wtorek, listopada 15, 2016

Osiem dni w Tybecie (wspomnienie z 2011)


Dobrze, że zajrzałem dziś na Facebooku do aplikacji "Tego dnia", bo znalazłem swoje unikalne wspomnienia z wyprawy sprzed pięciu lat, z mojej przygody, którą nazywam Osiem dni w Tybecie. Oto, co przechował Facebook. Właśnie 15 listopada 2011 wróciliśmy do Nepalu, a zatem otworzyła się możliwość korzystania z Fejsika, bo przecież w ChRL FB nie działa. I wtedy zebrałem swoje wspomnienia, notatki, zdjęcia. Oto fejsowa relacja (zachowuję oryginalną pisownię):


D[zień]. 1. Lot z Katmandu do Lhasy w Tybecie przebiegł bez problemów. Niesamowite widoki Mt Everestu i innych 8-tysiecznikow. Zabawna akcja zbierania paszportów od chińskich turystów przez towarzyszy partyjnych na pokładzie. Koniec wycieczki - koniec wolności. A my zaczęliśmy wizytę w Tybecie od podziwiania niesamowitej infrastruktury. Chiny to nowoczesne i złowrogie państwo. Tak je widać z Tybetu.

Na wyprawie do Tybetu do naszej polskiej Piatki Wspanialych dolaczono dwie turystki z Chile - Bárbare i Paule. Nie spodziewalem sie, ze znajde tu kolejne bratnie dusze. Nasza trojka stala sie nierozlaczna. Z dziewczynami laczy mnie i szczegolna podroznicza pasja, i wartosci, i fascynacja, i gusta... To taka wzajemna milosc (bardziej "amar" niz "querir"), ktora na pewno przetrwa lata, bo hartowala sie w Tybecie.

Cecha charakterystyczna naszych hoteli w Tybecie? Okresowe dostawy pradu i cieplej wody, brak ogrzewania (z wyjatkiem wyjatkiowego hotelu w Xigatse), niezmieniane posciele i podejrzane reczniki. Ale i tak bylo zaje....

D.2. Caly dzien w Lhasie, stolicy Tybetu. Wpierw wspinaczka po dziesiatkach schodow (z wys. 3650 do ok. 3800 m npm - zadyszka, mroczki, szalejace serducho, bo nie bylismy jeszcze przystosowani do takiej wysokosci), a potem odkrywanie tajemnic palacu Dalaj Lamy. Wlasciciel jest na wygnaniu. Palac to dzis niestety chinskie muzeum, ale odwiedzaja je setki poboznych pielgrzymow - barwny, ubogi tlum z mlynkami, modlitwa.

Po dobrym, pozywnym obiedzie kolejna czesc zwiedzania: najwazniejsza w Tybecie swiatynie buddyjska, Jokhang (piekne zlociste dachy, atmosfera jak w Szkole Czarodziejow na leguinowskiej Wyspie Roke z Archipelagu, zapach masla z mleka jaka, tajemnica Dharmy) oraz niezwykly targ w naszej dzielnicy Barkhor. Mijajac liczne chinskie patrole wojskowe nucimy "Marsz Imperialny" ze Starwarsow... Kolacja, noca 1 C w pokoju.

D.3. Cholernie zimno w nocy, ale jakby coraz mniej cholernie. I coraz latwiej sie oddycha. Mam swietnych kompanow w pokoju - Tomek i Krzys to kompani, z ktorymi nigdy usmiech nie schodzi z twarzy, a bywa, ze i (znikajacy na himalajskiej diecie) brzuch trzesie sie ze smiechu. Kompani maja rozne dolegliwosci wysokosciowe - bol glowy, opuchniecia, siniaki, brak apetytu. Na tych wysokosciach nie pije sie kawy, alkoholu. Trzeba sie tu szanowac, bo nikt nie moze przewidziec, jak jego organizm zareaguje np na 4 lub 5 tys metrow. Ja czuje sie tu jednak jak Wcielenie Buddy pt Mlody Bog. Swietnie na mnie dziala jasne slonce i prawie granatowe niebo oraz wegetarianska dieta.

Drepung to klasztor polozony malowniczo na zboczach himalajskiego przedgorza. Wedrujemy labiryntem uliczek, korytarzy. Zapach jaczego masla ofiarnego wielu odstrecza, ale inne niz wech zmysly z przyjemnoscia penetruja klasztorny swiat - barwy, ksztalty... Wyobraznia dziala tak mocno, ze co noc mamy przedziwne sny. W klasztorze Sera ogladamy dysputy mnichow.

D.4. No i opuszczamy nasza komnate w Palacu Panche Lamy - komnate krioterapii. Ruszamy w 250-kilometrowa podroz do Gyantse, miasteczka polozonego na prawie 4 tys m. Piekna trasa, wysokie przelecze - Kora La 5010 m i Kamba La 4794 m. Mrozne jezioro Yamadroke, jazda na jaku, doswiadczenie tybetanskiego kibla (dziura w ziemi, brak scian miedzy itp.).

W koncu rzadziej spotykamy aparat represji. Najwiecej wojska, policji, palek, tarcz, paralizatorow i innych elementow pokazu sily widzielismy w Lhasie. Na prowincji co pewien czas zatrzymuja nas na check-pointach. Wiemy, ze gdzies w gorach sa obozy koncentracyjne. Z drugiej strony imponujaca szosa przez Himalaje, swietne oznakowanie, dobre auta. Widac tez wzgledny egalitaryzm, wieksza zamoznosc wsi ChRL niz w Nepalu

C.d. Docieramy do Gyantse (3950 m), gdzie zatrzymujemy sie w prostym, przasnym, dosc chlodnym hotelu. Potem spacer, odwiedziny w malej buddyjskiej swiatyni, nieudana proba zdobycia tutejszej twierdzy, obserwacje zycia mieszkancow, nieudany posilek w niechlujnej restauracji (ohydny naan, paskudna zupa, ktora po doprawieniu przez Krzysia i Toma stala sie jeszcze bardziej niejadalna). Wieczorem mala herbaciana imprezka.

Noc trudna, sny dziwne, bol glowy. Mamy mala ale dotkliwa chorobe wysokosciowa. A potem nastaje dzien piaty...

D. 5. Skromne ale pozywne sniadanie. Potem niespodzianka - niesamowicie ciekawy zespol klasztorny Kumbum ze stupa Pholkor. Z kazdym klasztorem, kazda swiatynia jestesmy coraz bardziej zaskoczeni. Czuda, nasz przewodnik, z buddyjskim spokojem i beznamietnoscia, z usmiechem czlowieka Wschodu, wprowadza nas w swiat estetyki i duchowosci Tybetu. Wspinamy sie na stupe, potem male zakupy i ruszamy przez Tybet do Xigatse.

c.d.n.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz