samego roku znany szopienicki osiłek (podobno Rudolf umiał podnieść w zębach stół - widywał też w Rawie utopka) otrzymuje pracę hajera w Myslowitzergrube, na kopalni, na której w 1919 wybuchnie pierwsze powstanie śląskie. 

Rudolf i Julia Wolfowie z synami Karolem i Jerzym
Z małżeństwa Rudolfa i Julii rodzą się: (1) Gertruda (1907-1978, która wyszła za Jana Mierzwę, policjanta, a ich dziećmi byli Henryk i Jerzy), (2) Karol (1910-1978, który ożenił się z Heleną Hajduk, a urodziły im się same córki: Lidia, Krystyna, Jadwiga i Janina), (3) Małgorzata (1913-1989, kolejna Małgorzata Wolf - wyszła za Jerzego Mateję, a ich dziećmi są Jan, Irena i Ewa), (4) Jerzy (1915-1986, mój dziadek; z Milką mieli troje dzieci: Basię, ur. 1940, Małgosię, ur. 1943 i Marka Wolfa, ur. 1950), (5) Gerharda (1920-1995, który najpierw poślubił siostrę mojej babci, Martę i z nią miał córkę Marysię, a po śmierci Marty poślubił Jadwigę zd. Widera i z nią miał syna Andrzeja Wolfa), (6) Rudolfa (ur. 1921 - Rudolf po wojnie spolszczył swoje nazwisko na Wilczyński, poślubił Elżbietę Schneider i mieli trzech synów: Tadeusza, Jerzego i Henryka Wilczyńskich), (7) Irenę (ur. 1923, poślubiła Jana Nowaka i mieli dwóch synów: Czesława i Zbigniewa) oraz (8) Sabinę (1928-1999, wyszła za Tadeusza Bombika i mieli dwoje dzieci: Piotra i Jolę).

A potem jest walka z Niemcami. Tajna działalność pod dowództwem Pawła Hołoty. Udział w pierwszym powstaniu pod dowództwem Franciszka Sidły. Powstanie upada, chłopcy uciekają do Sosnowca, żeby nie wpaść w ręce grenzschutzu. W drugim powstaniu Rudi bierze udział w obronie poczty w Szopienicach pod dowództwem kolegi Kalinowskiego. W trzecim walczy pod dowództwem Hołoty. Na kopalni pracuje do 1936.

W Roździeniu i Szopienicach zbiegają się losy kilku rodzin, które dają życie mojej mamie i jej rodzeństwu. W 1859 rodzi się w Dąbrówce Małej Karl Stefański, syn Franza (urodzonego w 1824 w Bogucicach) i Katarzyny Schubert (ur. 1824) - żeni się on z Katarzyną Schultz (ur. 1856 w Mysłowicach), córką Johanna Schultza (ur. 1830 w Bieruniu Starym) i Josephy Jaworski (ur. 1829, Mysłowice). Ich dzieci to Konrad, Emma, Magda, Frida i moja kochana szopienicka prababcia, Magdalena, primo voto Wowro, secundo voto Markefka. Magdalena to pierwsza z tej rodziny, której twarz znam. O Sosnowcu mówiła: "Tam, w Polsce". Była miłośniczką górskich wycieczek, wegetarianką, praktykowała metodę doktora Kneippa. Córką Magdaleny i jej pierwszego - tragicznie zmarłego podczas pracy w hucie - Jana Wowro była moja babcia Emilia, zwana w rodzinie Milką.

Milka rodzi się w 1915. W tym samym roku rodzi się mój kochany dziadek Jerzyk Wolf, syn wojowniczego Rudolfa. Mieszkają na Morawie, blisko granicy z Królestwem Polskim. Biorą ślub w sierpniu 1939 - brat Jerzego, Gerard żeni się za to z siostrą Milki, Martą Wowro (ciocia-babcia Marta umarła rodząc moją ciocię Marysię, której syn, Grzegorz Sławicki jest moim genetycznym prawie-bliźniakiem). Za chwilę wybucha straszna wojna. A potem jest ten typowy śląski los - przymusowa służba w armii niemieckiej (w Kriegsmarine), przymusowe zniemczanie (władze nakazały wrócić do starej formy nazwiska - Wolff), przepustki do domu, strach o życie swoje i bliskich, dwie córki urodzone w czasie wojny - moja ciocia i chrzestna Basia (ur. 1940) i moja mama Małgosia (ur. 1943). W korespondencji z frontu Jerzyk-Georg nazywa Basię - Barbel, a Małgosię - Magrit. Uczy się dopiero niemieckiego, bo za używanie tego języka w domu dostawało się od ojca, Rudolfa, po pysku. Wraca (jak wszyscy jego bracia) w 1945. Nikt nie zginął. Po wojnie komuniści zabijają jednak wspaniałego Johanna Augusta Wolfa, polskiego powstańca i żołnierza. Lata powojenne to pasmo upokorzeń.

Ostropa, Pilchowice, Szopienice. To tylko 45 kilometrów z wiejskich, podleśnych Pilchowic do wielkoprzemysłowych Szopienic. I takie to są granice naszej genetycznej różnorodności.

Rudolf po śmierci Julii w 1934 ożenił się po raz drugi, zmarł w 1960. Magdalena po śmierci Jana wychodzi za mąż po raz drugi. Rodzina się rozrasta, rozprzestrzenia po całych Katowicach. Małgorzata, córka Jerzego i Emilii i wnuczka Rudolfa i Julii to moja mama. Paradoksalnie to ja jestem pierwszym w tej rodzinie, który urodził się w granicach Polski (moja mama urodziła się na terenach III Rzeszy, jej ojciec i mama w II Rzeszy). 

Ja już synów i córek nie mam i mieć nie będę. Chodzę po tej samej ziemi, piję tę samą wodę, co tamte pokolenia. Ale mieszkam w Aldrajchu. Taki mój los. 

Przyjdzie też czas opisać dzieje mojej galicyjskiej rodziny po mieczu. Bo tutaj przedstawiłem tylko fragment ważnej połówki...

wtorek, listopada 22, 2016

A może Derdzińscy są związani z inflanckimi Derdzinami?


W Google Earth wypatrzyłem tylko jedną nazwę miejscową, która może być powiązana z moim nazwiskiem. To wioseczka Derdziņi w parafii Vīksna (w czasach rosyjskich - Nikołajewa/Николаевa) w powiecie Balvi (dawniej po polsku Bołowsk). W Derdziniach archeolodzy odkryli jakieś starożytne groby Bałtów (patrz tutaj).

Ten teren to dawne Inflanty Polskie (dziś to Łatgalia na Łotwie), dawny powiat lucyński, dekanat zalucyński i starostwo maryenhauskie, nad rzeką Pedeść i jej dopływami. Występuje tam wiele nazw miejscowych patronimicznych typu Mazury, Wańki i do tej grupy należą być może *Derdzinie albo *Derdziny (bo tak rekonstruuję formę łotewską, a nie umiem znaleźć żadnych źródeł dla tej nazwy w źródłach polskich).

Dziś na tych terenach mieszka wielu Rosjan. Mówi się, że rosyjskie "zielone ludziki" zaatakują kraje bałtyckie właśnie od tej strony.
 
 

Derdziński od Derdy i derdania?


Z Etymologicznego słownika języka polskiego Andrzeja Bańkowskiego. Przyczynek do powstania nazwiska Derdziński.

[Dyrdoł >] Derda > Derdziński?

Może podchodzimy od tego Dyrdoła z XV w. z ziemi lwowskiej? Na ziemi lwowskiej, w Krysowicach żył najstarszy nasz znany przodek, prapradziadek Wojciech Derdziński.


Z dziejów Krysowic


Dwa kościoły, dwie rodziny


Krysowice, pow. Mościska, dawne województwo lwowskie (dziś Ukraina), kościół parafialny, gdzie chrzczono mojego najstarszego znanego mi przodka po mieczu - prapradziadka Wojciecha Derdzińskiego ok. 1880


Pilchowice (Pilchowitz O/S), kościół parafialny św. Jana Chrzciciela, gdzie chrzczono mojego najstarszego znanego mi przodka po kądzieli - prapraprapradziadka Josepha Wolffa ok. 1768.

Najciekawsze jest to, że obie wsie lokowano na prawie niemieckim, obie związane są z podobną falą osadników - Pilchowice to lokacja śląska z końca XIII w., Krysowice to lokacja z XV w. dokonana przez osadników ze... Śląska (końcówka nazwy miejscowej nie jest przypadkowa - to końcówka patronimiczna, typowa dla Śląska i dla śląskiego osadnictwa na dawnej Rusi Czerwonej: Pilchowice to 'wieś potomków Pilcha', a Krysowice to 'wieś potomka Krysy').

Kolonizacja głuchoniemiecka na Wschodzie

sobota, listopada 19, 2016

Edgar Wolf z Šewalde

Relikty językowe i kulturowe z okresu niemieckiej kolonizacji Śląska w XIII i XIV w. Na pierwszym zdjęciu strój ludowy z podgliwickiego Szywałdu (dziś Bojków, śląski Szywołd, szywałdzki Schewaude/Šewalde), na drugim bielska wyspa językowa średniowiecznej niemczyzny - dziś zostały już tylko Wilamowice.

Wczoraj odkryłem, że ostatni ksiądz w Szywałdzie nazywał się Edgar Wolf, pochodził z Raciborza i nazywał się tak samo jak rodzina mojej mamy, która obecna jest pod Gliwicami od średniowiecza (w XVI w. Ostropa, co najmniej od XVIII w. Pilchowice).


wtorek, listopada 15, 2016

Gocki kalendarz


Tolkienista znajdzie tu podobieństwo do nazw kalendarzowych w Rachubie Shire'u. Kto jest bardziej wtajemniczony, wie, że nazwy u Tolkiena bazują na prawdziwym anglosaksońskim kalendarzu Bedy Czcigodnego. Prezentuję znalezione "w internetach" zrekonstruowane nazwy gockich miesięcy i dni tygodnia (a przy okazji polecam ciekawy artykuł o kalendarzach germańskich na Wikipedii): 

I. Aftuma Jiuleis ('after Yule; po Godach') 
II. Fanimenoþs ('mud month; błotny')
III. Kaldmenoþs ('cold month; zimny')
IV. Grasmenoþs ('grass month; trawowy') 
V. Blomamenoþs ('flower month; kwietny')
VI. Warmmenoþs ('warm month; ciepły')
VII. Hawimenoþs ('hay month; sienny')
VIII. Asanmenoþs ('harvest month; żniwny')
IX. Akranmenoþs ('fruit month; owocny') 
X. Weinmenoþs ('wein month; winowy')
XI. Fruma Jiuleis ('before Yule; przed Godami)
XIII. Jiuleis ('yule month; Godowy')

Dni tygodnia

Meninsdags ('moon day; księżycowy')
Tiwisdags ('Tiwaz'day; boga wojny Tiwaza')
Midiwiko ('mid-week; środa')
Þeiƕonsdags ('thunder day; boga grzmotu Pioruna')
Fraujonsdags ('Frigg's day; bogini miłości Frauja')
Sabbatodags ('sabbath day; sobota/szabasowy') 
Sunnonsdags (''sun day; słoneczny')

O jedynym zachowanym fragmencie prawdziwego gockiego kalendarza możecie przeczytać tutaj.

Osiem dni w Tybecie (wspomnienie z 2011)


Dobrze, że zajrzałem dziś na Facebooku do aplikacji "Tego dnia", bo znalazłem swoje unikalne wspomnienia z wyprawy sprzed pięciu lat, z mojej przygody, którą nazywam Osiem dni w Tybecie. Oto, co przechował Facebook. Właśnie 15 listopada 2011 wróciliśmy do Nepalu, a zatem otworzyła się możliwość korzystania z Fejsika, bo przecież w ChRL FB nie działa. I wtedy zebrałem swoje wspomnienia, notatki, zdjęcia. Oto fejsowa relacja (zachowuję oryginalną pisownię):


D[zień]. 1. Lot z Katmandu do Lhasy w Tybecie przebiegł bez problemów. Niesamowite widoki Mt Everestu i innych 8-tysiecznikow. Zabawna akcja zbierania paszportów od chińskich turystów przez towarzyszy partyjnych na pokładzie. Koniec wycieczki - koniec wolności. A my zaczęliśmy wizytę w Tybecie od podziwiania niesamowitej infrastruktury. Chiny to nowoczesne i złowrogie państwo. Tak je widać z Tybetu.

Na wyprawie do Tybetu do naszej polskiej Piatki Wspanialych dolaczono dwie turystki z Chile - Bárbare i Paule. Nie spodziewalem sie, ze znajde tu kolejne bratnie dusze. Nasza trojka stala sie nierozlaczna. Z dziewczynami laczy mnie i szczegolna podroznicza pasja, i wartosci, i fascynacja, i gusta... To taka wzajemna milosc (bardziej "amar" niz "querir"), ktora na pewno przetrwa lata, bo hartowala sie w Tybecie.

Cecha charakterystyczna naszych hoteli w Tybecie? Okresowe dostawy pradu i cieplej wody, brak ogrzewania (z wyjatkiem wyjatkiowego hotelu w Xigatse), niezmieniane posciele i podejrzane reczniki. Ale i tak bylo zaje....

D.2. Caly dzien w Lhasie, stolicy Tybetu. Wpierw wspinaczka po dziesiatkach schodow (z wys. 3650 do ok. 3800 m npm - zadyszka, mroczki, szalejace serducho, bo nie bylismy jeszcze przystosowani do takiej wysokosci), a potem odkrywanie tajemnic palacu Dalaj Lamy. Wlasciciel jest na wygnaniu. Palac to dzis niestety chinskie muzeum, ale odwiedzaja je setki poboznych pielgrzymow - barwny, ubogi tlum z mlynkami, modlitwa.

Po dobrym, pozywnym obiedzie kolejna czesc zwiedzania: najwazniejsza w Tybecie swiatynie buddyjska, Jokhang (piekne zlociste dachy, atmosfera jak w Szkole Czarodziejow na leguinowskiej Wyspie Roke z Archipelagu, zapach masla z mleka jaka, tajemnica Dharmy) oraz niezwykly targ w naszej dzielnicy Barkhor. Mijajac liczne chinskie patrole wojskowe nucimy "Marsz Imperialny" ze Starwarsow... Kolacja, noca 1 C w pokoju.

D.3. Cholernie zimno w nocy, ale jakby coraz mniej cholernie. I coraz latwiej sie oddycha. Mam swietnych kompanow w pokoju - Tomek i Krzys to kompani, z ktorymi nigdy usmiech nie schodzi z twarzy, a bywa, ze i (znikajacy na himalajskiej diecie) brzuch trzesie sie ze smiechu. Kompani maja rozne dolegliwosci wysokosciowe - bol glowy, opuchniecia, siniaki, brak apetytu. Na tych wysokosciach nie pije sie kawy, alkoholu. Trzeba sie tu szanowac, bo nikt nie moze przewidziec, jak jego organizm zareaguje np na 4 lub 5 tys metrow. Ja czuje sie tu jednak jak Wcielenie Buddy pt Mlody Bog. Swietnie na mnie dziala jasne slonce i prawie granatowe niebo oraz wegetarianska dieta.

Drepung to klasztor polozony malowniczo na zboczach himalajskiego przedgorza. Wedrujemy labiryntem uliczek, korytarzy. Zapach jaczego masla ofiarnego wielu odstrecza, ale inne niz wech zmysly z przyjemnoscia penetruja klasztorny swiat - barwy, ksztalty... Wyobraznia dziala tak mocno, ze co noc mamy przedziwne sny. W klasztorze Sera ogladamy dysputy mnichow.

D.4. No i opuszczamy nasza komnate w Palacu Panche Lamy - komnate krioterapii. Ruszamy w 250-kilometrowa podroz do Gyantse, miasteczka polozonego na prawie 4 tys m. Piekna trasa, wysokie przelecze - Kora La 5010 m i Kamba La 4794 m. Mrozne jezioro Yamadroke, jazda na jaku, doswiadczenie tybetanskiego kibla (dziura w ziemi, brak scian miedzy itp.).

W koncu rzadziej spotykamy aparat represji. Najwiecej wojska, policji, palek, tarcz, paralizatorow i innych elementow pokazu sily widzielismy w Lhasie. Na prowincji co pewien czas zatrzymuja nas na check-pointach. Wiemy, ze gdzies w gorach sa obozy koncentracyjne. Z drugiej strony imponujaca szosa przez Himalaje, swietne oznakowanie, dobre auta. Widac tez wzgledny egalitaryzm, wieksza zamoznosc wsi ChRL niz w Nepalu

C.d. Docieramy do Gyantse (3950 m), gdzie zatrzymujemy sie w prostym, przasnym, dosc chlodnym hotelu. Potem spacer, odwiedziny w malej buddyjskiej swiatyni, nieudana proba zdobycia tutejszej twierdzy, obserwacje zycia mieszkancow, nieudany posilek w niechlujnej restauracji (ohydny naan, paskudna zupa, ktora po doprawieniu przez Krzysia i Toma stala sie jeszcze bardziej niejadalna). Wieczorem mala herbaciana imprezka.

Noc trudna, sny dziwne, bol glowy. Mamy mala ale dotkliwa chorobe wysokosciowa. A potem nastaje dzien piaty...

D. 5. Skromne ale pozywne sniadanie. Potem niespodzianka - niesamowicie ciekawy zespol klasztorny Kumbum ze stupa Pholkor. Z kazdym klasztorem, kazda swiatynia jestesmy coraz bardziej zaskoczeni. Czuda, nasz przewodnik, z buddyjskim spokojem i beznamietnoscia, z usmiechem czlowieka Wschodu, wprowadza nas w swiat estetyki i duchowosci Tybetu. Wspinamy sie na stupe, potem male zakupy i ruszamy przez Tybet do Xigatse.

c.d.n.

piątek, listopada 04, 2016

Sosnowice Warszawskie (Сосновице Варшавское)


P.S. Nie wiem czy wiecie, ale w Sosnowcu mówi się, że nasze miasto - dla moich śląskich ziomków "Aldrajch" - to "najbardziej na południe wysunięta dzielnica Warszawy".

