Boże Narodzenie na Śląsku około 1860

»Gdy zbliżały się święta Bożego Narodzenia, mężczyźni zaczynali obchód z "betlejką". Czasami byli to Trzej Królowie. Mężczyźni z betlejką dźwigali umieszczony na podobnym do mar nosidle coś w rodzaju lalkowego teatru lalkowego, teatru marionetek. W głębi widoczna była scena narodzin Chrystusa w stajence betlejemskiej. Na pierwszym planie jednak odbywały się prawdziwe przedstawienia kukiełkowe: występowali Bóg Ojciec, diabeł, kilka aniołów, Chrystus Zbawiciel i różni święci. Recytowano przy tym różne rymowanki i śpiewano pieśni. Trzema Królami byli zazwyczaj chłopcy z sąsiedniej osady albo i z tej samej miejscowości, którzy zamieniali się w świętych mężów za pomocą naciągniętych na ubranie białych koszul i koron z pozłacanej tektury. Jeden z nich miał twarz uczernioną, drugi – długi kij pasterski, z którym podczas występu tańczył dookoła pomieszczenia. Chłopcy śpiewali po niemiecku albo po polsku. Z niemieckich tekstów przypominam sobie jeszcze następujące wersy:
Wyjrzał Herod przez okienko, 
I fałszywym pyta głosem.
Zacni Mędrcy co was trzech,
Gdzież to chcecie dostać się?
Mord dzieci betlejemskich przedstawiony był symbolicznie w ten sposób, że jeden z Trzech Króli za pomocą wielkiego noża albo starej szabli odrąbywał lalce głowę. Ci święci Trzej Królowie chodzili po okolicy od połowy grudnia do połowy stycznia. Byli jednak również Trzej Królowie przedstawieni przez dorosłych, zwłaszcza z Galicji, którzy swoje występy traktowali jako działalność zarobkową. Posiadali oni rzeczywiście imponujące kostiumy i zawsze nosili ze sobą gwiazdę, którą podczas występu żwawo obracano. Umocowane w środku światło przebłyskiwało przez papier oklejający przednią część gwiazdy. Święci Trzej Królowie mieli nadzieję na datki pieniężne. 

Na Boże Narodzenie znów odbywało się pieczenie ciast. Tym razem strucel był obligatoryjny. Choinki ustawiano tylko w domach rodzin niemieckich, a i to nie wszędzie.

W wieczór wigilijny rozdawano prezenty – przede wszystkim dzieciom. Najważniejszą rzeczą w Wigilię było wszakże jedzenie, składające się z zupy rybnej, karpia w polskim sosie (do niezbędnych składników sosu należały piwo, przecier śliwkowy, piernik i skórka z cytryny), a szczególnie lubianych przez dzieci "makówek".

Przypominam sobie, że w wieczór wigilijny bardzo często ulicami przeciągali mężczyźni strzelający przed każdymi drzwiami z batów. Podług jednej wersji to strzelanie z biczy miało odganiać złe duchy. Mój ojciec opowiadał mi jednak, że w dawnych czasach na folwarkach schodzili się na dziedzińcu dworskim owczarze składający w ten sposób swojemu państwu wyrazy czci i szacunku. (...)«

Anton Oskar Klaußmann, Górny Śląsk przez laty, str. 97

Komentarze