wtorek, listopada 30, 2010

Bajka


Wiersz Wojtka Wencla pt. Bajka z tomiku Podziemne motyle (Wyd. Nowy Świat, W-wa 2010):

Chłopiec trzy i pół kilo oczy ma po mamie
już nie płacz księżyc ziewa i za chwilę zaśnie
bociany noszą dzieci dzieci lubią misie
no jedz grypa w przedszkolu zachowuj się ciszej
trzy gole na wuefie wakacje nad morzem
jutro pod multikinem o tej samej porze
póki co mieszkasz z nami więc naucz się słuchać
nie poszedł na egzamin niedojrzały gówniarz
ojciec-szklarz matka-szyba dokąd się tak spieszysz
ty grasz a obiad stygnie powinnaś się leczyć
pożyczyłem notatki nie wiesz z czego pyta
musi pan jeszcze wpisać znajomość języka
kocham cię na mieszkanie na pewno wystarczy
dziewczynka cztery kilo wakacje w Chorwacji
najważniejsze jest zdrowie reszta sama przyjdzie
premie za nadgodziny nagany za picie
mogłam wyjść za innego to lepiej bym miała
no i dzwoni Monika cała uchachana
butelka absolutu - stanowczo za mało
miałeś naprawić bojler OK wstanę rano
będą zwolnienia z pracy idź precz bo nie zdzierżę
proszę pani: w tym wieku ryzyko jest większe
znika w gliniastym dole mahoniowa trumna
choć opowiem ci bajeczkę bajka będzie długa

Z powrotem


Już od dawna miałem dość tej mętnej wody, która niosła mnie bezwolnego ku znanej mecie. Jeśli próbowałem co jakiś czas wyłączyć moją łódź z szalonej gonitwy, to nie dlatego, bym chciał odwlec kres podróży - pragnąłem po prostu zawrócić, raz jeszcze zanurzyć dłoń w chłodnym, rwącym nurcie, raz jeszcze nasycić wzrok soczystymi barwami, jakie nas otaczały na początku drogi, odnaleźć dźwięki, obrazy, zapachy, które cichły, blakły i wietrzały w mej niedoskonałej, choć widocznie trwalszej niż u innych, pamięci. Chciałem na chwilę chociaż znaleźć się tam, gdzie sny miały realność jawy, a jawa zwiewność snu, gdzie wszystko posiadało urok niespodzianki i moc olśnienia, gdzie zadziwiały, budziły zachwyt lub niepokój najprostsze rzeczy pod słońcem: kolorowy kamyk, przezroczystość wody, ogromne oczy sowy. Słowem - chciałem wrócić do źródła.
Dla większości moich towarzyszy podróży było to niezrozumiałe. Parli naprzód w zapamiętaniu, nie oglądając się za siebie, jednakowo obojętni wobec wszystkiego, co nie było "tu i teraz". Kto nie miał żagla, zastępował je prześcieradłem, chustą, strzępem szmaty. Wiosłowano deskami, łopatami lub po prostu gołymi rękami. Burty tłukły o siebie, zderzały się z trzaskiem, łodzie pękały i rozsypywały się na kawałki. Nie zatrzymując się, klecono naprędce ze szczątków prowizoryczne tratwy. Wyścig trwał [Zbigniew Batko, Z powrotem, "Prolog", Iskry 1984, str. 7].
Marzyłem o tej książce. Miałem ją kiedyś, ale zanim przeczytałem, pożyczyłem i zginęła... Dziś znalazłem ją z osiedlowej bibliotece. Jestem pierwszym czytającym ten egzemplarz od... 1984 r. Jestem w ogóle pierwszym czytającym tę właśnie książkę - wspaniałą alegorię ludzkiego życia w połowie drogi ku ziemskiemu kresowi. Ilustrował ją mistrz Stasys Eidrigevičius, a jej autorem jest znany tłumacz, Zbigniew Batko. Dedykowana jest "Byłym dzieciom". Ta książka to skarb! Jeżeli ktoś ją ma i chciałby mi sprezentować lub sprzedać do 50,- zł będę bardzo wdzięczny...

niedziela, listopada 28, 2010

Auta i lóme! Utúlië 'n aurë!


Rz 13,11-14:
Rozumiejcie chwilę obecną: teraz nadeszła dla was godzina powstania ze snu. Teraz bowiem zbawienie jest bliżej nas, niż wtedy, gdyśmy uwierzyli. Noc się posunęła, a przybliżył się dzień. Odrzućmy więc uczynki ciemności, a przyobleczmy się w zbroję światła (...)
I kolejny Adwent mojego życia. Dziś w kościele słyszeliśmy czytanie z listu Pawła Apostoła do Rzymian. A w nim powyższe słowa, które tak bardzo kojarzą mi się z Tolkienowskim opisem Bitwy Nieprzeliczonych Łez, Nirnaeth Arnoediad, że podejrzewam w tym opisie świadomą lub nie inspirację biblijną. Pamiętamy okrzyki bojowe w quenya: Auta i lómë! 'Kończy się noc!' oraz Utúlië 'n aurë! 'Nadszedł dzień!'. Pamiętamy obecność ciemności i elfie zbroje światła.

Czas się obudzić ze snu, bo Pan jest tutaj. Nadszedł bowiem ten dzień, noc za nami.

niedziela, października 31, 2010

Rymkiewicz, "Do Jarosława Kaczyńskiego"


Wiersz przesłany przez autora do redakcji Rzeczpospolitej w poniedziałek 19 kwietnia b.r.

Ojczyzna jest w potrzebie – to znaczy: łajdacy
Znów wzięli się do swojej odwiecznej tu pracy
Polska – mówią – i owszem to nawet rzecz miła
Ale wprzód niech przeprosi tych których skrzywdziła
Polska – mówią – wspaniale lecz trzeba po trochu
Ją ucywilizować – niech klęczy na grochu
Niech zmądrzeje niech zmieni swoje obyczaje
Bo z tymi moherami to się żyć nie daje
I znowu są dwie Polski – są jej dwa oblicza
Jakub Jasiński wstaje z książki Mickiewicza
Polska go nie pytała czy ma chęć umierać
A on wiedział – że tego nie wolno wybierać
Dwie Polski – ta o której wiedzieli prorocy
I ta którą w objęcia bierze car północy
Dwie Polski – jedna chce się podobać na świecie
I ta druga – ta którą wiozą na lawecie
Ta w naszą krew jak w sztandar królewski ubrana
Naszych najświętszych przodków tajemnicza rana
Powiedzą że to patos – tu trzeba patosu
Ja tu mówię o sprawie odwiecznego losu
Co zrobicie? – pytają nas teraz przodkowie
I nikt na to pytanie za nas nie odpowie
To co nas podzieliło – to się już nie sklei
Nie można oddać Polski w ręce jej złodziei
Którzy chcą ją nam ukraść i odsprzedać światu
Jarosławie! Pan jeszcze coś jest winien Bratu!
Dokąd idziecie? Z Polską co się będzie działo?
O to nas teraz pyta to spalone ciało
I jest tak że Pan musi coś zrobić w tej sprawie
Niech się Pan trzyma – Drogi Panie Jarosławie

Milanówek, 19 kwietnia 2010 r.

Autor jest poetą, eseistą, dramaturgiem, tłumaczem i historykiem literatury, znawcą romantyzmu. Pracował m.in. jako kierownik literacki Teatru Narodowego w Warszawie, jest profesorem (obecnie emerytowanym) w Instytucie Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk. Publikował na łamach „Arki”, „Dialogu”, „Miesięcznika Literackiego”, „Poezji”, „Pamiętnika Literackiego”, „Twórczości” i „Współczesności”. Wydał dziewięć tomików poetyckich, dwie powieści, kilkanaście książek eseistycznych – jego książki były przekładane m.in. na niemiecki i francuski. Laureat wielu wyróżnień literackich krajowych i emigracyjnych, m.in. Nagrody Fundacji im. Kościelskich (1967) i Nagrody im. Stanisława Vincenza (1984), Nagrody Kulturalnej „Solidarności” (1984), nagrody paryskiej „Kultury” (1986) oraz Nagrody Fundacji Alfreda Jurzykowskiego (1992) i Nagrody miesięcznika „Arka” (1993).

W 2003 roku otrzymał nagrodę literacką Nike (której patronuje „Gazeta Wyborcza”) za tomik wierszy „Zachód słońca w Milanówku”, w 2008 roku wyróżniono go Nagrodą im. Józefa Mackiewicza za esej historyczny pt. „Wieszanie”. Przed wyborami parlamentarnymi 2007 roku należał do Komitetu Honorowego Poparcia Prawa i Sprawiedliwości.

czwartek, października 28, 2010

Alfred Wolf, Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata


Jest już swoistą legendą rodzinną informacja o tym, że kuzynostwo mojej mamy, Alfred i Olga Wolfowie zostali obdarzeni przez Instytut Yad Vashem tytułem Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata. Wiedzieliśmy do dziś tylko tyle, że Alfred i Olga w czasie wojny pomogli przeżyć pewnej Żydówce. I dziś rano napisałem do Yad Vashem krótkiego maila z prośbą o więcej informacji. Nie musiałem długo czekać. Po niecałej godzinie odezwała się do mnie pani Bozenna Rotman z działu Instytutu, który zajmuje się historiami Sprawiedliwych. Jestem jej bardzo wdzięczny, bo gdy w Dzień Zaduszny odwiedzę szopienicki cmentarz i pomodlę się nad grobem Alfeda Wolfa, będę też znał historię tego odważnego człowieka i jego krewnych. Oto ta historia (tłumaczę ją z angielskiego):

Alfred Wolf
Edward Brzezinka
Olga Woźniak
Alojzy Woźniak


Teczka 2041a, 2041b

Po ucieczce z getta w Zawierciu, Inka Weissbrot dotarła do osady Szopienice (dziś jest to dzielnica Katowic), dokąd skierował ją przyjaciel z ruchu Ha-Shomer ha-Tza’ir. Zgodnie z poradą, którą Inka Weissbrot otrzymała na miejscu, skierowała się ona do Alfreda Wolfa, kuzyna mojej mamy, który umieścił ją w domu swojej siostry, Olgi Woźniak (z domu Wolf) i swojego szwagra, Alojzego Woźniaka. Woźniakowie razem z szesnastoletnim Edwardem Brzezinką, synem Olgi z pierwszego małżeństwa, przyjęli Inkę Weissbrot ciepło, z gościnnością, a gdy uciekinierka z getta zachorowała, zajęli się nią ze współczuciem. Dwa tygodnie później Alfred Wolf przekazał jej adres domu, w którym schronienie znalazła grupa żydowskich nastolatków uratowanych z gett na terenie Zagłębia. Inka zaopatrzona przez tych Żydów w kartki żywnościowe, zaczęła w sąsiedztwie szukać jakiejś pracy. Jej tożsamość została jednak ujawniona. Złapana przez władze niemieckie została wysłana wpierw do więzienia w Częstochowie, a potem do obozu w Auschwitz, a stamtąd do innych obozów koncentracyjnych. Inka Weissbrot dożyła wyzwolenia przez wojska alianckie w maju 1945 roku. Alfred Wolf i rodzina Woźniaków ryzykowali swoje życie, żeby udzielić Ince pomocy. Nie szukali też żadnego wynagrodzenia za tę pomoc. Po wojnie Inka osiedliła się w Izraelu. Wysyłała też pomoc do Polski dla Edwarda Brzezinki, który w wypadku stracił obie ręce.

Dnia 7 czerwca 1981 r. Yad Vashem przyznało Alfredowi Wolfowi, jego siostrze Oldze Woźniak i Alojzemu Woźniakowi tytuły Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata. Dnia 24 marca 1988 r. ten sam tytuł przyznano Edwardowi Brzezince.

Taka historia rodzinna zobowiązuje. Taką historię trzeba zachować dla kolejnych pokoleń. II wojna światowa dotknęła moją rodzinę, choć nikt z najbliższych krewnych w jej trakcie nie zginął. Brat mojej babci, mamy mojego ojca, Jan Dziopek był więźniem KL Auschwitz, KL Melk, KL Mauthausen i KL Ebensee z numerem 5636 wytatuowanym na przedramieniu (jego wspomnienia obozowe były jednym z dowodów zbrodni w procesie Eichmanna); żyjący jeszcze wujek Staszek z Gliwic był jako chłopiec pracownikiem Oskara Schindlera; mój dziadek Jerzy Wolf przeszedł z Kriegsmarine szlak bojowy w Norwegii; mój dziadek Edward Derdziński jako pracownik Wojskowej Komisji Uzupełnień w Łańcucie o mało nie dostał się do sowieckiej niewoli po 17 września 1939 r. Zawiłe losy jednej z polskich rodzin...

poniedziałek, czerwca 07, 2010

"Najważniejszy jest Bóg"


Gorący wpis, bo pot ciągle leje się z czoła, a tętno dopiero od chwili spada. Właśnie wróciłem z wieczornego biegu. Woda leje się do wanny, więc notka będzie krótka. Ale postaram się, żeby była treściwa.

No więc poprawiłem czas od zeszłego roku. Wprawdzie od 1 stycznia biegałem tylko 50 razy (co daje jakieś 300 km - tak, notuję to i tak, wiem, że to o wiele za mało...), ale udało mi się poprawić czas na moje 5 km. W zeszłym roku było to 33 minuty - dziś 31 minut. Niewiele? Ja wiem ile potu trzeba było wylać... Na ścieżce biegowej przez Sobieskiego, Park, Kresową i Moniuszki wiele mojego DNA wsiąkło w glebę, he he.

Wielkie plakaty Jarosława Kaczyńskiego w Sosnowcu. Doskonałe technicznie i tworzące dobre wrażenie o kandydacie. Na nich hasło "Najważniejsza jest Polska". Choć będę głosował właśnie na pana Jarosława (o ile 20 czerwca w Edynburgu będę mógł podjechać pod konsulat RP), to z jego hasłem nie mogę się do końca zgodzić. Nie... - wiem, że to hasło jest uproszczeniem, że powstało jako pewne wołanie na liberalno-internacjonalistycznej puszczy. Na pewno sam Jarosław Kaczyński przyznałby mi jednak rację, gdy mówię: "Najważniejszy jest Jezus", a naszą prawdziwą ojczyzną jest obecne w relacji z Panem Królestwo Niebieskie. Ale w związku z wysłuchaną w czasie biegu rozmową w radiu TOK FM (tfu!) tak mi się pomyślało, gdy patrzyłem na zatroskane, bardzo dobre technicznie zdjęcie kandydata Prawa i Sprawiedliwości, że trzeba by tę sprawę podkreślić.