P.P.S. A w czasach carskich nasze miasto nazywało się (przynajmniej na tablicy na dworcu kolei żeladnej) Sosnowice Warszawskie - Сосновице Варшавское.

P.P.P.S. I jeszcze jako bonus dla znajomych w Warszawie kolejne zdjęcie:


środa, listopada 02, 2016

Setidava nie musi być nazwą dacką...

Na mapie Wielkiej Germanii Ptolemeusz lokuje też nazwę Setidaua (Σετίδαυα). Babik i wielu innych polskich topomastów podejrzewa tę nazwę o tracką lub dacką proweniencję (wydzielając w niej typowo dacką cząstkę dava, która oznacza osadę, miasto, gród - patrz tutaj). I jest to spory problem podczas naszych analiz danych, które przekazuje Ptolemeusz, przyczynek do traktowania tych nazw z podejrzliwością. Skąd bowiem Trakowie lub Dakowie tak daleko na północ od Karpat? Najczęściej mówi się o wysuniętej na północ strażnicy albo placówce Daków.

Popatrzmy, gdzie uczeni lokują Setidavę. Sadowski (1877) mówi o Żninie (pogranicze wielkpolsko-pomorskie), Stehe (1937) lokuje Setidavę w okolicy Goliny (pow. jarociński), Hansen (1991) mówi o ujściu Warty w okolicy Konina, Czupkiewicz (2002) podaje Ślesin (także koło Konina), a preferowani przeze mnie Vokálie/Janáčková (1971) Setidavę lokalizują jeszcze bardziej na południu - na południowy zachód od Pabianic (woj. łódzkie). Możemy domniemywać, że tak czy inaczej lokowana Setidava była stacją, miejscem wymiany handlowej na Szlaku Bursztynowym.


Ponieważ wiele nazw miejscowych z końcówką -dava znajduje się u Ptolemeusza w Dacji (dzisiejsza Rumunia; przykłady to Πατρίδαυα, Καρσίδαυα, Πετρόδαυα, Οὐτίδαυα), od początku badania tej mapy także Setidavę kojarzono z językiem dackim (wtedy dzieli się części składowe tej nazwy tak: seti-dava). Chcę jednak zwrócić uwagę na to, że końcówka -ava może też być pochodzenia germańskiego. Spotykamy ją jako końcówkę nazw rzecznych w Polsce (Ścinawa, Widawa itd.) i w Czechach (Wełtawa/Vltava, Morawa, Litawa). Najpewniej pochodzi ona od germańskiego *ahwa albo -ahʷō 'woda; rzeka' (por. łac. aqua) - dobitnie opisuje to zjawisko Babik w Najstarszej warstwie nazewniczej na ziemiach polskich. Moim zdaniem możliwa jest etymologia germańska (wtedy dzielilibyśmy części składowe tak: Setid-ava), która jest typowa dla nazw rzecznych w areale nazw germańskich na ziemiach Polskich, gdzie mamy niejasną nazwę rzeki (być może pochodzącą z "substratowego" języka wenetyjskiego i końcówkę germańską -ahva > -aha > słow. -awa. Inne przykłady takich nazw to Oława, Opawa, Dokawa, Centawa itd. (cały spis znajduje się u Babika).

poniedziałek, października 31, 2016

*Arsōnion
czyli starożytności sosnowieckie (sic!)

Po omówieniu sprawy Leucaristos/*Leucoristus (patrz tutaj), które możemy lokować w okolicach Opola (np. w Gosławicach), czas na kolejne Ptolemeuszowe miejsce - Arsōnion (w lekcji greckiej Ἀρσόνιον)

Wg mojej ulubionej pracy Die Karte des Großen Germaniens von C. Ptolemaios Miloslava Tomana (całość w PDF tutaj), miejscowość ta ma się znajdować w... "okolicach Sosnowca" (sic! - inne lokalizacje, to jak przypominam: Askaukalis - Kalisz, Budorigon - okolice Nysy, Bunition - na południowy wschód od Gorzowa Wielkopolskiego, Kalisia - Kalety k. Częstochowy, Karrodunon - Łęg Piekarski, Kolankoron - Legnica, Lakiburgion - na południowy zachód od Gorzowa Wielkopolskiego, Leukaristos - okolice Opola, Limios Alsos - okolice Wrocławia, Lugidunon - okolice Kłodzka, Rugion - Rogowo k. Gniezna, Skurgon - Skorzęcin k. Gniezna, Setidawa - na południowy zachód od Pabianic, Susudata - między Zgorzelcem i Legnicą, Virition - na północny wschód od Leszna, Virunion - między Poznaniem i Zieloną Górą). Mnie od razu przychodzi na myśl niezwykła "święta" góra, którą widzę codziennie z mojego sypialnianego okna - Góra Dorotka (vel Góra Św. Doroty), 381 m n.p.m. - jest to jedyne ważne archeologiczne stanowisko w okolicy Sosnowca, blisko strategicznej przeprawy przez Przemszę (Przemsza to nazwa słowiańska; przedsłowiańskiej nie znamy) w dzisiejszym Będzinie. Na szczycie tej niezwykłej góry znajdują się resztki wałów, które archeolodzy datują na czasy kultury łużyckiej (wczesna epoka żelaza, VII-V w. p.n.e.). Jest to w rzeczy samej kultowe (?) grodzisko oraz osada mieszkalna, które było zasiedlone także w czasach słowiańskich - a jeżeli tak, to być może istniała ciągłość osadnicza od czasów kultury łużyckiej przez okres wpływów rzymskich po wczesne średniowiecze. Wewnątrz pradawnych wałów zbudowany jest XVII-wieczny kościół św. Doroty (więcej o naszej górze tutaj).