W radiu TOK FM wysłuchałem smutnego, pełnego przeinaczeń dialogu dwóch panów na temat buddyzmu. Chodziło o podobieństwa i różnice między buddyzmem i chrześcijaństwem, a raczej "chrześcijaństwem" z wizji panów prowadzących rozmowę. Dziwne jak można nie znać podstawowych prawd chrześcijaństwa. Obawiam się też, że wiedza panów na temat buddyzmu była równie ograniczona, ale tembr głosu, ton rozmowy i samozadowolenie panów było tak duże, że na pewno stali słuchacze tego szkodliwego radia też na pewno byli bardzo zadowoleni. Chodziło chyba o podbudowanie "ego" a nie o wyjaśnienie niejasności i dialog międzyreligijny. W każdym razie nieprawdą jest, że buddyzm pozwala na "przebudzenie" już za życia, a chrześcijaństwo obiecuje zbawienie dopiero po śmierci. Chrześcijaństwo (które wbrew temu, co mówili panowie nie jest religią ale po prostu relacją osobową z osobowym Bogiem) nawołuje do nawrócenia, do przemienienia serca. Zbawienie jest nam - ludziom każdego czasu i każdej strony świata - dane dzięki śmierci i zmartwychwstaniu Boga, który stał się dla nas człowiekiem. Dzięki metanoi, przemianie serca człowiek może czerpać z owoców zbawienia już tu, za życia doczesnego, bo Królestwo Niebieskie już tu jest. Jest ono wszędzie tam, gdzie człowiek zaprzyjaźnia się z Jezusem Chrystusem. I buddyjska Pustka nie jest odpowiednikiem osobowego Trójjedynego Boga, o którym mówi światu chrześcijaństwo. A także chrześcijaństwo nie nawołuje do niszczenia przyrody! Człowiek żyjący w Raju miał czynić sobie ziemię poddaną - i miało to dobre i błogosławione skutki. Ale dziś człowiek żyje w dysharmonii i kroczy poplątanymi ścieżkami grzechu. Wszystkie dane nam moce są dziś używane w sposób chaotyczny i poplątany, wprowadzając zło do świata przyrody (i nie tylko do tego świata). Dlatego tak potrzebna jest nam w życiu doczesnym metanoia i tak bardzo jest nam potrzebna biologiczna śmierć, która prowadzi do zmartwychwstania w nowym, naprawionym świecie...

piątek, maja 21, 2010

Floodland


Gorze nam się stało - jak mówi najstarsze zapisane i dotrwałe do dziś polskie zdanie (u XV-wiecznego Długosza, ale Długosz wziął je z kroniki, która nie dotrwała do naszych czasów, a była starsza od Księgi henrykowskiej, z której pochodzi inne "najstarsze" zdanie: Daj ać ja pobruszę, a ty poczywaj). To już kolejny dzień opadów i powodzi. Fala kulminacyjna zalała niedawno domy mieszkańców Sandomierza. Warszawa jest zagrożona podtopieniami. Wybrałem się dziś na deszczowy jogging, żeby obejrzeć stan naszych nadgranicznych, śląsko-zagłębiowskich wód. Nigdy wcześniej nie widziałem tak pędzącej, tak brązowowodej, tak wysokiej Brynicy. Jej stan jest wyższy o jakiś metr od zwykłego powolnego nurtu. Podtopione wierzby na brzegach naszej rzeki robią wrażenie. Panie zbierające liście szczawiu na jej brzegach, nasze sosnowieckie babinki, potwierdzają, że za ich życia Brynica nigdy tak wysokiego stanu nie miała. Na Stawikach podobnie. Moje biegowe ścieżki podtopione. Radość z tego mają śnieżnobiałe łabędzie, które cieszą się z powiększonych terenów żerowania. Mnóstwo muszek i mnóstwo wszelkich gatunków ślimaków i ślimaczków. A nad głową krzyki mew, które w trzcinowiskach kryją swoje gniazda.

Dlaczego w Polsce jest tyle złodziejstwa? Niedawno skradziono mi z piwnicy nowe opony letnie, a dziś na cmentarzu u taty zastałem rozkopany kwietnik i ukradzione kwiaty. Jak tylko przestanie padać, jadę do ogrodnictwa po nowe roślinki i ruszę znowu na Morawę, na górkę, gdzie szopienicki cmentarz jest domem spoczynku ciała mojego taty. Dlaczego nie szanuje się u nas cudzego mienia? Czemu nie można być do końca dumnym z Polski, bo z perspektywy podróży po Europie wydaje się, że złodziejstwo jest jakąś szczególną specjalizacją części naszego narodu...

I wcale nie pociesza mnie fakt, że w kupionej niedawno w Warszawie książeczce Taszyckiego z 1927 r. pt. Najdawniejsze zabytki języka polskiego znalazłem staropolskie określenie kradzieży - chąśba, chąźba (Jakośm przy tem był, iż Piotrek dobył na Staszku cztyr grzywien za chąśbę - rota sądowa z 1387 r.). Ale dekalog wierszowany z XV w. mówi moim piwnicznym i cmentarnym złodziejom:

Nie bierz jimienia cudzego,
Nędznym udzielaj swojego


Za to Cisojanus Płocki z początku XV wieku na maj ma taką radę:

Gonić wilka a drzeć łyka.

Będziem zatem gonić wilka!

środa, kwietnia 21, 2010

Pozostają w naszej pamięci...



Oto gruzińska pieśń ludowa dedykowana pamięci Lecha Kaczyńskiego i jego żony Marii. Prezydent Micheil Saakaszwili, Prezydent Gruzji, polecił nadać pośmiertnie Lechowi Kaczyńskiemu tytuł i order Narodowego Bohatera Gruzji. Napisał: "Kaczyński był wielkim i wiernym przyjacielem Gruzji. Gruzja nigdy nie zapomni jego poświęcenia i heroizmu". Dziękujemy, Panie Prezydencie Saakaszwili. Polska ma w Panu przyjaciela.

wtorek, kwietnia 20, 2010

Kurczę i Ronald


Zupełnie nieoczekiwanie wysłuchałem dziś pięknego barokowego koncertu. W zabytkowej śląskiej sali koncertowej przy dawnej Hucie Bismarcka (a potem Batorego) w Chorzowie odbyła się dziś śląska premiera opery Jerzego Fryderyka Händla pt. Rinaldo. Już sam tytuł miło mi się kojarzy, bo Rinaldo to włoska odmiana imienia Ronald - imienia, które nosił mój ulubiony pisarz (i doceniany prezydent USA). Ciekawe, że ta pierwsza opera Kurczaka (wiecie, że nazwisko Händel etymologicznie wywodzi się właśnie od takiego określenia? Jerzy Fryderyk Kurczak..), dzieło z 1711 r., nigdy wcześniej nie była śpiewana na Górnym Śląsku? Na koncercie się znalazłem, bo dowiedziałem się, że mój kumpel, Mariusz Stefański, broni dziś dyplomu Akademii Muzycznej w Katowicach. Chciałem być tego świadkiem. I chciałem na koniec mu pogratulować. Poradził sobie znakomicie z rolą Rinalda!

I cieszę się przeogromnie, bo opera o Ronaldzie, rycerzu biorącym w I krucjacie do Ziemi Świętej, wyciszyła mnie i uspokoiła. Późny barok to niezwykły okres w dziejach muzyki. A Händel obok Bacha i Mozarta to mój ukochany kompozytor...

Aktualnie czytam: Kardynał John Henry Newman Apologia pro vita sua; Tajemnica Syjonu pod red. Tomasza P. Terlikowskiego oraz J. i S. McDowell Więcej niż cieśla

poniedziałek, kwietnia 19, 2010

Wyciszanie się


Głos ciągle mi się łamie i nerwy wciąż na postronku. Próbuję się jednak wyciszyć. Świętego spokoju mi trzeba. Dziś obudziłem się z bólem głowy, co nigdy mi się nie zdarza. To chyba napięcie ostatnich dni, choć ktoś dziś powiedział, że takie skutki może mieć zbyt intensywny zapach kwiatów w domu. A rzeczywiście lilie, które od początku żałoby kwitną u mnie dla wszystkich Poległych pod Smoleńskiem, pachną bardzo intensywnie. Kwiaty stoją w wazonie, ale flagę z kirem już zdjąłem z balustrady balkonu, a została żałobna wstążka na antenie auta oraz zdjęcie w ramce na stole.

Powoli wprowadzam się w święty spokój. Jednak nie sposób nie pomyśleć o trwającej kampanii prezydenckiej. Uważam, że Komorowski powinien ustąpić z funkcji Marszałka Sejmu (i jednocześnie p.o. Prezydenta RP). Nie da się połączyć trzech działań tak, żeby nie budziło to oporów. Kandydat na Prezydenta niech się zajmie swoją kampanią, a nie pełnieniem tylu ważnych funkcji.

W wyborach poparłbym chętnie Jarosława Kaczyńskiego, ale szczerze mówiąc wolałbym innego kandydata PiS, bo brat zmarłego Prezydenta jest zbyt łatwym celem dla politykujących dziennikarzy i uprawiających "śmieciarską" politykę pajaców w rodzaju Palikota czy Niesiołowskiego. PiS musi zawalczyć o Polskie serca. Ma wielkie szanse! Niech ich nie straci...

Zakończę lekko. Zacytowała mnie moja "ulubiona" Wybiórcza. Wykorzystała moje słowa w tytule artykułu. I opisała mnie tak, że chyba żadna dziewczyna by mnie nie chciała (oszołom ściskający flagę biało-czerwoną i rzucający banałami...). Ale spoko. Traktuję to z humorem. Oto link.

Mam też prośbę do komentujących o podpisywanie swoich wypowiedzi. Z anonimami nie dyskutuję i nie polemizuję. Odwagi!

niedziela, kwietnia 18, 2010

Polska jest piękna!




Chciałoby się opisać wszystko w szczegółach. Jednak choć duch ochoczy, ciało słabe. Dopada mnie zmęczenie po samotnej podróży i tych wszystkich przeżyciach. Spróbuję zatem zamknąć swoją relację w kilkunastu zdaniach.

To był niezapomniany dzień. Największe patriotyczne przeżycie w ciągu wszystkich moich trzydziestu sześciu lat. I jedna z najpiękniejszych liturgii. Wszystko było na swoim miejscu, we właściwej hierarchii. Polska ukazała się piękna, ale tęsknota za ojczyzną niebieską - wzbudzona przez czytania mszalne i samą liturgię - była jeszcze silniejsza. Wspaniała oprawa muzyczna. Łzy lały się pod okularami przeciwsłonecznymi. Można było poczuć zadowolenie, a nawet dumę z naszego państwa. Poczty sztandarowe, ułani, polskie wojsko w swojej chwale, Górale i górnicy w tradycyjnych strojach, harcerze, którzy nieśli pomoc i uśmiech. Dziękuję Wam, Druhowie, za wodę i za troskę!

Wszystko ładnie mi się dziś poskładało. O 9.00 zatankowałem hondzię i ruszyłem A4 słuchając radia (eM, potem Trójka, w końcu jakaś krakowska stacja) po prawie pustej autostradzie. Mijali mnie przeciwnym pasem jeźdźcy na motocyklach. Dopiero wieczorem dowiedziałem się, że jechali na Jasną Górę, żeby tam modlić się za Parę Prezydencką. Wspaniale spisała się policja - cała droga była bezpieczna, wszędzie było widać patrole, więc nikt nie szalał na drodze i gdy ruch się zaczął zagęszczać w okolicach Balic, można było czuć się na drodze bardzo pewnym. Postanowiłem wbić się autem najbliżej Rynku jak to możliwe. Ale szczerze mówiąc nie liczyłem na to, że będę w samym centrum wydarzeń. Miałem jednak nosa - udało mi się dojechać prawie do Plantów i znalazłem bez trudu miejsce do zaparkowania. A potem z aparatem fotograficznym, książką (na wszelki wypadek - czytam teraz książkę J. i S. McDowellów pt. Więcej niż cieśla) i słuchawkami na uszach (a w słuchawkach krakowskie radyjko) dotarłem bez problemów do bramki przed Rynkiem, gdzie policja i straż sprawdzały torebki i plecaki. I tak dostałem się na fascynujący, piękny krakowski Rynek, przeszedłem tak, żeby mieć widok na Kościół Mariacki (po lewej), Sukiennice (na wprost po lewej) oraz Wieżę Ratuszową z estradę opatrzoną w telebimy (na wprost). Była godzina 10.30. Szybko się tam dostałem, prawda?

Ten wielki pogrzeb był zamknięciem ośmiodniowej żałoby narodowej. Dziewięćdziesiąt tysięcy ludzi na Rynku przybyło pożegnać Ich - Pana Lecha Kaczyńskiego i Panią Marię Kaczyńską. Myślę, że dla wielu z nas był to nie tylko czas smutku i zadumy. To spotkanie miało w sobie coś z narodowego święta. Wspaniałe to uczucie poczuć solidarność z krajanami, którzy przyjechali do Krakowa pociągami, rowerami, samochodami, przyszli pieszo... Znak pokoju" w czasie Mszy był też swoistym podziękowaniem, za to, że wyrwaliśmy się z kieratu codzienności, żeby być razem w Krakowie, z naszym Prezydentem, z Panią Marią. Widziałem wiele łez wzruszenia w tamtym momencie. A Komunia wszystkich nas zjednoczyła z Tym, który jest Prezydentem nad prezydentami - z Tym, który króluje w Niebie.

Niestety zebranie na Rynku było też już fragmentem kampanii prezydenckiej, która rozgrzeje nasze głowy bardzo szybko w ciągu najbliższych tygodni. Marszałek Sejmu, który pełni obowiązki głowy państwa jest kandydatem konkretnej partii politycznej i ludzie na Rynku dali mu to odczuć. Nie klaskali po jego przemówieniu zbyt długo (a nawet pojawiły się gwizdy - czy zarejestrowała to telewizja?). Za to wystąpienie Śniadka z "Solidarności" (który nie jest kandydatem, ale przemawiał jako przyjaciel zmarłego Prezydenta) było przerywane gromkimi brawami, a po jego zakończeniu oklaski trwały kilka minut. Gdy na telebimach przed Mszą pojawiło się TVN24, ludzie głośno protestowali - w końcu pojawiła się prosta transmisja obrazu z Bazyliki Mariackiej - bez miecugowów i pohanke.

Obawiałem się korków przy powrocie. Dlatego około 17.00 opuściłem Rynek i ruszyłem spokojnie do auta, robiąc po drodze dużo zdjęć. Ulice okazały się puste. Siły porządkowe pracowały na medal! Wyjechałem w kierunku Olkusza, bo chciałem jeszcze wpaść do Karinki i Majki na kawę. Tam obejrzałem złożenie ciał Państwa Kaczyńskich w krypcie wawelskiej. Powspominaliśmy dni żałoby i w końcu ruszyłem do domu. "Wiadomości" obejrzałem już we własnym telewizorze.

Dla mnie z tego dnia najbardziej pamiętne były słowa czytań ewangelicznych o śmierci, którą każdy z nas już przeżył w Chrystusie i z Chrystusem. Śmierć biologiczna nie ma już takiego znaczenia, gdyśmy w chrzcie umarli i narodzili się już na nowo do życia wiecznego w przyszłym świecie. Myślę, że Lech Kaczyński i Pani Maria są już w niebie u stóp ukochanego Pana...

A my możemy wspomnieć tę piękną parę odwiedzając ich grobowiec w wawelskiej krypcie.



Zdjęcia pochodzą z serwisu Rzeczpospolitej.

sobota, kwietnia 17, 2010

Tesco wygrało...


Wróciłem zasmucony z Katowic. Na Placu Sejmu Śląskiego uczestniczyłem dziś we wspólnym oglądaniu transmisji z uroczystości warszawskich, z pożegnania tragicznie poległych na smoleńskim lotnisku - w drodze do Katynia.

Były dwa duże telebimy, z 40 osób obsługi (Maltańczycy, pogotowie, harcerze, Straż Miejska) z 10 dziennikarzy i... około 50 przybyłych na wspólne przeżywanie uroczystości warszawskich. Co za tłum! Tymczasem w Silesia City Center (wielkie centrum handlowe) masy ludzi (byłem tam w "Tesco" po flagę dla sąsiadki - polecam akcję Pogotowie Flagowe na FB!). Każdy niech sobie dopowie, w jakim stanie jest Polska Tuska...

Ale trwaliśmy mimo wiatru, mimo osamotnienia, mimo krzeseł, które co chwila zwalały się na nas przy podmuchach silnego wiatru. Przynajmniej harcerze mieli co robić: kilka razy je ustawiali. Pojawiłem się tam już o 10.00, żeby zorientować się, czy już schodzą się wielkie tłumy. Naprawdę na to liczyłem! Okazało się, że spokojnie można wrócić do domu i przyjechać o 12.00, gdy uroczystości się zaczynały. Gdy przyjechałem w południe, wciąż były wolne miejsca do parkowania, a Plac praktycznie pusty. Większość zebranych stanowiła obsługa i dziennikarze. Wstyd!

Ponieważ byłem jedyną osobą z flagą, stałem się wdzięcznym obiektem dla fotoreporterów, więc proszę się nie przestraszyć, jeżeli zobaczycie mnie w jakichś "Aktualnościach", czy w lokalnym dodatku do którejś z gazet. Przeprowadziła też ze mną wywiad pani z radia "Złote Przeboje" oraz dziennikarka "Gazety Wyborczej".

Bareja by lepiej tego nie wymyślił...

Jedyna pociecha, że udało mi się nawiązać nowy kontakt z braćmi i siostrami z Pomocy Maltańskiej, do której należę od jakichś 10 lat, a z którą dawno nie miałem kontaktu. W maju odnowię sobie kurs ratownictwa medycznego.

wtorek, kwietnia 13, 2010

Mój Prezydent nie żyje



Ta straszna wiadomość dotarła do mnie o 8.40 czasu angielskiego przy stacji metra Hatton Cross, na zachód od Londynu. Chwilę wcześniej przejeżdżałem autokarem koło lotniska Heathrow i mówiłem do towarzyszy podróży jaka ta lotnicza technologia precyzyjna, jaka bezpieczna. Nad Heathrow nieustannie lądują i startują samoloty.

Tam zawiódł jednak najpewniej człowiek. Przyjaciółka napisała w SMS-ie: "Samolot w ktorym prezydent i politycy lecieli do Katynia zahaczyl o drzewo, spadl i sie zapalil. Trwa gaszenie i ratowanie ofiar...". O 10.18 wiedziałem już: "Nikt nie przezyl". Jechaliśmy zwiedzać Londyn, a nowe wiadomości nadchodziły. I ani jedna chwila w gorgeous, fabulous oraz triumphant Londynie nie mogła cieszyć. Cień samolotu TU-154M opadł na ten dzień i na dni następne. Tomek i Klaudia wysyłali mi kolejne nowe informacje o zabitych, Jola wysłała chyba z kilkanaście SMS-ów, relacjonując godzina po godzinie to, co działo się w Polsce. Wieczorem z naszą angielską gospodynią, panią Janette, oglądaliśmy wiadomości BBC. Rozpłakałem się... Kolejnego dnia z innymi Polakami uczciliśmy ofiary tragedii dwiema minutami ciszy i modlitwą (staliśmy na trawniku przed Królewskim Muzeum Morskim w Greenwich, było to o 11.00 czasu angielskiego, czyli o 12.00 polskiego).

Bałem się powrotu do Polski. I słusznie. Chwilę po przyjeździe do domu stałem się wpierw świadkiem, a potem uczestnikiem (o "pokrwawionych" pięściach) internetowej bitwy "o Wawel" na Facebooku. Zalew hipokryzji w mediach (które dopiero co szczuły na Kaczyńskich, a dziś słodzą tak, że rzygać się chce) i te gierki pismaków, z puszczaniem oka do rządnej krwi gawiedzi. Nie do zniesienia. Myślałem, że wszyscy pochylimy się nad tajemnicą śmierci, że ten tydzień minie w ciszy, że winni nienawistnych kampanii upadną na kolana i przeproszą... Złudne nadzieje.

Lech Kaczyński, mój Prezydent, nigdy nie poddał się dyktatowi PR-u. Był facetem z krwi i kości. Wielkim patriotą, który nie dbał o medialny wizerunek. I chyba okazał się bezbronny wobec "partii anty-PiS", w której szeregach prócz polityków, znalazło się tylu stronniczych dziennikarzy, okrutnych internautów i bezmyślnej młodzieży. To, jak niszczono tego człowieka i jego środowisko polityczne nie ma w polskiej polityce precedensu (choć podobnie walono w czerep prezydenta Wałęsę, zanim stał się pupilkiem "salonu"). Musiał tragicznie zginąć, żeby doczekać się trochę szacunku w prasie, telewizji i radiu.

Spotkałem go tylko raz. Zupełnie przypadkowo. Kilka lat temu odwiedzaliśmy z młodzieżą z Mysłowic Wiedeń, Brno oraz Morawski Kras. Media polskie były już bardzo źle nastawione do Lecha Kaczyńskiego, a ja byłem na etapie oglądania TVN24, więc skąd miałem się dowiedzieć o zjeździe prezydentów Europy Środkowo-Wschodniej i Południowo-Wschodniej na zaproszenie Vaclava Klausa? Spacerowaliśmy po ulicach gotyckiego i secesyjnego Brna i nagle okazało się, że na rynku rozpoczyna się przemarsz całej plejady prezydentów. Policja oddzielała nas, przechodniów, od znanych polityków, a oni wyluzowani, uśmiechnięci pozdrawiali ludność Brna i turystów. Nasze dzieciaki, choć za Prezydentem ponoć nie przepadały, podbiegły do kordonu i zaczęły wołać: "Panie prezydencie! Panie prezydencie!", a pan Lech Kaczyński razem z Klausem podszedł do nas i zaczął wypytywać, skąd jesteśmy (z tego zdarzenia zapamiętałem szczególnie uścisk wielkiej, pulchnej i trochę spoconej dłoni Prezydenta Republiki Czeskiej). Gdy nasza młodzież poprosiła o wspólną fotografię, pan Kaczyński wpuścił całą grupkę za linię ochroniarzy i z uśmiechem na opalonej, sympatycznej twarzy zapozował do zdjęcia. Był średniego wzrostu (nie tak, jak na chamskich fotomontażach w necie, gdzie z naszego Prezydenta robiono wtedy karzełka), ale uczennice ostatnich klas gimnazjum przewyższały go i dlatego moment, gdy objęły go i przytuliły zapamiętałem tak sympatycznie. Miły, kulturalny, serdeczny człowiek. Zupełnie inny niż ten sztywniak, którego pokazywano w telewizji.

Dodam jeszcze, że nie wierzę w żaden rosyjski czy tuskowy spisek. Cieszy mnie też nienaganne zachowanie rosyjskich władz (jakże inne od tego, które zawiodło nasze oczekiwania 7 kwietnia). Wybieram się na pogrzeb Pary Prezydenckiej do Krakowa i jestem szczęśliwy, że ci wielcy patrioci pochowani zostaną w krypcie na Wawelu.

Aha, jeszcze jedno. W pierwszej turze głosowałem na Tuska. Wierzyłem wtedy, że i tak powstanie koalicja PO-PiS, a obecny premier wydawał mi się "bardziej reprezentacyjny". W drugiej turze głosowałem już na pana Lecha Kaczyńskiego. Ujęła mnie jego charyzma i wiara we własne ideały. Tusk przegrał w moich oczach tym pozerskim ślubem kościelnym w środku kampanii wyborczej. Żenada...

Na balkonie wisi flaga (czemu na moim, całkiem sporym osiedlu wisi tylko jedna flaga?!), na stole zdjęcie Pary Prezydenckiej w ramce z czarną wstążką. Jutro na antenie auta zawisną biało-czerwono-czarne wstążeczki. Włączam się w tygodniową żałobę... Niech wszyscy polegli w katastrofie lotniczej odnajdą drogę do Pana!

wtorek, kwietnia 06, 2010

Wojna światów


Od czwartku będę przez tydzień mieszkał w Woking, w zachodniej części Surrey w Anglii. Cieszę się, bo jest to bardzo ciekawe miasto. W nim właśnie H. G. Wells umieścił akcję swojej Wojny światów. W Woking wylądowali literaccy Marsjanie. Poszukam tam jakichś śladów tych literackich powiązań.

Inna "wojna światów" dotyczy zmagań tego świata z Królestwem Bożym. Bezsilność i wielki smutek mnie ogarnia, gdy widzę zmasowany atak tego świata na Kościół. Tępa nienawiść od ataków na następców św. Piotra (obecnego i poprzedniego), przez mordowanie chrześcijan w krajach Azji i Afryki przy głuchocie światowych mediów, po zwykłe akty wandalizmu. Ostatnio przy katowickim kościele Oblatów oglądałem potarganą i pociętą wystawę na temat masowego mordu na nienarodzonych ludziach (eufemistycznie nazywa się to aborcją). Jeżeli nie wierzysz w to, że jest tylko jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół, to zobacz, kogo ten świat najbardziej nienawidzi. A ogólny wydźwięk tej refleksji jest jak najbardziej optymistyczny. Żyjemy w dniach ostatnich i oczekujemy Jego nadejścia w chwale. Maranatha!

Każdy ma jakąś Tradycję...


Przez życzliwość i przyjaźń w Chrystusie z chłopakiem, którego poznałem na naszym forum tolkienowskim (który w ciągu ostatnich lat z chrześcijanina w Kościele katolickim stał się chrześcijaninem poza widzialnym Kościołem, w maleńkiej wspólnocie o charakterze protestancko-ewangelikalnym) zaglądam czasem na pewne heretyckie* forum. Dość zjadliwie antykatolickie. Mam dwa wnioski z lektur tamtejszych dyskusji. Po pierwsze protestanci są dla Kościoła prawdziwym "biczem Bożym" od kilku już stuleci. I dziś ich nieprzejednana krytyka prawdziwego Kościoła (katolickiego oraz prawosławnego, które trwają dziś tylko w częściowo widocznej jedności) oraz jednoznaczne pytania, które uderzają w depozyt wiary, strzeżony przez Kościół, zmuszają nas do przemyślenia tego, w co wierzymy i umocnienia tego, co mamy przekazywać pogańskiemu i heretyckiemu światu - temu światu...

Po drugie, czytając jak naigrawają się oni z Tradycji, której strzeże Kościół, dochodzę do wniosku, że każdy ma taką Tradycję, na jaką zasłużył i jaką chce mieć. Tradycja to klucz do odczytywania Pisma Świętego. Nasza, katolicko-prawosławna Tradycja ma już prawie 2 tys. lat. Ich tradycja miewa czasem rok czy dekadę, czasem kilka stuleci. Stróżem naszej Tradycji jest Jezusowy Kościół, oni Tworzą sobie swoje tradycje (czyli klucze interpretacyjne Pisma) na poczekaniu, w rozproszeniu tysięcy "kościołów". Uderz w pasterza, a owce się rozpierzchną (por. Mt 26,31) - czy nie jest zastanawiające, że od wystąpienia Husa, Lutra czy Kalwina rozproszenie w tamtej części Owczarni jest tak rozległe i ciągle się poszerza? Protestanci (w tym chrześcijanie ewangelikalni) mówią: solo Scruptura, a w tym samym momencie odwołują się do swojego subiektywnego, często ahistorycznego, zubożonego klucza interpretacyjnego - własnej tradycji.

Cieszę się jednak, że mam swoich braci protestantów. Dzięki nim lepiej rozumiem swoją wiarę i mocniej wychwalam Pana, który króluje w swoim Kościele.

* Słów herezja i heretycki nie chcę używać w ich pejoratywnym sensie. Ale że ewangelikałowie lubią dosłowność, wracam do tych zapomnianych terminów. Znaczą one dla mnie 'odłączony od Kościoła Powszechnego'.

Narodziłem się powtórnie


Poniższy tekst jest przeredagowanym wpisem z chrześcijańskiego działu forum Elendilich - z Bractwa św. Brendana.

Chrystus Jezus powiedział do bogobojnego Nikodema:

Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi powtórnie, nie może ujrzeć Królestwa Bożego (J 3,3).

Wyrośli z protestantyzmu chrześcijanie ewangelikalni podkreślają dziś ze szczególnym naciskiem, że "narodzenie się na nowo" to warunek niezbędny do zbawienia. Pamiętam pewne wydarzenie z forum Elendilich. Jeden z Elendilich - brat z ewangelikalnej wspólnoty nie-katolickiej - zadał wprost innemu użytkownikowi - chrześcijaninowi katolikowi - pytanie o to, czy aby na pewno ten ostatni "narodził się on na nowo". Słowa te wywołały na forum niesmak i pozostawiły po sobie urazy... Ale przecież takie pytanie jest jak najbardziej słuszne, o ile jego zadanie nie jest związane z "ucieraniem nosa", arogancją i wywyższaniem się ponad innych...

Protestanci z nowych ruchów ewangelikalnych pytają często o to, czy pamiętamy moment, gdy narodziliśmy się powtórnie, co oznacza przede wszystkim: czy pamięta się moment w życiu, gdy Chrystusa uznało się za swojego króla i osobistego zbawiciela. Dla niektórych odłączonych od Kościoła katolickiego (czy prawosławnego) chrześcijan znakiem takiego "narodzenia na nowo" jest przyjęcie chrztu (przy uznaniu, że chrzest w Kościołach katolickim czy prawosławnym nie jest dla tych ludzi ważny).

Chciałbym sam opowiedzieć kilka słów o swoim narodzeniu się powtórnym, swojej metanoi, która była zasadniczym zwrotem w moim życiu, i która upewnia mnie, że jak inni chrześcijanie z Kościoła katolickiego jestem - mówiąc językiem św. Pawła - święty, że już tu moim udziałem jest Królestwo Niebieskie, i że Pan mnie wybawił od śmierci i grzechu. Chciałbym też poprosić innych chrześcijan w tej grupie o opowiedzenie o swoim doświadczeniu powtórnych narodzin do Królestwa Niebieskiego.

Choć ochrzczono mnie 36 lat temu w czasach mojego niemowlęctwa i chrzest był dla mnie aktem nieświadomym, to wiem, że decyzja wolnej woli, która jest niezbędna do metanoi dokonuje się w moim życiu stale - jest jakby ciągłym aktem upomnienia, nawrócenia, odnowy. Z mojej perspektywy chrzest, czyli zanurzenie w śmierci Jezusa aby narodzić się wraz z Zmartwychwstałym do nowego życia, jest jednym dokonującym się stale aktem, który wspierają inne dary sakramentalne: spowiedź i Eucharystia, a w czasach świadomych wyborów okresu nastoletniego umocnienie postanowień chrzcielnych w momencie bierzmowania i świadomy akt przyjęcia zobowiązań małżeńskich w dniu ślubu. Powtarzam też postanowienia chrzcielne co rok w czasie Paschy. Oczywiście to wszystko może być pustym aktem, zewnętrznym gestem, którego nie wypełnia duchowa treść. Wiem jednak, że dla mnie te decyzje o nawróceniu są świadomym wyborem - ustawieniem Pana Chrystusa Jezusa na pierwszym miejscu w moim życiu. Nie ma przy tym wielkich fajerwerków. W moim życiu Pan przychodzi w "szmerze łagodnego powiewu" (1Krl 19,12).