Zagłębiowski Olimp
Z jakiego typu nazwą mamy tu do czynienia? Podejrzewa się ją o pochodzenie germańskie. W pracy Die altgermanischen Toponyme sowie ungermanische Toponyme Germaniens, Corinny Scheungraber i Friedricha E. Grünzweiga (seria Philologica Germanica, 2014) omówiona jest ona pod hasłem ARSONI. Według Mucha nazwa może pochodzić od hipotetycznego plemienia *Arsīni lub *Arsones, a sama nazwa może mieć warianty Arsoinion : Arsenion : Arsonion.

Element *arsi- spotykamy też w nazwie miejscowej Arsikona/Ἀρσικούα, w nazwie osobowej Arsirid, Arsiulf (ok. 762) i w runicznym arsiboda (imię żeńskie na longobardzkiej fibuli z Bezenye na Węgrzech); może on być spokrewniony ze staroangielskim (ge-)eorsian 'gniewać się na kogoś'. Możliwe też, że *arsi- jest odpowiednikiem podobnego elementu *ursi-, który występuje w wielu germańskich nazwach własnych. Dodatkowo mamy też starowysokoniemieckie irri, 'm.in. rozwścieczony', staroangielskie yrre 'zły'. Można też skojarzyć tę nazwę z gockim airzeis 'błędny; heretycki' (od pragerm. *erzī-, *erzīn) albo ze starowysokoniemieckim orre-huon 'cietrzew', staroislandzkim orre 't.s'.


Longobardzka fibula z imieniem Arsiboda zapisanym runami

Są też próby wywodzenia tej nazwy z języków celtyckich albo illiryjskich, ale z uwagi na naszą ograniczoną wiedzę na ich temat, nie możemy znaleźć żadnych pewniejszych etymologii (choć warto zaznaczyć, że istnieje możliwość skojarzenia tej nazwy z indoeuropejskimi -szczególnie celtyckimi -  określeniami 'okolicy, w której występują niedźwiedzie').

Inne lokalizacje Arsonionu: Wieruszów nad Prosną, Ostrzeszów lub Burzenin w woj. łódzkim.

c.d.n.

środa, października 12, 2016

Nie-umierający-Benedykt?

Chyba za dużo czytam ostatnio o przepowiedniach... Wpadłem dziś podczas golenia na pomysł na teorię spiskową: Benedykt XVI abdykował, żeby powstrzymać Przepowiednię Malachiasza - być może urzędujący papież musi umrzeć, żeby doszło do kolejnego numeru na liście Malachiasza. Ponieważ papież urzędujący nie umarł, na Franciszka spłynął tytuł Benedykta i jeżeli Franciszek abdykuje, kolejny papież będzie w dalszym ciągu takim nie-umierającym-Benedyktem.

Co Wy na to?



"W czasie najgorszego prześladowania Świętego Kościoła Rzymskiego, [na tronie] zasiądzie Piotr Rzymianin, który będzie paść owce podczas wielu cierpień, po czym miasto siedmiu wzgórz [Rzym] zostanie zniszczone i straszny Sędzia osądzi swój lud. Koniec."

poniedziałek, października 10, 2016

Jesteśmy zeslawizowanymi Wenetami

Jestem po lekturze bardzo interesującej książki Zbigniewa Gołąba pt. O pochodzeniu Słowian w świetle faktów językowych (recenzuję ją na innym blogu). A że próbuję obudzić w naszych rodakach swoistą wenetomanię (wenetomania ma być tak pozytywnym zjawiskiem kulturowym jak celtomania w krajach zachodu), pisałem już w kilku miejscach o swoim poglądzie na sprawę związków naszego etnosu z antycznymi Wenetami. Moja teza brzmi następująco: Polacy to w większości zeslawizowani Wenetowie. Przeczytajcie o tym tutaj, tutaj i tutaj. Polecam Wam też świetny tekst Grzegorza Jagodzińskiego "Zagadkowy lud - Wenetowie".