Z mojego doświadczenia wynika, że narodzenie się powtórnie nie daje gwarancji, że wola ludzka nie wybierze któregoś dnia autarkii (gdy zamiast uznać, że zależy się od Boga, człowiek złudnie wierzy w samostanowienie i samodzielność). Co więcej, żadna metanoja nie gwarantuje, że w zasadniczym momencie śmierci człowiek nie odwróci się od swojego Zbawiciela i nie wybierze życia wiecznego w piekle (piekłem jest dla mnie niewyobrażalne cierpienie, które jest karą odwrócenia się od Boga, którą zadać sobie możemy tylko własną decyzją, która trwa wiecznie i dokonuje się w całkowitym oderwaniu od Boga - nikt za życia takiego oderwania nie odczuwa, nawet największy ateusz czy satanista). Myślę, że każdy, kto narodził się na nowo, wie wciąż co to jest niewierność Bogu, grzech, bunt, nieczystość. A jednak przylgnięcie do Pana sprawia, że zło naszych myśli i czynów nie oddziela nas już od Źródła Życia i zawsze łatwiej uderzyć się w pierś, uznać swój grzech i przyjmować stale dar Królestwa Niebieskiego.

Gdyby zapytał mnie o swoje powtórne narodziny ewangelikał, wspomnieć mogę pewien letni dzień lat 90., w burgundzkiej wiosce Taizé, w romańskim kościółku, gdy w samotności tzw. "Grupy Ciszy" (rodzaj pogłębionych rekolekcji, przeżywanych w tygodniowym milczeniu) wyznałem Panu, że bez Niego umrę duchowo, że tylko On jest moim władcą i zbawcą, że jestem we władaniu grzechu, a tylko On może mnie z niego wyciągnąć. I wiem, że od tamtej chwili, która była owocem mojego nieświadomego chrztu, wychowania wyniesionego z chrześcijańskiego domu moich rodziców, z lektur i rozmów, z świadomie przeżytego bierzmowania, z modlitw moich za innych i innych za mnie (wliczając w to mojego anioła, moją Matkę, Maryję, moich świętych patronów), dokonał się PRZEŁOM, wspaniała EUKATASTROFA mojego życia. Wiem już, co to jest narodzić się powtórnie i chcę z tego miejsca dać świadectwo, że dla mnie to zdarzenie nie mogłoby się dokonać bez mojego wyrośnięcia w Ciele Chrystusa, którym jest jeden, święty, powszechny i apostolski hebr. Kahal, gr. Ekklesia - Kościół katolicki.

Wyznaję jeden chrzest na odpuszczenie grzechów i oczekuję wskrzeszenia umarłych i życia wiecznego w przyszłym świecie. Amen

piątek, marca 19, 2010

O wyższości święta Zwiastowania nad świętami Bożego Narodzenia



Wyrównaj do środka
Już za kilka dni, 25 marca, wspomnimy w kościołach Zwiastowanie Pańskie.

Za małą wagę, moim zdaniem, Kościół (czyli my) przykłada do tego święta. W naszym roku liturgicznym dużo większą celebracją i atencją cieszy się Boże Narodzenie (inaczej jest w Kościele prawosławnym, gdzie Zwiastowania nie przenosi się na inny dzień z powodu Wielkiego Tygodnia, gdzie jest specjalna piękna liturgia Zwiastowania itd.). A jednak najważniejszy fakt w dziejach Wszechświata, WCIELENIE Syna Bożego, nastąpiło w wiosce Nazaret na 9 miesięcy przed betlejemskim Bożym Narodzeniem. Samo Narodzenie miało znaczenie jako epifania Pana, ukazanie się poza łonem Matki, ukazanie się światu - Izraelowi (Miryam/Maryja, Yosef/Józef, pasterze) i poganom/gojom (Mędrcy ze Wschodu). Ale "Słowo ciałem się stało" w łonie Maryi w dniu, który nazywamy Zwiastowaniem.

Dlaczego tak słabo podkreślamy ten fakt? Tym bardziej, że dziś musimy być tak często świadkami, którzy krzyczą światu o krzywdzie zabijanych w łonach matek nienarodzonych (według danych Gościa Niedzielnego w roku 2008 zabito w Europie 2,9 mln poczętych dzieci, co daje 327 istnień ludzkich na godzinę i 7468 bezbronnych dzieci na dzień). Dzień, w którym dokonało się Wcielenie, dzień w którym po słowach "Niech się stanie!" Maryja stała się Bogurodzicą powinien być dziś szczególnie świętowany.

niedziela, marca 14, 2010

Lætáre, Ierúsalem...



Wyrównaj do środka
Lætáre, Ierúsalem, et convéntum fácite omnes qui dilígitis eam: gaudéte cum lætítia, qui in tristítia fuístis: ut exsultétis et satiémini ab ubéribus consolatiónis vestræ.
Lætátus sum in his quæ dicta sunt mihi: in domum Dómini íbimus.

Wesel się, Jeruzalem! A wszyscy, którzy ją miłujecie, śpieszcie tu gromadnie. Cieszcie się i weselcie, którzyście się smucili, radujcie się i nasyćcie się z piersi pociechy waszej.

Uradowałem się, gdy mi powiedziano : Pójdziemy do domu Pańskiego.

Właśnie się kończy IV niedziela Wielkiego Postu. Nazywa się ją niedzielą Lætáre od tekstu powyższego introitu. Gdy kapłan rekolekcjonista, ojciec Zbigniew Górecki SI (słuchałem dziś rekolekcji parafialnych u św. Tomasza na sosnowieckiej Pogoni), czytał dziś z Ewangelii przypowieść o "Synu Marnotrawnym" (którą powinniśmy raczej nazywać przypowieścią o "Dobrym Ojcu"), przypomniała mi się piękna dalekowschodnia opowieść, którą usłyszałem kiedyś w Taizé. W opowieści tamtej mamy podobną sytuację - syn odchodzi od kochającego ojca, zabiera swój dział majątku i wszystko trwoni. W tej buddyjskiej historii syn z biedy popada w niewolę i dostaje się na ciężkie roboty w głębokiej kopalni. A kochający ojciec rusza na poszukiwanie syna i odnajduje go w brudzie i ciemności kopalnianych głębin, żeby go uściskać, powiedzieć mu, jak bardzo tęsknił i jak mocno kocha i wydobyć go z niewoli...

Czytam ostatnio potwornego gniota pseudoreligioznawczego, czyli Białą Boginię Roberta Gravesa. Wyznanie wiary w boginię-matkę, które oparte jest na rzekomym objawieniu, a wspiera się na prawdziwym misz-maszu różnych idei, skojarzeń, pseudohistorycznych dywagacji oraz na etymologiach ludowych, które urągają rozsądkowi. Graves przechodzi od religii do religii, od idei do idei. Nie ma tam przestrzeni geograficznych i czasowych. Wszystko łączy się w umyśle poety w jedno - świat religii celtyckich, klasycznych i idee judeo-chrześcijańskie. Kiedyś czytałem jego Króla Jezusa, istną matkę herezji, które dziś znajdziecie w dziełach od Świętego Graala, świętej krwi po kryminały Dana Browna. Biała Bogini ukazuje pełne tło tamtych historii. Myślę, że warto dziś poznawać tego typu książki. Są niczym szczepionka przeciw bardziej subtelnym herezjom, które wsączają się w umysły współczesnych poprzez kulturę masową. Gdy usłyszymy ten bełkot w pełnej jego marności i głupocie, łatwiej potem uchronić wyobraźnię i pamięć.

Ten Wielki Post przeżywam mając w pamięci ciekawą książkę Gaimana pt. Amerykańscy bogowie. Ci amerykańscy bogowie to raczej amerykańskie demony, które tak bardzo przypominają demonicznych bożków naszej polskiej współczesności: bożka politycznej poprawności, bożka medialnego, bożka hedonizmu i posiadania, bożka lubieżności itd.

Po lekturze Ewodkimowa (Sztuka ikony, teologia piękna) oraz Iriny Jazykowej (Świat ikony) lepiej zrozumiałem znaczenie ikon. Szukam teraz w sztuce sakralnej Zachodu wyobrażeń graficznych, które mogą być oknem na Wieczność. Może macie jakieś kandydatury? U Jazykowej (ale i Ewdokimowa) poczytałem też o historii ikonostasu, który rozwinął się z przegrody ołtarzowej świątyń bizantyńskich, tzw. templonu. Na Zachodzie ten element świątyni wyewoluował w tzw. balaski, które zniknęły z naszych kościołów po Soborze Watykańskim II. I chyba jednak moja świątynia to kościół bez tych przegród, które fizycznie oddzielają prezbiterium z ołtarzem od nawy, w której przebywają podczas Mszy wierni. Uwielbiam wystrój dawnych kościołów i współczesnych cerkwi i rozumiem symbolikę tradycyjnego Domu Bożego. Doceniam historyczne formy liturgiczne i architektoniczne, ale jednocześnie rozumiem i kocham to, co Kościół daje nam dziś. Novus Ordo, nowe formy architektoniczne, nowa sztuka sakralna - wszystko może być dobre, święte i prowadzące ku Chrystusowi o ile jest sprawowane godnie, z dbałością i szacunkiem, umiłowaniem piękna i rozwagą. Kolejna książka na Wielki Post to Duch liturgii kardynała Ratzingera, dziś naszego Ojca Świętego - w pełni utożsamiam się z jego dążeniem do oczyszczenia naszych kościelnych obyczajów...


poniedziałek, marca 01, 2010

Całkiem inny luty...














Kilka zdjęć z mojej ostatniej pielgrzymki do Ziemi Świętej. Fotki robione aparatem z telefonu Samsung Ultra Style. Petra, Wadi Rum, Jerozolima, Autonomia Palestyńska. Szalom! Salam!

Zapiski ze Świętej Ziemi


Po dwóch latach wróciłem do Izraela, Autonomii Palestyńskiej i Jordanii. Błogosławiona pielgrzymka wpierw z wiernymi Diecezji Sosnowieckiej, potem z mysłowickich Morgów w Diecezji Katowickiej. Moją wcześniejszą relację z roku 2008 znajdziecie tutaj: część 1, część 2, część 3, część 4. Brak polskich liter spowodowany jest tym, że relacja pisana była na pocket PC w Word Mobile.

Dzien 1 (8 lutego 2010)

Wczesnym popoludniem ruszylismy poprzez sniegi mroznego lutego (dzis mamy w Polsce ok. -7 st.) na poludnie, do Pannoni, w kierunku podbudapesztanskiego lotniska, skad samolotem polecimy do Izraela. Zaczyna sie moja druga pielgrzymka do Bozej Palestyny, do krainy, w ktorej slady pozostawili Patriarchowie, Prorocy oraz Bog-Czlowiek, Chrystus Jezus. Ciesze sie, ze znowu moge pisac dla Was relacje. W tym roku jade do Ziemi Swietej w charakterze tlumacza. Bede tez pilnowal realizacji programu. W polowie mojego 16-dniowego pobytu w Izraelu i Jordanii, dolacze do grupy z Myslowic, w ktorej bedzie moja mama.

Jedziemy przez Slask, Czechy i Slowacje. Wszedzie panuje snieg i mroz. Ciezkie olowiane niebo zamknelo sie nad nami, jak wieko szarego pudelka. Na szczescie od srody ma w Izraelu zapanowac slonce, blekit niebianski i cieplo.

Niezwykla jest ta wszechpanujaca biel, samodzierzawie sniegu, ktore siega po poludniowe rubieze Slowacji. Mala epoka lodowa na miare naszych czasow. Mijamy Zyline, Banska Bystrzyce, Zvolen. Zmierzamy do przydroznej restauracji, ale czasu coraz mniej. Chcemy zdazyc przed 22.00, bo odlot mamy o 23.40.

W restauracji kotlet schabowy z frytkami, herbata. Proste ale tresciwe jadlo.

W terminalu B lotniska Ferihegy pustki. Niewiele wylatuje o tej porze samolotow. Dopiero po check-in zobaczymy, kto z nami leci. Ladne, przestronne i funkcjonalne wnetrze. Jeszcze kilka minut i podejdziemy z paszportami i bagazem. Jeszcze ostatnie przygotowania. Goraczka - zafoliowac kolka czy uchwyty, a moze caly bagaz? A jak zafoliowany bagaz wzbudzi niesluszne podejrzenia? Wszyscy sa troche poddenerwowani. Reisefieber udziela sie chyba kazdemu.

Startujemy prawie o czasie. Maly boeing, ale nie bardzo niewygodny. Po fajnym posilku (cieple buleczki z maslem, salatka, gorace koszerne mieso z ryzem i warzywami, kawa, sok, wino) zasypiam.

Dzien 2 (9 lutego)

Lotnisko Ben Guriona w Tel Avivie wita nas goscinnymi, przestronnymi przestrzeniami. Wszedzie mlodziutcy ludzie z obslugi, szybka odprawa, bagaze nie zniszczone. Potem lazienki. Poranna toaleta. Przebieramy sie. Widac, ze najprostsze zajecia wykonuja jak wszedzie imigranci. Nawet jezeli sa zydowskimi Falaszami. Ciemna skora jest tak czesto na swiecie oznaka tych tzw. "niewidzialnych".

Dzis ruszamy do Jaffy, Hajfy i Akko. Potem lunch w Nazarecie i zwiedzanie miasta Swietej Rodziny. Jest 4.45. Ruszamy fajnym mercedesem z kierowca Sayidem. Rzadko sie zdarza miec tak dobry czas.

W Tel Avivie cieplo. Dyskretna zielen w ciemnosciach wiosennej nocy. Piekne podswietlone kwieciste kompozycje. Jaka odmiana po mrozach polskiej zimy! Przejezdzamy do Jaffy, dzielnicy wspolczesnego Tel Avivu, ktora jako starozytne miasto ma juz 4 tysiace lat. W nocy podswietlone kamienne domy, koscioly, meczety i synagogi. Wszedzie palmy, wszedzie rozochocone koty. Zatrzymujemy sie kolo imponujacego kosciola, ktory stoi na miejscu domu, w ktorym Kefas Piotr uzdrowil chora. Budzi sie zycie. Okolo 6.00 jest juz spory ruch. Ludzie prace zaczynaja zwykle o 6.30-7.00, dlatego kolo siodmej sa najwieksze korki. Jedziemy wzdluz Morza na polnoc, w kierunku Hajfy. O 7.00 mamy tam Msze na Gorze Karmel, w kosciele Stella Maris. W drodze przysypiamy. Ladna autostrada, rowna nawierzchnia. Na 10 minut stajemy blisko Cezarei Nadmorskiej, przy monumentalnych resztkach akweduktu. To co z niego pozostalo to luk za lukiem, wzdluz plazy, na dlugosci 15 km. Do kosciola najwyrazniej sie spoznimy, ale przewodnika Jacka i ks. Krzysztofa to nie martwi.