Najbardziej znana osada kultury łużyckiej (Wenetów?) - dzisiejszy Biskupin

W książce chicagowskiego językoznawcy, Gołąba, znajdziemy ciekawą tezę, która sprowadza się do następującego zdań:
Według mojej hipotezy decydującym czynnikiem transformacji Presłowian (Przedsłowian) w Prasłowian właściwych i ich ostatecznego oddzielenia się od Prabałtów (rozpad tak zwanej etno-językowej wspólnoty bałtosłowiańskiej) był dodatkowy IE (indoeuropejski) substrat, który językowi przodkowie Słowian napotkali i wchłonęli w areale środkowego Dniepru. I ten właśnie areał stanowił centrum krystalizacyjne etnosu prasłowiańskiego. Podstawowa zatem różnica pomiędzy Słowianami a Bałtami na płaszczyźnie historycznego różnicowania się języków IE leżałaby w fakcie, że Słowianie wchłonęli dodatkowy IE substrat (lub substraty), co z jednej strony uczyniło indoeuropejskie elementy w ich gramatyce i słownictwie bardziej złożonymi, ale z drugiej - przyczyniło się do stosunkowo bardziej innowacyjnego charakteru języka prasłowiańskiego. Bałtowie zaś - przeciwnie - wolni od dodatkowego substratu IE, zachowali bardziej konserwatywny charakter języka (Z. Gołąb, O pochodzeniu Słowian..., str. 366)
Gołąb przypuszcza, że ten pierwszy, wchłonięty na terenie dzisiejszej Ukrainy IE substrat to jakaś grupa praormiańska (przykłady słowiańsko-ormiańskich zbieżności morfologicznych i leksykalnych omówione są od strony 63). Z kolei następne warstwy zapożyczeń, które wpłynęły na rozwój prasłowiańszczyzny to przejęcie całych sfer pojęć z jakiegoś języka (języków?) kentumowych na obszarze Europy Środkowej. I tutaj pojawia się ta najciekawsza dla mnie część wywodu Gołąba: 
(...) mamy tu do czynienia z językowym (leksykalnym) odzwierciedleniem czegoś na kształt przedhistorycznego, środkowoeuropejskiego obszaru kulturowo-językowego, który przynajmniej częściowo ogarnął niektóre plemiona prasłowiańskie (bez wątpienia te zachodnie, Wenetów). Obszar ten obejmował tereny dzisiejszej Polski, a jego IE (kentumowa) populacja (być może tożsama z ludem tak zwanej kultury łużyckiej 1300-600 p.n.e.) została stopniowo wyparta lub wchłonięta przez Prasłowian (Wenetów) przybywających ze wschodu. W ten sposób elementy z wyraźnymi zachodnioeuropejskimi odpowiednikami i z kentumową realizacją przenikały do prasłowiańszczyzny, wzmacniając jej odrębność od bałtyckiego..
Według Zbigniewa Gołąba elementy kentumowe w satemowej słowiańszczyźnie to: *berkti 'strzec', *bergъ 'wybrzeże, zbocze', *braga 'słód, cienkie piwo', *brъkati 'rzucać', *bьrgъ 'kryjówka, chata, szałas', *cěva 'rurka, cewka', *čerda 'kolejność, rząd, stado', čermь/uxa 'czeremcha', *česati 'czesać, drapać', gladъkъ 'gładki', *ględěti 'patrzeć', *gniti 'gnić', *golǫbь 'gołąb' (por. łac. columba), *gorditi 'grodzić', *gordja 'grodź, ogrodzenie, bariera', *gordъ 'gród, umocnienie, ogrodzona osada', *gǫsь 'gęś', *gvězda 'gwiazda', *gybati 'gibać, giąć', *jьgla 'igła', *kamy 'kamień', *katь 'zabójca, wróg', *klětь 'pomieszczenie zamknięte' (por. galo-rom. clēta), *klęčati 'klęczeć', kloniti 'kłonić, zginać', *klęti sę 'przysięgać, kląć się', *kolti 'kłuć', *kopyto 'kopyto', *kórva 'krowa', *korvajь 'obrzędowe weselne ciasto', *kosa 'kosa', *kosnǫti 'dotknąć', kotiti 'rzucić, przewrócić', *kotera 'niezgoda, walka', *kropъ 'ukrop', *kropiti 'kropić', *kǫtja 'szałas, domek', *kǫtъ 'kąt', *kuna 'suka', *kury 'kurwa, nierządnica', *květъ 'kwiat', *kvisti 'kwitnąć', *kъrdъ 'stado', *kъrmъ 'karma', *kъrvъ 'karw, wół', *melko 'mleko', *mokti 'moc', *molka 'teren podmokły, bagnisty', praskurъ/praščurъ 'praprzodek', *puga 'szerszy koniuszek jajka', *svekrъ 'świekr, ojciec męża', *svekry 'świekra, matka męża', *žely 'żółw', žъltъ 'żółty' (z tego samego IE rdzenia pochodzi satemowa forma zielony), *žьrdь 'żerdź'.

Widzimy, że te kentumowe zapożyczenia wiązane są z trzema sferami kultury: budownictwem drewnianym, hodowlą i sprawami społecznymi.


środa, września 21, 2016

Jesteśmy nostratykami



ĶelHä weṭei ʕaĶun kähla,
ķaλai palhə-ķə na wetä,
śa da ʔa-ķə ʔeja ʔälä,
ja-ķo pele ṭuba wete.


Język - to bród przez rzekę czasu,
on prowadzi nas do domu przodków,
ale tam nie może dojść ten,
który się boi głębokiej wody.

[Wiersz w rekonstrukcji nostratycznej Władysława Illicza-Switycza z pierwszego tomu słownika nostratycznego z 1971]

Hejt STOP!


Jestem zagłębiowskim Górnoślązakiem. W odróżnieniu od wielu moich ziomków, lubię Sosnowiec. Tutaj wygodnie mieszkam, mam świetnych Przyjaciół, fajnych sąsiadów, skończyłem tu dobre liceum. Moja rodzina mieszkała na Śląsku, w podgliwickich wsiach od co najmniej XIII w. Nie muszę budować swojej tożsamości górnośląskiej na hejtowaniu "Aldrajchu"...

czwartek, września 08, 2016

*Silingaz > słow. Sьlęȝь
...i wszystko jasne

 
W czasie lektury książki Zbigniewa Gołąba, O pochodzeniu Słowian w świetle faktów językowych (Uniwersitas, Kraków 2004) znalazłem mnóstwo ciekawych lingwistycznych informacji, o których napiszę w recenzji książki na TOLKNIĘTYM. Tutaj chcę tylko zanotować coś, co jest dla mnie jednym ze skarbów tej pracy i informacją, która powinna zainteresować każdego Ślązaka. Na str. 266-267 amerykański językoznawca pisze, że nazwa Śląska i Ślężan/Ślązaków jest najpewieniej związana z nazwą germańskiego plemienia Silingów (wzmiankowanego przez pisarzy starożytnych), a nie od wydumanej słowiańskiej rekonstrukcji *ślęg- 'wilgotny, przemoknięty'
 
germ. *Silingaz 'Siling' > słow. Sьlęȝь '*Ślędz, Ślężanin'; a stąd *Sьlęža (rĕka) i Sьlęža (gora)

tak jak

germ. *kuningaz 'wódz' > słow. kъnęȝь 'pan, ksiądz'

Wg Zbigniewa Gołąba nie istniała słowiańska forma *ślęg-, od której zwyczajowo już polscy historycy (opierając się na wywodzie W. Semkowicza z 1933) wywodzą nazwę Śląska i Ślązaków. Istniała być może forma *ślęk-, ale ta nie dałaby form pochodnych Ślęż, Ślęża. A zatem nazwa naszego regionu raczej na pewno ma pochodzenie germańskie i przedgermańskie (bo sami Silingowie mogli być tak nazwani od staroeuropejskiej nazwy góry *Siling).

wtorek, września 06, 2016

*Leuco-ristus,
czyli szukajcie obozu legionowego pod Opolem

Zapraszam wpierw do obejrzenia pewnej sceny z filmu Gladiator Ridleya Scotta:


Jest to bitwa Rzymian z Germanami, a jeżeli akcja dzieje się w 180 r. po Chr., w roku śmierci cesarza Marka Aureliusza (co można wnioskować z przebiegu akcji filmu), to bitwa może mieć miejsce na... przełęczach karpackich, gdzieś w okolicy Bramy Morawskiej! Jest to czas tzw. Expedicio Germanica secundo, szaleje zima 179/180, w czasie której na polecenie cesarza czterdzieści tysięcy Rzymian obsadziło przełęcze w Beskidach aby uniemożliwić Kwadom przesiedlenie się na tereny Semnonów i aby odciąć posiłki ze strony Lugiów/Burów. Marek Aureliusz chciał tu założyć dwie nowe prowincje - Markomanię (łac. Marcomannia) i Sarmację (łac. Sarmatia).