Nie jest cieplo. Wzburzone fale, grzywiaste i spienione, niebo zachmurzone. Jest 6.50 i nastal juz dzien. Jedziemy blisko ruin antycznej stolicy tych ziem, zbudowanej przez Heroda Cezarei. Dzis jest to sliczna okolica, zabudowana niskimi willami i osiedlami apartamentowcow. Wielkie bogactwo roslinnosci srodziemnomorskiej. Sciezki, ladne drogi, kilku biegaczy na porannym joggingu w wiosennych kroplach deszczu.

Zdazamy na Karmel. Tam czeka na nas goscinny kosciol, w ktorym przezywamy nasza Msze (a hostia i wino staje sie moim sniadaniem duchowym i jak najbardziej materialnym). Czeka tam tez na nas goscinny i dobry ojciec Jan Kanty, karmelita z Polski. Po ogladaniu widokow malowniczej Hajfy i zyznych ogrodow bahaistow, podazamy do Akko, sredniowiecznej twierdzy krzyzowcow. Akko robi na mnie wielkie wrazenie. Miasteczko nadmorskie jakby wyciagniete z filmu "Krolestwo niebieskie". Solidne mury nad morzem, siec tuneli, przestronne sale twierdzy, nakryte romansko-gotyckimi sklepieniami, wspanialy, pachnacy korzeniami i argila arabski suk, bogactwo ryb na chlodzonych lodem ladach. I pyszna kawa z kardamonem. Nie pijam tu zadnych espresso czy cappucino. Tylko oryginalne arabskie lub zydowskie frykasy.

Jadac do Nazaretu na lunch zwracam uwage na paradoks. Galilea, w ktora wjezdzamy, wydaje sie dzis, po doswiadczeniach naszej zimy, kraina zyzna, zielona - zyzniejsza i zielensza od Polski. A przeciez za pol roku to wszystko sie zmieni! Polska bedzie obfitowac soczysto-zielono, a Izrael bedzie wysychal w promieniach goracego slonca. Jest dzis bardzo cieplo. Moze nawet z 25 st.

W hotelu mile przyjecie, pokoje gotowe. Mieszkalem juz w Hotelu Galilea, ale uwazam ze zmienilo sie tu na korzysc. Dostalismy pokoje na czwartej, dobudowanej niedawno kondygnacji. Na lunchu, ktory zamowilismy dla naszej zmeczonej i glodnej grupy, dowiadujemy sie, ze pani Maria zgubila gdzies paszport. I tak zajadajac makaron, a potem rybe, pite, warzywa, zaczynamy wydzwaniac do naszego arabskiego kontrahenta, na lotnisko, do konsula. Paszport zgubiony nie wiadomo gdzie, trzeba wiec najszybciej jak sie da wyrobic nowy.

Po obiedzie odpoczynek, krotki sen, a o 15.30 ruszamy na spacer do centrum Nazaretu. Mijajac restauracyjki, sklepy pachnace argila i przyprawami dochodzimy do Bazyliki Zwiastowania, ktorej nowoczesne mury kryja resztki domu, w ktorym mieszkala wpierw Miriam Dziewica z rodzicami, a potem ze swoim mezem i Synem. To tu Niepokalana wypowiedziala najwazniejsze w ludzkich dziejach slowa: "Niech sie stanie!". Wokol bazyliki muzulmanskie transparenty, ktore nawoluja chrzescijan do "nawrocenia" na islam. To echo sporu, ktory relacjonowaly swego czasu media. Muzulmanie, ktorzy dominuja w Nazarecie, chca zbudowac tu meczet, ktory zdominuje krajobraz miasta. Potem idziemy do kosciola sw. Jozefa i do prawoslawnej cerkwi, ktora kryje studnie, uzywana przez Swieta Rodzine. Moje zdolnosci mediacyjne i nieskrywana sympatia dla prawoslawnych powoduja, ze przyjmuja nas tam wyjatkowo goscinnie. A potem powrot do hotelu, rozesmiane i zaciekawione spojrzenia mlodych Arabek, pozdrowienie Salam! przy kawiarniach pachnacych kardamonem. Krotki sen i kolacja. Kurczak, cienki bezsmakowy rosol, ale smaczne warzywa, puree, ostry sos, piwo Makabee. Wszystko na juro ustalone. Ja jade z pania Maria i jej kolezanka do stolicy, zalatwic paszport, a grupa realizuje swoj program w Galilei.

Czytam jeszcze kilka stron z Ewdokimowa i zasypiam na... 10 godzin.

Dzien 3 (10 lutego)

Wczesna pobudka, dobre sniadanie (pita, bulka, platki, ser, plaster jakiejs wedliny, oliwki, kawa). Po 7.00 podjezdza taksi. Ruszamy w droge z milym starszym panem, ktory slabo zna sie na angielskim i obsludze GPS-a. Jedziemy na poludniowy zachod, do Tel Avivu, stolicy panstwa Izrael. Arabski swiat ustepuje miejsca zydowskiemu. Zblizamy sie do centrum Tel Avivu, Wzgorza Wiosny. Bujna zielen, palmy, egzotyczne ogrody i ogrodki na patio nowoczesnych biurowcow i na tarasach wysokosciowcow. W samochodach - a zadne niskiej klasy - ludzie o europejskim wygladzie. Szerokie wielopasmowe aleje, a mimo to duzy trafik. Jest 9.00 - godzina porannego szczytu. Piekne miasto, choc pozbawione starych zabytkow. Mieszkancy, potomkowie zydowskich osadnikow z Europy i Ameryki na pewno sa dumni ze swojego nadmorskiego Tel Avivu. Wjazd przypomina Madryt lub Barcelone. Mamy sloneczny i bezchmurny poranek. Bedzie goracy dzien.

Zmierzamy na ulice Soutine nr 16, gdzie znajduje sie polska ambasada. Jedziemy ulica Namir. Ruch coraz bardziej uciazliwy, ale kierowcy tylko troche temperamentni. Jest spkojniej niz np. we Wloszech. Niewiele klaksonow jak na kraj poludnia. Mijamy zielone przestrzenie parkow, wjezdzamy miedzy bardzo wysokie, fantazyjne apartamentowce. Na przystankach mnostwo europejskich typow. Jaka odmiana po zdominowanej przez orientalna arabska kulture prowincji. Bardzo czyste chodniki, swietna nawierchnia ulic. Ale dostrzega sie tez biede. O, jakas siwiutka starsza pani szuka w pojemnikach na smieci. Same hebrajskie napisy. Tu niewielu mieszka Arabow.

W ambasadzie sprawy ida szybko. Mila obsluga, pan konsul bardzo pomocny. Ciekawe jest spotkac tu polskich Zydow, ktorzy piekna polszczyzna z lekkim wschodnim akcentem zalatwiaja tu dla siebie polskie dokumenty, np. nadanie numeru PESEL, nadanie polskiego obywatelstwa. Ciekawe ulotki i publikacje o Polsce. Nasze wladze staraja sie zaprezentowac ojczyzne jak najkorzystniej. Jest to na pewno bardzo trudne, gdy wspomnienie holokaustu jest tak silne u zydowskich rodzin. Ksiazki, filmy dvd, informacje. W drodze do fotografa widzimy ciekawe zdarzenie, na szczescie bez ofiar. Autobus o wysokosci ok. 3,6 m wjechal pod wiadukt wysokosci 2,9 m. Efekt latwo sobie wyobrazic. W kantorze wymiany walut ucze sie nowego slowa po hebrajsku: toda! 'dziekuje' (obok shalom 'pokoj z toba; witaj' kolejne wazne slowo). Dobry kurs - 3,7 szekli za dolara. Tel Aviv jawi mi sie jako miasto, w ktorym wygodnie sie zyje. Ludzie sa tu mili. Czuje sie pewien polski klimat, bo przeciez wielu mieszkancow to polscy zydzi, ktorych zawieruchy XX w. zagnaly tak daleko, nad Morze Srodziemne. Czekajac na paszport naliczylismy okolo 10 Izraelczykow, ktorzy zaczynali zalatwiac polskie obywatelstwo. Wielu z nich nie mowilo po polsku. Ladna dziewczyna o czarnych oczach i wlosach stoi wlasnie przy okienku. Co powoduje, ze potomkowie Zydow z Polski chca miec polski paszport? Nostalgia i ciekawosc? Chec odzyskania utraconej wlasnosci? Utraconej tozsamosci? Zabezpieczenie sie na przyszlosc, gdy Bliski Wschod jest dla Zydow coraz mniej goscinny, a Polska otwarta jak dawniej. Konsulat dziala sprawnie, urzednicy sa uprzejmi i nie bardzo urzedowi, a sprawy maja trudne. Caly czas przychodza nowi ludzie. Caly czas ktos ma pytanie, sklada wniosek, cos zalatwia. W koncu mamy paszport tymczasowy. Cale zalatwianie z wizyta u fotografa trwalo zaledwie dwie i pol godziny. Wracamy do Nazaretu.

Mnostwo zmilitaryzowanej mlodziezy. Okolo 18 roku zycia obowiazkowa sluzbe wojskowa odbywaja chlopcy (3 lata) i dziewczyny (2 lata). Jest bardzo cieplo - ok. 25 st. Ruch wciaz spory. Mysle jak spedzic reszte dnia. Grupa wroci dopiero okolo 19.00.

Na drogach duzo mazd, hyundai, calkiem sporo nissanow i hond. Izraelczycy, Zydzi i Palestynczycy lubia japonskie auta. Dominuje srebrny metalic. Mieszkancy tego kraju nie sa "modni" - dominuje praktycyzm w stroju, a u muzulmanow tradycjonalizm. Palestynki nosza dlugie odzienia i chusty. Wiele kobiet za kierownica. Rowniez Palestynek w tradycyjnych chustach. Na pewno Palestynskie kobiety maja tu rowniejszy status z mezczyznami niz w innych krajach Bliskiego Wschodu. Nasz kierowca pedzi na zlamanie karku. Pewnie spieszy mu sie na obiad. Zaplacimy za te podroz 220 dolarow. Fajnie, kupil dla nas mandarynki. Ale duze i pyszne! Mijamy zielone wzgorza, owocujace juz teraz sady, osiedla, wioski, przejezdzamy kolo Meggido czyli apokaliptycznego Armageddonu. Piekna jest wiosna w Palestynie.

Zblizamy sie do Nazaretu, zanim znajdziemy sie w nowoczesnym tunelu, widzimy po prawej wyniosla Gore Tabor, Gore Przemienienia. Wspaniale jasnieje w blasku poludnia. A ja dopiero co czytalem o ikonie Przemienienia u Ewdokimowa.

Po powrocie do hotelu pani Maria mi dziekuje, wlasciciel "Galilei" zaprasza na kawe i proponuje prace izraelskiego przewodnika (sic!), dzwoni Bassem i informuje, ze podobno paszport sie znalazl, a w koncu sam ruszam w miasto, zeby przyjrzec sie zyciu dzisiejszych nazarejczykow. Ide glodny wrazen, ale z kazdym kwadransem coraz bardziej glodny bardziej materialnej strawy. Ide waskimi i bardzo stromymi uliczkami, wsrod watpliwej urody domow, istnej swawoli budowlanej, posrod ktorej wyluskac jednak mozna rozne architektoniczne skarby. A wiec wchodze na arabski suk i odwiedzam Bialy Meczet, po ktorym oprowadza mnie jakis jego pracownik, podchodze do dawnego carskiego domu dla prawoslawnych pielgrzymow, ktory nazwano tutaj "Moskobyich", co pewnie ma oznaczac "Moskwicza" czyli Moskala. Wchodze tez na cmentarz palestynskich muzulmanow i plestynskich, arabskich chrzescijan. Mijam rozne fundacje koscielne, glownie katolickie. Wacham zapachy roznych obiadow gotowanych w domach przy drodze. Ziola, mieso, przyprawy. Widze, ze przynaleznosc religijna i narodowa mieszkancow najlatwiej poznac po zawieszonych na przednim lusterku samochodu przedmiotach. Glownie sa to muzulmanskie "oczy proroka" i sznury modlitewne, chrzescijanskie krzyzyki i chyba tylko raz zydowska Gwiazda Dawida. Obserwuje wznoszace sie nad tym biedniejszym Nazaretem imponujace, chyba zydwskie, osiedla za grubymi murami. Betonowe bloki, murowane apartamentowce.

Po tej wycieczce, ktora musiala mi dzis zastapic bieganie, moge smialo rzec, ze Nazaret ma swoja lepsza i mniej lepsza czesc. Ta lepsza to glowna ulica, ktora prowadzi od naszego hotelu do Bazyliki Zwiastowania: elegancka, czysta droga wyslana jasnym kobiercem kamiennych plyt, z zapachami argili, kardamonu i przypraw korzennych, sklepami, dewocjonaliami, restauracjami, w cieniu mlodych drzewek. To tu warto zjesc. Ja niestety zaryzykowalem i poszedlem w druga strone. Szoarma za 20 szekli (15 zl) byla sredniej jakosci i juz zaczyna mnie krecic w zoladku, choc organ ten mam prawie z zeliwa, weteran euroazjatyckich barow, fastfoodow i restauracji. Pije teraz kawe po arabsku, wiec jezeli organizm ma byc wyczyszczony, to bedzie.

Siedze na wprost Bazyliki i czytam Ewdokimowa. Uwielbiam takie chwile. Dusza drzy na glos wschodniej muzyki, unosi sie wraz z woniami korzennymi z pobliskiego sklepu. W ustach smak kawy, oczy wedruja z kart ksiazki na przechodniow i krajobraz swietego miasta. Siedze przy stoliku na dworze, ale zaraz schronie sie w srodku, bo jest coraz chlodniej. Duza tu o tej porze roku roznica temperatur za dnia i w nocy. Od 20 do 3 stopni! Sliczne kobiety o oczach saren, pelnych ustach i wlosach czarnych jak skrzydla kruka. Niestety czas nie jest tu dla urody ludzi laskawy.

Gdy wrocila grupa, zjedlismy razem kolacje i udalismy sie na odpoczynek. Posluchalem opowiesci o odnalezieniu paszportu, o zgubieniu sie grupy w Banias, o pozostawieniu dwoch pan i gonitwie taksowka. Przed snem poszedlem z Sayidem na argile (shishe) i arabska herbate z mieta. Posluchalem jak to jest z relacjami damsko-meskimi u muzulmanow. Sayid opowiedzial mi o girl-friends, ktore funkcjonuja obok muzulmanskiej zony. Oczywiscie kochanki to Polki, Ukrainki, Rosjanki. Temat do glebszej refleksji. Chrzescijanin nie moze zakochac sie w muzulmance, bo taka kobieta nie ma prawa miec jakichs "niewiernych" boy-friends.