Najstarsze runy germańskie na Śląsku
(II//III w. po Chr.)
Zajmuję się ostatnio zagadnieniem identyfikacji poleis ('osad') z Mapy Wielkiej Germanii Klaudiusza Ptolemeusza (żył on w czasach Marka Aureliusza, ale zmarł przed II wojną markomańską). Jestem mocno zaciekawiony teorią, którą opisuje w swoim tekście Die Karte des Großen Germaniens von C. Ptolemaios Miloslav Toman (całość w PDF tutaj). Dokonano tam interesującej, popartej specjalnymi matematycznymi obliczeniami (z uwzględnieniem domniemanego błędu, który wdarł się do współrzędnych bardzo w innych miejscach dokładnego i pewnego Ptolemeusza), lokalizacji poleis z terenów nadodrzańskiej i nadwiślańskiej Germanii (kontrowersyjna sprawa! - wielu uczonych z lepszym lub gorszym skutkiem próbowało poprawnie zinterpretować tajemnicze dane Ptolemeusza). Chcę się w kolejnych wpisach zająć tymi lokalizacjami (a chodzi o: Arsonion - okolice Sosnowca [sic!], Askaukalis - Kalisz, Budorigon - okolice Nysy, Bunition - na południowy wschód od Gorzowa Wielkopolskiego, Kalisia - Kalety k. Częstochowy, Karrodunon - Łęg Piekarski, Kolankoron - Legnica, Lakiburgion - na południowy zachód od Gorzowa Wielkopolskiego, Leukaristos - okolice Opola, Limios Alsos - okolice Wrocławia, Lugidunon - okolice Kłodzka, Rugion - Rogowo k. Gniezna, Skurgon - Skorzęcin k. Gniezna, Setidawa - na południowy zachód od Pabianic, Susudata - między Zgorzelcem i Legnicą, Virition - na północny wschód od Leszna, Virunion - między Poznaniem i Zieloną Górą).

Dziś przyjrzyjmy się sławnej nazwie LEUKARISTOS. W polskich pracach naukowych, np. u Jerzy Kolendo, "Kalisia i Leukaristos (...)" [patrz PDF], dominuje pogląd, że Ptolemeuszowe Leukaristos to na pewno ta sama osada, którą znamy jako Laugaricio/Leugaricio, czyli obóz liczącego 855 żołnierzy legionu, który podczas wojen markomańskich w zimie 179/180 po Chr. miałby stacjonować w okolicy dzisiejszego Trenczyna na Słowacji. Żołnierzami miał dowodzić Marek Waleriusz Maksymianus, legat legionu II Adiutrix, stacjonującego w Aquincum (dzisiaj Budapeszt), którego grobowiec znaleziono w Ain Zana w Algierii, na terenie dawnej osady rzymskiej Diana Veteranorum (Przypis 1). Laugaricio jest wymienione na jednym z najważniejszych rzymskich zabytków militarnych w Europie Środkowej - na słynnej inskrypcji naskalnej z Trenczyna (Przypis 2), która wbrew pozorom wcale nie musi świadczyć, że legion Marka Waleriusza Maksymianusa zimował dokładnie w Trenczynie. Nie znalazłem nigdzie informacji o pozostałościach takiego obozu w samym Trenczynie, a sam obóz mógł się znajdować w zupełnie innej części obszaru, na którym toczono wojnę; mamy na przykład niezwykłe, odkryte w 2001 ślady obozu rzymskiego w okolicy Ołomuńca, na wprost Bramy Morawskiej (więcej na stronie internetowej tego niezwykłego obozu - patrz tutaj). A zatem nie ma dowodów na to, że Laugaricio/Leugaricio znajdowało się w okolicy Trenczyna! (przy okazji upada cała piramida argumentacji, która bazując na trenczyńskiej identyfikacji Laugaricio/Leugaricio przesuwała poleis Ptolemeusza z ziem dzisiejszej Polski na Słowację)

Rekonstrukcja obozu rzymskiego w dzisiejszym Ołomuńcu

Wielotomowe dzieło germanistyczne Reallexikon der germanischen Altertumskunde, w tomie 18. podaje, że różni uczeni Ptolemeuszowe Leukaristos utożsamiają z (1) okolicami Wrocławia albo z (2) jakimś miejscem na Górnym Śląsku. Pojawia się też lokalizacja w (3) Jesienikach albo w okolicach (4) Krosna Odrzańskiego. Pochodzenie i rasa Słowian Lubomira Czupkiewicza bazując na podobnych przeliczeniach jak Miroslav Toman, podaje tu Krobię k. Leszna. A sam  Miroslav Toman lokuje Leukaristos w okolicach Opola, gdzie w Dziedzicach (pow. Strzeleczki, 25 km od Opola) odkryto ciekawy skarb i grobowiec popielnicowy z okresu wpływów rzymskich z jedną z najstarszych zachowanych inskrypcji runicznych z II/III w. po Chr. (więcej w ciekawym artykule o znalezisku tutaj). Same runy odczytuje się następująco.

R L Þ · B · H K B U L

Jest tu może ukryte imię wojownika z plemienia Lugiów Burów, którzy walczyli z Rzymianami w czasie wojen markomańskich!

Ale wróćmy do Leukaristos. Niemiecki germanista Much podaje celtycką etymologię tej nazwy *leuco-ristus 'Lichtenwald' ('Świetlisty-las') albo 'Lichtenberg' ('Świetlista-góra' = 'Łysa Góra'). Jest to zgodne z naszą wiedzą na temat celtyckiego osadnictwa na Górnym Śląsku (np. o dużej celtyckiej osadzie w dzisiejszej Nowej Cerekwi, ok. 80 km na południe od Opola).