Dzien 4 (11 lutego)

Muezini spiewaja o tej porze roku w godzinach 6.20, 12.10, 14.40, 18.00, 23.00. Mniej lub bardziej dokladna obserwacja. My zaczelismy dzien od mszy w kaplicy Domu Swietej Rodziny w Bazylice Zwiastowania. Piekna msza pod kierownictwem naszego ks. Krzysztofa o 8.00, o 9.00 sniadanie i o 9.30 wyjazd. Opisze skrotowo, bo jestem juz dosc zmeczony, a wydarzen nie bylo wiele. Czterdziesci minut zabrala nam podroz z Nazaretu do granicy z Jordania przy Moscie Allenby nad rzeka Jordan. Odprawa izraelska, przejazd wahadlowym autobusem i odprawa jordanska plus toalety to zaledwie poltorej godziny. Koszt to 31 dolarow od osoby dla Izraelczykow za jakis graniczny podatek oraz 1,5 dolara za wahadlo. Po drugiej stronie czekal juz na nas nasz przewodnik Wusa (Joseph), kierowca Radwan i opiekujacy sie nasza grupa zolnierz Alla. Byla mala przygoda, bo jednej pani nie wbito pieczatki i przewodnik pojechal z nia taksowka dopelnic formalnosci. Okolo 11.45 ruszylismy do Jerash, czyli antycznego grecko-rzymskiego miasta Geraza. Znalezlismy sie tam okolo 13.15. Niezwykle pozostalosci wielkiego i bogatego miasta, przy ktorym Pompeje byly zaledwie miescina. Po parku archeologicznym oprowadzal nas przewodnik Mustafa, prawdziwy znawca i przemily czlowiek. Geraza zrobila wrazenie na wszystkich. Wspaniala pogoda, blekitne niebo, aromatyczne zlote kwiecie i rozowawy wapien kolumien, filarow, plyt, scian i misternej kamieniarki. A po drodze pyszna kawa z kardamonem. Do Ammanu jedziemy okolo 15.00. Joseph wykloca sie ze sklepikarzami, bo strasznie psiocza, ze grupa gna i nie chce robic zakupow. Ja ucze sie zawiazywac moja beduinska chuste. Okazuje sie, ze wolny mezczyzna ubiera to nakrycie glowy bardziej nonszalancko, ukladajac obejmujace glowe czarne kolko na bakier. Moja chusta jest beduinska (czerwono-biala), chusta palestynska czyli "arafatka" to bawelna w bialo-czarny desen, iracka ma elementy zielone, a taka z Zatoki Perskiej jest biala. Do stolicy jedziemy kolo 40 minut. Amman jest - nie boje sie tego powiedziec - brzydkim miastem. Zaniedbana, monotonna, pozbawiona zieleni dwu-i-pol-milionowa metropolia. A jednak fascynuje. Wieczorem ruch aut, goraczka miejskiego trafiku, piekne kobiety w chustach, setki mniej lub bardziej dziwnych sklepow, cieplo wiosennego wiatru, rodziny z wielka iloscia dzieci, rozmawiajacy faceci spod ciemnej gwiazdy... Przy tym wszystkim naprawde mozna poczuc sie tu bezpiecznie. Odwiedzamy kilka zakatkow Ammanu, wchodzimy ku rozpaczy naszego przewodnika do Meczetu Krola Abdullaha z efektowna blekitna kopula, mijamy amfiteatr antycznej Filadelfii, ktory jest wlasnie centrum przebudowy, gruzowiska i wykopalisk, z ciekawoscia i niepewnoscia przejezdzamy kolo ambasady amerykanskiej, gdy w autobus nasz wycelowane sa lufy karabinow maszynowych chroniacych tej fortecy amerykanskiego wywiadu. W koncu docieramy do naszego eleganckiego hotelu "Semiramiss", jemy tu kolacje, ja czekam na moja Habibti, ktora w koncu dzwoni, ze bedzie dopiero rano. A teraz leze w moim wypasionym hotelu, nie moge sie podniesc po kolacyjnych salatkach, miesach, humusie, ryzu i kawie po arabsku i pisze te relacje. Zaraz wlacze TV i poslucham/poogladam teledyski arabskich bogin goracego rytmu, upojnych zawodzen i kocich ruchow. Dobranoc ;-)

Dzien 5 (12 lutego)

Jestem na Pustyni Arabskiej. Jem mansaf jagniecy z jogurtem. Mieso wyborne, jogurt o rzadkiej konsystencji. Plywaja w nim podejrzane tluste oka, ale smakuje wybornie. Polewam nim na wzor moich sasiadow przy stole - Wusy, Radwana i Alaago - ryz zaprawiony szafranem i mieso w ziolowym sosie. Calosc przykryta jest cienkim oplatkiem jakby-pity. Pycha, mowie wam! Jest godzina 14.30. Mamy juz za soba sporo atrakcji, a jeszcze daleko do konca tego bogatego dnia.

Obudzilem sie o 6.30, bo o 7.00 mialem w hotelu goscia. Ibtehal w drodze do pracy wpadla do mnie na kwadransik. Nie widzielismy sie dwa lata. Moja jordanska Habibti. Zalozyla niedawno firme marketingowa, pracuje kolo lotniska pod Ammanem. Palestynka, ktorej rodzina pochodzila spod Hebronu. Wygnancy z "terenow okupowanych". Gadamy, cieszymy sie spotkaniem. Potem lece na sniadanie i o 8.30 ruszamy w dal. Opuszczamy szybko Amman by w 45 minut dojechac na Swieta Gore Nebo. Miejsce, z ktorego Mojzesz (nazywany przez naszych muzulmanskich znajomych Prorokiem Musa) przed smiercia ujrzal Ziemie Obiecana, do ktorej prowadzil przez 40 lat swoj Narod Wybrany. Przezywamy tam piekna msze we franciszkanskiej kaplicy. Widok na Doline Jordanu i Morze Martwe zakrywa dzis mgla. Potem ruszamy do pracowni ikon, gdzie sklep z pamiatkami proponuje prawdziwe cuda jordanskiego rekodziela. Kupuje sliczne srebrne puzdereczko i troche przypraw. Potem odwiedziny w slynnej Madabie - slynnej dzieki bizantyjskiej mozaice z VI-wieczna mapa Palestyny. Atrakcja miesci sie w kosciele prawoslawnym sw. Jerzego, w cerkwii arabskiego Kosciola melchickiego. Madaba jest miastem chrzescijanskim - stanowimy 70% jego populacji. Sporo jak na arabski kraj. Warto pamietac o naszych arabskich braciach w morzy islamu. Nie pozwolmy im w nim utonac.

Potem droga zmienia swoj charakter. Na kilka dni opuszczamy zielone i prawie-zielone krainy, by znalezc sie w swiecie pozbawionym zieleni - na Pustyni Arabskiej. Sa tu trzy rodzaje pustyni: kamienista, piaszczysta i gorzysta. Teraz jedziemy ta kamienista. Czasem zauwazamy namioty koczowniczych Beduinow, czasem mijamy niewielkie, dla europejskiego oka obskurne, wioski. Nasza karawana zatrzymuje sie na popas w nowoczesnym karawansaraju przy dwupasmowej ekspresowce, Autostradzie Pustynnej. Tam wlasnie jem moj mansaf, o ktorym pisalem kilka akapitow temu. Cena? Wpierw 15 dolarow - po targowaniu skonczylo sie na 7. Oni wszystko cenia sobie podwojnie, gdy trzeba naciagnac turyste - bialego i "niewiernego". W Arabii musisz byc asertywny.

Zanim dojechalismy do Wadi Musa (w ktorym znajduje sie dawna stolica Nabatejczykow - Petra), nasz Joseph pokazal nam cos ponad plan - zamek Shawbak. Dzielo Krzyzowcow, fundacja Baldwina, krola Jerozolimy, zdobyty przez Saladyna. Przebudowany w stylu arabskim w XV w. Dzis efektowna ruina na wysokosci okolo 1500 m nad poziomem morza. Patrzymy na niego z gory, ze szczytu plaskowyzu, pokrytego latami swiezego jeszcze sniegu. Wokol nas Beduini z rodzinami pozuja do zdjec. Fotografuje sliczne arabskie konie. Jest chlodno - moze kolo 7 st.? Kontrast z goraca dolina, gdzie dzis mielismy pewnie kolo 30 st. w sloncu.

Pol godziny pozniej jestesmy u celu. Wadi Musa jest zapleczem dla jednych z najbardziej niezwyklych pozostalosci starozytnej kultury - Petry, jeszcze jednego cudu swiata. Hotele, sklepy, laznie, spory ruch. Wszystko obejrzymy w swietle slonca rankiem.

Kolacja przeobfita. Szwedzki stol to zlo! Nie da sie trzymac diety. Jem humus, tajemnicze kulki jakby z ziol i kaszki, kuskus, gotowane warzywa, pite, rybe przyprawiona po mistrzowsku, odrobine jagnieciny... Niedobre piwo Petra. Nie polecam. Ciezkie i plaskie w smaku.

Teraz leze w moim prawie kolonialnym pokoju, slucham CNN i pisze dla Was relacje.

Spostrzezenia dnia:

(1) Jezeli logujesz sie na Facebooka z dalekiego kraju, serwis zadaje ci pytanie kontrolne, zeby zweryfikowac uzytkownika. Mnie zapytal o date urodzin. Dobre zabezpieczenie? Nie sadze...

(2) Odkrylem, ze intensywny, niemily zapach, jaki wydziela wielu Arabow, to prawdopodobnie efekt stalego odzywiania sie baranina. Wpierw stawialem na jakis dziwny loj do smarowania wlosow albo po prostu inne podejscie do higieny. Dodam, ze gdy my chodzimy tu w krotkich rekawach, nasz przewodnik ma sweter i gruba skorzana kurtke.

Dobranoc!

Dzien 6 (13 lutego)

Wspanialosci tego dnia, mocy i piekna tych widokow prawie nie da sie opisac. Petra! Dzis wedrowalismy majestatycznym wawozem skalnym Siq do slynnego, rozslawionego w literaturze i filmach (na przyklad w Indiana Jones i ostatniej krucjacie) Skarbca nabatejskich krolow, a potem przygladajac sie licznym grobowcom wydrazonym w wielobarwnym, warstwicowym piaskowcu, doszlismy na wysokosciach do pieknego Grobowca Jedwabnego, Korynckiego i Palacowego, do Grobowca Urnowego, do Teatru z czasow rzymskich na 3000 widzow i dalej do kosciola bizantyjskiego, w ktorym odprawiona zostala nasza msza. Kraina jak ze snow, sceneria jak z basni o Sindbadzie i pustynnych dzinach. Petra, Sela, Rozowe Miasto. Miejsce to ma wiele nazw, a jego tajemnicy nigdy do konca nie wyjasnimy. Jest niczym miasto umarlych. Posrod skal zyja dzikie psy, leniwe zdziczale koty. Jak u prorokow Jeremiasza, Izajasza i Ezechiela. Przeklenstwo Edomu, a dzis tak nas zachwyca! Ale dolem, glownym szlakiem archeologicznego rezerwatu wedruja wciaz ludzie i zwierzeta. Jak w czasach hellenistycznych i rzymskich. Te wspolczesne karawany zlozone z wielojezycznego tlumu, wielbladow, oslow i koni to caly rozwiniety tu znakomicie przemysl turystyczny. To nic, ze na straganach kupic mozna zawsze "autentyczne" monety i ceramike, figurki i ozdoby, ktore reklamowane jako "starozytne", sa zapewne w wiekszosci dzielem XXI wieku, a "autentyczne" beduinskie dzieci, ktore zanim naucza sie mowic, juz potrafia wolac: One dinar, two dollars! to ponoc tacy muzulmanscy Cyganie z osciennych krajow, ktorzy mieszkaja w lepiankach i wykutych w skale grobowcach. Rzad Jordanii nie raz probowal ich przegonic z parku archeologicznego, ale nie udalo mu sie to - i dobrze! Zanim dotarlismy do zapierajacego dech w piersiach wawozu Siq, odbylismy przejazdzke konna. Mialem frajde jadac blisko kilometr na rozpedzonym arabskim siwku, wyprzedzajac moich turystow w kowbojskim Jiha! na ustach i jordanskim turbanie na glowie. Po poludniu pojawili sie w tym miejscu lokalni dzoleros, podrywacze co sie zowie - chlopaki z dlugimi czarnymi wlosami i podmalowanymi oczami, ktorzy popisujac sie na koniach, szukali spragnionych wrazen turystek. Tacy "Jackowie Sparrowowie" na arabach. W ogole sex-turystyka ma sie tu zapewne dobrze. Ahmed, nasz lokalny przewodnik, wyjasnia mi wiele aspektow tej nieznanej mi zupelnie galezi naszego turystycznego biznesu, opowiadajac o dziwkach z Europy Wschodniej za 150 dolarow w Aqabie, o jakiejs nieslawnej Chince w Wadi Musa, ktora przyjmuje nawet dziesieciu klikentow dziennie na "masaz", ale tez niestety o dziewczynach z naszej czesci Europy, ktore szukaja wrazen na wakacjach w Jordanii. Podobno bogaty rod arabski zaplaci nawet 100 wielbladow za blekitnooka blond synowa. Dobra partia o ciemnych oczach to juz tylko 50 kameli. W kazdym razie jasne oczy i wlosy sa tu bardzo w cenie. Jesli chodzi o dziewczyny jordanskie, to prawo pozwala muzulmankom prowadzac sie z chrzescijanskim obcokrajowcem, ale tradycyjne rodziny nigdy na to nie pozwola. Moze nawet dojsc do tego, ze ojciec jej i bracia zastrzela na wlasna odpowiedzialnosc nieszczesna zakochana pare. Jezeli jednak rodzina jest mniej tradycyjna, a takich jest tak wiele w Ammanie, jak malo na poludniu, kobieta ma w tych sprawach naprawde wolna reke. Chlopaku z Polski, jezeli Arabka chce sie z Toba spotkac i przyjedzie do ciebie, oznacza to po pierwsze, ze rodzina nie bedzie robic klopotu, a po drugie, ze naprawde wpadles jej w oko i darzy cie ona zaufaniem i miloscia.

Msza w zrujnowanym kosciele bizantyjskim jest piekna, a ja po cichu tlumacze Ahmedowi, muzulmaninowi, powiedzmy liberalnemu (pije alkohol), dlaczego w czasie Mszy pijemy wino i spozywamy hostie. Juz wie, ze wierzymy, iz Allah-Bog chcial, zebysmy pozywiali sie Jego Cialem i Krwia, zeby zespolic sie z Nim i naszymi bracmi w scislej Komunii. Po mszy jeszcze spacer przez rumowiska skalne do muzeum i tzw. Rzymskiego Miasta. W gorze Ahmed pokazuje nam rosliny cebulowe, ktorych korzen jest dobry na bole reumatyczne, a gotowana cebula wtarta w skore rozswietla ja i sprawia, ze cialo promieniuje blaskiem nawet po trzech prysznicach. Okolo 15.00, po pieciu godzinach zwiedzania, dajemy grupie wolne. Jedni ida do Deir, czyli tak zwanego Monasteru, inni powoli wracaja do hotelu. Duzo sie dowiaduje od Ahmeda o takich nieznanych mi sprawach jak palenie haszyszu, kary za posiadanie narkotykow w Jordanii, kary za publiczne poufalosci damsko-meskie miedzy muzulmanami, aspekty turystyki w Arabii.

Po drodze jemy w arabskim bufecie. Koufta (z jagnieciny), warzywa, pita. W hotelu o 18.30 kolejne atrakcje kulinarne. Zdaze jeszcze odwiedzic zaprzyjazniona laznie turecka, sklep kuzyna Ahmeda, gdzie nasi Arabowie wylewaja swoje zale przy kawie i herbacie oraz hol naszego hotelu, gdzie przygladam sie jak nasi turysci targuja cene zdjecia zbiorowego z Petry. Czas poczytac, popisac sms-y i spac, bo jutro meczaca wyprawa w gory! Upal doskwieral dzis i bedzie doskwieral jutro.

Dzien 7 (14 lutego)

Relacje z tego dnia pisze okolo 22.00 w moim milym pokoju hotelowym. Za oknem slychac cykady. Dzis byl cieply dzien - ok. 25 st. - ale wial mily wietrzyk.

Na sniadaniu zakochalem sie w nowym smakolyku. Tadam! Oglaszam, ze stalem sie fanem omali - sniadaniowej potrawy o smaku cynamonu i orzechow. Pycha!

Wpierw jednak byla msza o swicie, po sniadaniu zas rozpoczela sie jedna z najwiekszych przygod tej podrozy. O 9.00 ruszylismy naszym autokarem do tak zwanej Malej Petry, kilka kilometrow poza Wadi Musa. Jedziemy na polnoc, za oknem po lewej widoki niczym w Kanionie Colorado. Zapierajace dech w piersiach. Po kilku minutach zatrzymujemy sie przy placyku otoczonym straganami Beduinow. To okolice wioski Beida. Prowadzi nas dzis tylko policjant turystyczny Alaa, bo Wusa zostal z reszta grupy i prowadzi ich do Petry zwykla droga. Z nami wybralo sie tylko 10 najsprawniejszych turystow, bo trasa bedzie naprawde trudna.

Wpierw wchodzimy w inny niz wczoraj wawoz skalny. Ten nazywa sie As-Siq al-Berid. Piekny. Inne skaly niz w Siq petrzanskim, inny typ erozji, inne barwy. Tu tez znajduja sie wykute w skale nisze i pomieszczenia dla kupcow przybywajacych z karawanami. Wspinajac sie po skalnych stopniach docieramy do jedynych zachowanych nabatejskich freskow z I w. Winna latorosl, kwiaty, grajacy na flecie amorek. Idylla ludzi pustyni. Dochodzimy do schodow, ktore prowadza polamanymi skalnymi stopniami gdzies w gore. Robimy zdjecia i Alaa nie pozwala isc dalej. Niebezpiecznie.

Wracamy do wejscia w wawoz i na minute zatrzymujemy sie przy straganach. A potem ruszamy w gory. Czeka nas trzygodzinny marsz, wspinaczka, schodzenie, przeciskanie sie, posuwanie po waziutkich skalnych polkach, zsuwanie sie po skalach i wszelkie inne - czesto dosc niebezpieczne atrakcje gorskiej wedrowki. Idziemy do Deir, grupy skalnych nabatejskich i rzymskich grobowcow, ktore znajduja sie na polnocny zachod od Petry. Glowny grobowiec tego tak zwanego "Monasteru" bardzo przypomina slynny Skarbiec.

Wpierw trasa jest jak sielanka. Godzina plaskiej drogi wsrod majestatycznych skalnych gor w kolorach pomaranczu, zolci i rozu. Tu przejedzie Beduin na bialym koniu, tu dzieci pokaza nam sliczna dlugoucha owieczke, tu Beduinka z komorka wychodzi z namiotu koczownikow. Zachwycamy sie przyroda, fotografujemy. Ogladamy mizerne uprawy Beduinow - ledwie wyrosle z suchej ziemi zielone pedy pszenicy czy jeczmienia. Probujemy wyrywac slynne cebule, o ktorych pisalem wczoraj.

Kolejna godzina to trasa zupelnie innego rodzaju. Zaczynaja sie schody - i to w doslownym tego slowa znaczeniu. Wchodzimy i schodzimy wieloma kamiennymi stopniami. Otwieraja sie bajeczne perspektywy, piekne widoki. Potem mamy trudniejsza trase po kamieniach i w koncu polki skalne, ktore sa najwieksza trudnoscia. Droga bez zadnych zabezpieczen. W dole przepasc dziesiatki, setki metrow. Polka coraz wezsza. Godzine temu zastanawialismy sie jak kozy potrafia isc przyklejone do stromych scian gorskich. Teraz to my jestesmy takimi kozami. W pewnym miejscu ogarnia nas groza. Trzeba przejsc okolo trzy metry po poleczce o szerokosci jakichs 40 cm. W dole ze sto metrow przepasci. Zadnej liny, zadnej poreczy. Bardzo ryzykowne przejscie. Absolutnie nie dla ludzi starszych, otylych (bo brzuch nie pozwoli przykleic sie do skal) i cierpiacych na chocby maly lek wysokosci. Potem jest latwiej, coraz mniej stromizn. I w koncu jest - Monastyr czyli piekny grobowiec-swiatynia z I w. Wspaniale jawi sie nam w sloncu niczym nagroda za trud ponad dwugodzinnego zmagania sie z zywiolem ziemi i powietrza. Slonce prazy, ale ratuja nas podmuchy wiatru. Widzielismy z tych wysokosci (ok. 1200 m npm) Pustynie Negev i Arabe. Podziwialismy szczegolna gore, ktora wygladala jak zbudowana z wegla. Mocny kontrast wobec pomaranczowo-rudo-zoltych skal innych gor.

Rozchodzimy sie. Spotkamy sie wieczorem w hotelu. Pije herbate z mieta, potem fajny napoj arabski - wode sodowa z zenszeniem w srebrnej puszce. Kupilem pamiatkowy talizman Beduinow, ktory wisi teraz na mojej szyi. Mam tez beduinska branzolete. Z moja fantazyjnie zawiazana chusta jest to totalny wypas! Stracilem mnostwo wody. Pic! Ale wchodze jeszcze na wspanialy punkt widokowy w swietym miejscu ofiarnym Nabatejczykow. Czestuje polskimi malborasami Arabow. Mam tu juz mnostwo "kolegow", wiele kontaktow, gdybysmy kiedys z Polski przylecieli na jakis trekking do Petry.

Schodze okolo szescioma setkami kamiennych stopni posrod beduinskich straganow. Wydaje ostatnie dinary na fajne naszyjniki. Dochodze w koncu do Petry i wczorajsza trasa docieram - wykonczony - do hotelu. Jest 16.00.

Droga, ktora dzis wybralismy jest dobra dla smialkow, ktorzy chca poznac cala Petre bez kupowania drogiego biletu. Nikt nie opisuje tej trasy, bo jest trudna, miejscami niebezpieczna, a przede wszystkim omija kasy biletowe i kontrole biletu. Wchodzisz na teren parku archeologicznego od polnocnego wschodu - na dziko. Fajna sprawa. Polecam ambitnym i sprawnym turystom.

Salam! Ide spac, bo jutro wczesnie ruszamy na pustynne safari w Wadi Rum.

Dzien 8 (15 lutego)

W uszach muzyka z Avatara, za oknem pustynia z Laurence'a z Arabii. Po wczesnym pakowaniu, rozdaniu napiwkow hotelowych i sniadaniu ruszylismy Droga Krolewska, a potem Autostrada Pustynna, w kierunku poludniowym. Jest kolo dwoch godzin z Wadi Musa do Wadi Rum. Pustynia niejedno ma imie. Ogladamy fragmenty zolto-pomaranczowej Wadi Araba, potem zaczynaja sie widoki niczym z Dzikiego Zachodu, tylko zamiast Indian opatuleni w swoje dlugie saub i duzdasz Beduini. Na glowach tradycyjna kufija z czarna obrecza ogal. Kobiety, ktorych widzimy tu niewiele nosza na glowie hatta albo mandil.

Dojezdzamy do centrum turystycznego na pustyni. Wadi Rum lezy posrod wysokich piaskowcowych gor, ktorym erozja nadala niesamowite ksztalty. Po toaletach ogladamy wprowadzajacy w tematyke pustynna film, a nastepnie wsiadamy do pieciu jeepow, ktore zabieraja nas na niezapomniana wycieczke. Piasek ma tu kolor pomaranczowy, skaly od zoltych przez brazowe po czerwone. Ich sciany przeorane erozja wygladaja tak, jakby ktos kiedys pokryl je welniana materia, ktora przez wieki sie rozpadla, a potem skamieniala. Skalne zebra, wyrwy, zeby, oczodoly. Ostre granie, oszlifowane przez wiatr ostance. Lekka mgielka, mocne slonce, powiew pustynnego wiatru w odslonietych jeepach. Zatrzymujemy sie cztery razy w bajkowych sceneriach. Podziwiamy widoki, rozkoszujemy sie pieknem pustyni. Nawet w Laurensie z Arabii nie wygladalo to wszystko tak pieknie. W jednym miejscu idziemy przez piach na wzgorze, z ktorego widac az trzy rozne pustynie. Pary ukladaja tam kopce z kamieni, zeby zaznaczyc swa milosc. Jeden plaski kamien mezczyzna, drugi kobieta, trzeci mezczyzna itd. W drugim punkcie wspinamy sie ku czerwonym skalom. W trzecim mozna za pol darmo (3 dolary) przejechac sie na wielbladzie. Ja wybieram opcje za 15 dolarow. Jade blisko 40 min przez pustynie, posrod monumentalnych gor, w zarze slonca do Siq Laurence, Wawozu Laurence'a. Mam ciemnobrazowego wielblada, ktory stapa lagodnie i z gracja. Fajnie sie oglada swiat z wysokosci jego grzbietu. Jakze inne tempo, jakze inne wrazenia niz na jeepie. Jedziemy na dwoch kamelach z jadna z turystek, prowadzi nas sympatyczny Beduin, Abu Muhammad. Tu pojawia sie na piasku jaszczurka, tam polatuje ptaszek z czerwonym brzuszkiem. Cisza, majestat, piekno. Moj wielblad oglada sie na mnie, gdy gwizdze do ptaszka. Pewnie taki gwizd cos oznacza. Wielblad ma sliczne oczeta o dlugich rzesach. Ludzie sa tu niesamowicie uprzejmi, schludni, skromni.

Czuje sie jak Laurence. Z gracja wjezdzamy do Siq, gdzie w dlugim namiocie beduinskim czeka nasza grupa, czeka nasz ksiadz Krzysztof, czeka przygotowany stol, ktory posluzy nam jako oltarz. Place poganiaczowi wielbladow i wchodze do naszego przybytku. Tu dopiero widac, ze jako pielgrzymi do Ziemi Swietej jestesmy troche jak Narod Wybrany na pustyni, a kaplan nasz jest jako Mojzesz. Msza przebiega w spokoju, przed olarzem na palenisku przygotowuje sie dla nas herbata. W czasie czytania Ewangelii i podczas Podniesienia gospodarz, Beduin Abu Rahman przynosi wonne kadzidlo przed oltarz. Zachwyca mnie ten gest zrozumienia i szacunku. Islam w najlepszym wydaniu! Beduini siedza z nami w czasie mszy i gdy nadchodzi znak pokoju, podaja nam rece ze slowami Salam!

Spedzamy tam sporo czasu. Za duzo, co okaze sie za pare godzin w Izraelu, gdzie bedziemy musieli gnac co sil na kolacje w Betlejem. Ale trudno nam sie rozstac z Arabia i jej beduinskimi mieszkancami, ludzmi pelnymi godnosci, o oczach madrych i dobrych, o goscinnosci, ktorej nie da sie przecenic. Kupujemy ostatnie pamiatki. Ja opuszczam Siq Laurence z wyjatkowo elegancka kufija, z wisiorkami Beduinow i kulkami wonnego kadzidla.

Jeepy zabieraja nas do autokaru, a autokar do granicy w Wadi Araba, kolo Aqaby i zydowskiego Eljatu. Nie zdazymy umoczyc nog w Morzu Czerwonym, bo nie tylko przedluzyl nam sie pobyt w Wadi Rum, ale takze kontrola na granicy.

Pamietajcie na Bliskim Wschodzie o napiwkach. Jest wiele okolicznosci, gdy wypada wlozyc w pomocna reke dolara, szekle lub dinara. Boj hotelowy pomaga zaniesc bagaz do pokoju? Nie zapomnij o malym napiwku. Opuszczasz hotel? Zostaw kilka dolarow recepcjoniscie. Przewodnik otrzymuje od kazdego turysty 2 dolary dziennie, kierowca autokaru 1 dolara. Oni utrzymuja sie glownie z napiwkow, bo za prace placi sie im w firmach bardzo malo. Przemysl turystyczny bazuje tu na napiwkach. Najczesciej polskie biura wliczaja napiwki w cene wyjazdu. Polski pilot lub rezydent ma pewna pule pieniedzy do rozdzialu miedzy hotele, przewodnikow i kierowcow. Ale male napiwki dla bojow hotelowych warto przewidziec w swoim budzecie.

Na granicy upal. Moze i 35 stopni w sloncu. Srodek lutego! Szczegolowa kontrola po stronie izraelskiej. Jezeli w bagazu glownym masz duzo ksiazek i pamiatek, na pewno zostaniesz poproszony o otwarcie walizki. Poszukuje sie prawdopodobnie narkotykow i broni. Dokladnie sprawdzono moja Biblie. Widocznie przemytnicy w Bibliach chowaja woreczki z nielegalnymi substancjami. To samo dotyczy pamiatek, figurek, bizuterii.

A potem spotykamy naszego palestynskiego kierowce Sayida i ruszamy na polnoc. Jedziemy przez Pustynie Negev, mijamy gaje palmowe, szklarnie, zabudowe w stylu, ktory znamy z krajow srodziemnomorskich. Inaczej niz w Jordanii, mieszkancy chodza tu w europejskich strojach. Czesto uslyszec mozna jezyk rosyjski. Niedawna imigracja z bylego ZSRR. Izrael na tym dalekim poludniu wyglada jak Mordor. Nie ma juz czaru Arabii. Smutne suche puskowia. Kraina w stanie posrednim miedzy skalistym pogorzem a kamienista pustynia. Dominuje barwa bladego bezu i zolci. Osuwiska kamieni, suche kepy ubogiej roslinnosci. Zmierzamy w kierunku Morza Martwego, a potem do Betlejem Efrata, do Autonomii Palestynskiej. Nizsza temperatura, zachmurzone niebo. Jestesmy ponizej poziomu morza. Jakbys znalazl sie w podbytomskiej kopalni dolomitu albo na haldach. Bardzo niegoscinna ziemia. Droga nr 90 mamy okolo 300 km.

Po prawej soliska Morza Martwego. Zaklady przetworstwa mineralow z tego niegoscinnego akwenu. Zapada powoli zmrok. Jest 17.40. Mijamy okolice slawnej, bohaterskiej Masady. Wspinamy sie szosa przez bialawe skaliste rumowiska. W zapadajacych ciemnosciach widnieje nam Morze Martwe, ktore zlewa sie calkiem z mroczniejacym niebem. Nagle pojawia sie caly kompleks efektownych, podswietlonych hoteli-spa. Biale piekne budynki, palmy, baseny. Smierdzi siarka, zgnilizna. Co za kontrast!