Jeżeli Leukaristos to to samo miejsce, co Laugaricio/Leugaricio z czasów wojen markomańskich, to nie zdziwię się, gdy pewnego dnia okaże się, że w okolicach Opola znajdziemy przejściowy obóz legionu Marka Waleriusza Maksymianusa z zimy 179/180 r. po Chrystusie. Pewne przesłanki są, bo po pierwsze znamy podobny obóz z Ołomuńca (a jeszcze 20 lat temu nikt nie śnił, że wojska rzymskie dotarły tak blisko Bramy Morawskiej), po drugie wiemy, że wojska rzymskie mogły docierać na teren Lugiów (cesarz Domicjan wysłał stu jeźdźców na pomoc Lugiom. Jeżeli dotarli na tereny plemienne Wandalów-Lugiów, to byłby to pierwszy udokumentowany pobyt wojsk rzymskich na terenach dzisiejszej Polski!), a po trzecie znamy znaczenie Lugiów Burów i innych lugijskich Germanów w obu markomańskich wojnach!

Jest jeszcze jedna ciekawostka! Pisze o niej Henryk Waniek w ksiące Inny Hermes (rozdział "Do ciemności"). W połowie XIX w. niejaki T.v.D. obejrzał w Ziębicach (wówczas Münsterberg) osobliwą cegłę z odciśniętymi literami rzymskimi LEGXIIIIG ("Legio XIV Gemina"). Cegłę podobno wykopano w okolicy Ziębic i trafiła ona do parafialnego gabinetu osobliwości. Opisano ją w czasopiśmie Schlesische Provinzialblätter w 1865. Mogła ona wyglądać tak (znalezisko z terenu Niemiec):

____________________________

Przypis 1.
Oto treść inskrypcji nagrobnej Marka Waleriusza Maksymianusa, który być może był pierwowzorem Maksimusa, bohatera filmu Gladiator. Tłum. Jerzy Kolendo:
Markowi Waleriuszowi Maksymianusowi, synowi Marka Waleriusza Maksymianusa, kwinkwenała i byłego kapłana, pontyfikowi kolonii Poetovio, który otrzymał konia publicznego (został ekwitą), prefektowi pierwszej kohorty Traków, trybunowi pierwszej kohorty hamiów obywateli rzymskich, naczelnikowi ludów mieszkających na brzegu Pontus Polemoniacus, odznaczonemu w czasie wojny partyjskiej, powołanemu przez Marka Antonina Augusta i wysłanemu na front w czasie wyprawy germańskiej celem sprowadzenia Dunajem żywności dla potrzeb Pannonii i obydwu wojsk, dowódcy oddziałów z flot pretorskich z Misenum i Rawenny oraz floty z Brytanii, jak również jeźdźców afrykańskich i mauryjskich wybranych dla potrzeb wyprawy pannońskie, prefektowi pierwszej ala Arawaków, publicznie wyróżnionemu na froncie germańskim oraz odznaczonemu darowaniem konia, faler oraz broni z tego powodu, iż osobiście zabił wodza Narystów – Walaona, prefektowi ala contariorum, odznaczonemu darami w czasie wojny germańskiej i sarmackiej, dowódcy jeźdźców z ludu Markomanów, Narystów i Kwadów dla pokonania rozruchów na Wschodzie, za co został prokuratorem z wynagrodzeniem 100 tys. sesterców i z podniesionym uposażeniem prokuratorowi Mezjii Dolnej i w tym samym czasie dowódcy oddziałów wysłanych do zniszczenia rozbójników bryzejskich na pograniczu Macedonii i Tracji, prokuratorowi Mezji Górnej, prokuratorowi prowincji Dacia Porolissensis, podniesionemu przez najświętszych cesarzy do najwyższego stanu w grupie byłych pretorów i natychmiast legatowi legionu pierwszego adiutrix, jak również legatowi legionu drugiego adiutrix, dowódcy oddziału, który przezimował w Leugaricio, legatowi legionu piąteg o Macedońskiego, legatowi legionu pierwszego Italskiego, legatowi legionu trzynastego Gemina, legatowi Augusta w randze propretora legionu trzeciego augusta, obdarowanego odznaczeniami przez najznakomiszego princepsa Marka Aureliusza Kommodusa Augusta w czasie drugiej wyprawy germańskiej (wystawiło) ze zgromadzonych pieniędzy najwspanialsze zgromadzenie kolonii Diana Veteranorum.


Przypis 2.
Rzymska inskrypcja na zamku w Trenczynie:
Victoriae Augustorum exercitus, qui Laugaricione sedit, mil(ites) l(egiones) II DCCCLV. (Maximi)anus leg(atus leg)ionis II Ad(iutricis) cur(avit) f(aciendum)

Stworzone przez 855 legionistów armii Augusta Zwycięskiego, którzy stacjonowali w Laugaricio. Powstałe pod nadzorem legata II legionu Maksymianusa”.

czwartek, sierpnia 18, 2016

Drzewo genetyczne języków ludzkości


Rodziny językowe przed czasem ekspansji Europejczyków
(wg pracy M. Ruhlen, "The Origin of language [...]")


Wraz z rozwojem badań genetycznych, które odtwarzają drogi migracji ludzkości z Afryki Wschodniej około 50 tys. lat temu, tworzone są też nowe teorie dotyczące ewolucji języków. W książce E. J. Michaela Witzela pt. The Origins of the World Mythologies (która rekonstruuje genealogię ludzkich mitów i wierzeń - polecił mi ją Andrzej Fiderkiewicz) natknąłem się na ten schemat, który ma obejmować wszystkie znane rodziny językowe. Odważny schemat. I dlatego poddaję go pod dyskusję. 

Czegoś w nim brakuje? Coś jest mniej prawdopodobne? Syntezy tego typu są niezasadne?

Więcej o koncepcjach Merritta Ruhlena: https://en.wikipedia.org/wiki/Merritt_Ruhlen

Więcej o tej taksonomii: http://shc.stanford.edu/news/research/analysis-2135-world%E2%80%99s-known-languages-traces-evolution-human-communication