O zmroku mijamy Pustynie Judzka, przejezdzamy przez centrum Swietej Jerozolimy i docieramy do granicy z Autonomia Palestynska. Przez reszte nocy bede mieszkal w Betlejem, w sympatycznym hotelu "Sancta Maria" u podnoza wzniesienia, na ktorym widnieje Bazylika Narodzenia. Piekna Palestynka Radah w recepcji, pokoj wielki jak mieszkanie, owoce na stoliku, w telewizji konflikt afganski. Na kanale 3 Al Dzazira, na 4 BBC World: dwie rozne wizje konfliktu. Jest tez program palestynski, w ktorym leca hity holywoodzkie podejrzanie zlej jakosci (jakby z kamerowek DVD), w podejrzanie wielkiej ilosci. Tu zatarta jest granica miedzy prawem i bezprawiem. Kiedy wjechalismy za osmiometrowy mur, ktory oddziela to palestynskie ghetto od zmilitaryzowanego Izraela, Sayid powiedzial, ze spokojnie moge zdjac pas bezpieczenstwa. Tu panuje wolnosc od zbyt uciazliwych praw. Tu jest Autonomia.

Zobaczymy jak zyje sie w miescie za murem. Dobrej nocy!

Dzien 9 (16 lutego)

Kuchnia arabska bardzo mi sluzy. Urozmaicona, bogata w jarzyny, nie za tlusta, oparta na chudych miesach, warzywach straczkowych, baklazanach i cukiniach. Wprawdzie za najlepsza uwazam kuchnie ormianska (jednak nie w Polsce - w Armenii), ale arabska jest na miejscu drugim.

Ruszamy wczesnie, zeby uporac sie z betlejemskimi zakupami: wpierw w sporym magazynie pamiatkarskim przy Polu Pasterzy, potem w salezjanskiej winnicy o nazwie "Kremisan". Betlejem to tetniaca energia, rozpierana emocjami spolecznosc stlamszona w pierscieniu betonowych murow wysokosci pieciu mezczyzn. Chaotyczna zabudowa, domy murowane, porzadne wille posrod palm, a obok byle jak skonstruowane budy. Klaksony, balagan na ulicy, mnostwo sklepow z najrozniejszymi towarami, wielu mlodych mezczyzn i gdzieniegdzie kobieta w tradycyjnej hatta. Ludzie ubrani tradycyjnie i nowoczesnie. Wiele kontrastow.

Na check-poincie przykra niespodzianka. Zwykle autokary opuszczajace Betlejem sprawdzane sa po lebkach. Czasem nie trzeba pokazywac nawet paszportow. Dzis po raz pierwszy na naszych wyjazdach kaza nam wyjsc z pojazdu i z paszportem w reku ruszyc do zwyklej kontroli. Jako tymczasowi mieszkancy Autonomii Palestynskiej mozemy przezyc dzis emocje tych palestynskich szczesciarzy, ktorym Izraelczycy dali aussweis na prace poza murami getta. Tracimy 45 minut stojac w tloku, upokorzeni jak mieszkancy Autonomii. Zolnierze izraelscy zachowuja sie arogancko, bez zrozumienia dla stloczonych i wystraszonych Palestynczykow i zagranicznych turystow. Przed nami jeszcze jedna grupa z Polski. Zatrzymuja paszport naszego pielgrzyma, ktory ze swoim gestym wasem i postura moze rzeczywiscie przypominac Palestynczyka. Nerwowe sprawdzanie tozsamosci. W koncu szczesliwie zbieramy sie w autokarze i ruszamy na Pustynie Judzka, gdzie w Wadi Qelt odbywa sie nasza msza w pieknej scenerii prawdziwego, pozbawionego zycia, goracego pustkowia. Potem kapiel na platnej plazy nad Morzem Martwym. Slonce, zdrowotne blotko, smieszne zataczanie sie po nierownym, kleistym dnie, proby lezenia na wodzie i plywania. A dalej nastepny gratis od biura podrozy, ktore organizuje nam podroz - zwiedzanie slynnego Qumran, znanego dzieki liczacym ponad dwa tysiace lat rekopisom biblijnym. W koncu docieramy do Jerycha, gdzie zaciekawia nas historia prastarej sykomory, ktora nie przekonuje jako drzewo Zacheusza. Ogladamy tez Gore Kuszenia, gdzie nasz Pan oparl sie podszeptom szatana. Po wypiciu pysznego soku ze swiezych pomaranczy ruszamy do sklepu na dosc drogie zakupy, a potem wracamy na kolacje i nocleg do Betlejem.

Dzien 10 (17 lutego, Sroda Popielcowa)

Wczesny wyjazd o 7.15. Na szczescie przejscie graniczne miedzy Autonomia i Izraelem mijamy praktycznie bez kontroli. Mnostwo palestynskich i zydowskich dzieci zmierza do szkoly. Duzy ruch w miescie. Ksiadz wpierw prowadzi nasza modlitwe, a potem czyni bardzo ciekawe wprowadzenie biblijne w tematyke Golgoty i Grobu Swietego. Jacek opowiada o historii Jerozolimy. Wjezdzamy na Gore Oliwna, gdzie rozpocznie sie nasza piesza pielgrzymka do miejsc swietych. Zaczynamy od meczetu na miejscu Wniebowstapienia i od kosciola "Pater noster". Wczesnie wyjechalismy i jako pierwsi dochodzimy do miejsc swietych Gory Oliwnej. Za nami wlewaja sie w obreb murow meczetu na miejscu Wniebowziecia inne grupy. Glownie Wlosi i Hiszpanie. Niebo dzis zachmurzone, nie za goraco. Dobra aura na miejska wedrowke. Wszedzie udaje nam sie zdazyc przed innymi pielgrzymami. W ruinach bazyliki "Pater noster" czytamy Pismo i modlimy sie wspolnie Ojcze nasz. Okazuje sie, ze polskie kafle z modlitwa sa zbite. Przykra niespodzianka. Akt wandalizmu? Informacja konsula Francji wyjasnia, ze plytki zamokly, ale cala sprawa wyglada dla nas podejrzanie. Zabytek z 1943 r. Mamy nadzieje, ze wszystko wroci na swoje miejsce jak najszybciej.

Dalej piekne widoki Starego Miasta. Rzeski poranek. Nasi pielgrzymi usmiechnieci. To juz przedostatni dzien pielgrzymki. Z Boza pomoca wszystko nam dobrze idzie. Posrod grobowcow zydowskich, obok grobow prorokow Aggiasza i Micheasza dochodzimy do kosciola "Dominus flevit" - 'Pan zaplakal'. Ksiadz podaje odpowiednie czytanie z Ewangelii, a my spogladamy na wypelnienie sie slow placzacego nad Jerozolima Pana Jezusa. Dzis nie ma juz tamtej Jerozolimy.

Wychodzi zza chmur slonce. Kopula na Skale, muzulmanski meczet, ktory przykrywa Skale Morii, rozblyskuje jasnym zlotem. Jedno z najswietszych miejsc islamu. W Ogrodzie Getsemani przygladamy sie wiekowym oliwkom. Ciekawa informacja - Rzymianie podczas oblezenia Jerozolimy wycieli wszystkie drzewa w promieniu 4 km. Raczej niemozliwe, zeby przetrwala z tamtego czasu jakakolwiek oliwka. Moze jednak drzewa te wyrastaja z korzeni, ktore licza 2 tysiace lat. W Bazylice Narodow modlimy sie przy skale, ktora byla swiadkiem bolu i trwogi Naszego Pana. Siedze pod mozaika ufundowana przez Polakow. Przedstawia ona moment ujecia Jezusa przez przyszlych oprawcow. Moc Pana wywraca zolnierzy. Polski orzel w prawym dolnym rogu mozaiki.

Podchodzimy do Groty Zdrady. Jestesmy w Dolinie Cedronu. Nad nami chmury jak stado barankow. Przykry incydent ze sprzedawca galazek oliwnych. Biegnie za nami i krzyczy, ze jedna pani jest crazy. Nie chciala kupic od niego wiazanki listkow.

Schodzimy do Kosciola Zasniecia Matki Bozej. Piekny kosciol krzyzowcow, ktory dzis sluzy prawoslawnym chrzescijanom. Potem wejscie do Swietej Jerozolimy przez Lwia Brame i odwiedziny w kosciele sw. Anny. Modlimy sie w miejscu, gdzie znajdowal sie dom Hannah i Yoakima, czyli sw. Anny i sw. Joachima. Tu urodzila sie Bogurodzica, najdoskonalsza z ludzkich istot.

Ruszamy Droga Krzyzowa. Via Dolorosa, Via Crucis. Jest poludnie. Spiew muezinow zaglusza glos naszego ksiedza. Radosne krzyki palestynskich dzieci ze szkoly, ktora znajduje sie w obrebie dawnej Twierdzy Antonii, ktora podczas Paschy w 35 roku sluzyla jako pretorium Pilata. Tu zaczela sie droga Meki naszego Pana, Jego Pasja.

Stacja I. Jestesmy na dziedzincu, wchodzimy do kaplicy, ogladamy Lithostrotos. Stacje II-V: zgielk ulicy, gwizdy, zaczepki, pogardliwe spojrzenia, brak szacunku dla modlacych sie, necace zapachy arabskiego jedzenia, kuszace sklepy. Stacja VI: czesc grupy z tylu juz zdazyla zakupic jarmulki, czyli kipy. Czasem ktos sie jednak do nas usmiechnie, pozdrowi. Stacja VI-VII: Arab caluje wychodzacego ksiedza Krzysztofa w dlon, mieszaja sie emocje i wrazenia, ciekawosc ze znudzeniem, zyczliwosc z pogarda. Jezeli choc odrobine mozemy odczuc to, co czul Pan Jezus, dana nam jest wielka laska. Podeszlismy pod Kalwarie. Stacja VIII-IX: jestesmy kolo Patriarchatu Koptyjskiego. Muzyka, zapachy jedzenia, ktore draznia zmysly glodnego organizmu. Platanina uliczek, labirynt przejsc, bazar, mieszanina stylow. Dolaczaja do nas pielgrzymi z Pszczyny. Widac mnostwo sladow gotyckich budowli z czasow Krucjat. Nikt chyba nie jest w stanie przeniknac tych wszystkich warstw, pokladow dziedzictwa zyjacych tu narodow, ich kultur i religii. Mimo tak silnych wplywow profanum, mamy tu bardzo silne poczucie sacrum. Ostatnie stacje przezywamy na dziedzincu klasztoru koptyjskiego. Cieplo, budowle przenosza nas w afrykanski klimat.

Gdy wchodzimy do najswietszego dla nas miejsca, Bazyliki Grobu Swietego, okazuje sie, ze niepotrzebnie sie obawialismy tlumow. Odwiedzamy Grob, ktorego kamienie byly swiadkami Zdarzenia, ktore odmienilo caly kosmos i bylo ukoronowaniem dziejow ludzkosci. Radujemy sie, a nasze dusze powtarzaja slowa aniola: "CHRYSTUS ZMARTWYCHWSTAL!", po grecku: "XPICTOC ANECTH!". Modlimy sie na Golgocie, ja zbiegam jeszcze do Kaplicy Adama, gdzie widze peknieta w chwili Smierci Boga-Czlowieka skale. Odwiedzam tez dawna cysterne, gdzie wyrzucano zuzyte narzedzia meki, obecnie Kaplice sw. Heleny oraz Kaplice Podwyzszenia Krzyza Sw.

Dalej spacerem przez Dzielnice Lacinska, Ormianska i Zydowska dochodzimy na Syjon, odwiedzamy Wieczernik i dochodzimy do dawnego Palacu Kajfasza, dzis do kosciola sw. Piotra "In Gallicantu". Tu ksiadz Krzysztof odprawia nasza dzisiejsza msze, a potem mam okazje pomedytowac przy pieknych ikonach, ukazujacych trudna relacje sw. Piotra wobec naszego Pana. Od milosci po zdrade, od tchorzostwa po wiernosc i oddanie. Nawiedzamy ciemnice Palacu Kajfasza, ogladamy panorame bizantyjskiej Jerozolimy, robimy zakupy, a potem przez Brame Margrebinow podchodzimy pod Sciane Zachodnia, ktora w Polsce nazywamy najczesciej Sciana Placzu. Fragment podpory, fundamentow i muru Swiatyni Jerozolimskiej. Dzis, po zniszczeniach I i II wieku nie ma juz tego najwazniejszego dla Zydow sanktuarium. Na jego miejscu stoi kompleks waznych meczetow. Zydzi modla sie przy jedynym fragmencie zabudowan dawnej Swiatyni, ktory dotrwal do dzis dnia. Wierza, ze mur ten przenika Szekina, stala, namacalna Obecnosc Boza. Widzimy zydowskich wiernych, rabinow, chlopcow przed bar-micwa, modlacych sie zolnierzy. Rowniez nasi pielgrzymi wsuwaja w szpary muru karteczki z wlasnymi modlitwami. Piekne zakonczenie ciekawego i waznego na tej pielgrzymce dnia.

Wracamy do hotelu, gdzie jemy kolacje, nasi sosnowieccy pielgrzymi pakuja sie i szykuja do nocnej podrozy na lotnisko (a potem do Polski), a ja witam nowych pielgrzymow - z myslowickich Morgow. Wsrod nowych pielgrzymow jest moja mama. Wielka radosc spotkac ja w Ziemi Swietej - usmiechnieta i szczesliwa.

Notki z kolejnych dni

Skryptorium sw. Hieronima. Cialo swietego przeniesiono z Betlejem do Rzymu, do kosciola Santa Maria Maggiore.

Chleb zwany przez nas pita to po arabsku humiz.

O kosciele na miejscu Wniebowstapienia - byl to Imbomon, kosciol "na podwyzszeniu". Zniszczyli go Persowie. Przy nas jakas nawiedzona grupa ewangelikalna z liderem, ktory na caly glos, przez mikrofon cos tam glosi. Przeszkadzaja innym w kazdym razie. Nazywaja sie CENTI. Jest to niekatolicka grupa ewangelizacyjno-terapeutyczna. Ksiadz mowi, ze za pieniadze muzulmanie pozwalaja roznym dziwnym grupom odprawiac swoje rytualy, modlitwy i liturgie w miejscach, ktore sa niedostepne w normalnym dialogu miedzyreligijnym.

Zegnam sie z zapachem ziol na Gorze Oliwnej, podziwiam blask jerozolimskiej wiosny schodzac w dol do Doliny Jozafata. Okazuje sie, ze klaszor i kosciol prawoslawnych siostr.

Kosciol "in Gallicantu". Schody do palacu Kajfasza. Schody Swiete w Rzymie pochodza z innego miejsca, z Twierdzy Antoni.

Tylko 15% Zydow to haredi (ultraortodoksi) i dati (ortodoksi). Hiloni (zlaicyzowani) to 50% Izraelczykow. Pozostali sa umiarkowanie praktykujacy - masorti (przestrzegaja szabatu, koszernosci). Haredi i dati oddzielaja sie od reszty spoleczenstwa. Mieszkaja w dobrowolnych gettach.

Narodowo Zydzi dziela sie na aszkenazyjskich (z naszych Kresow, Rosji) i sefardyjskich (z Hiszpanii, Magrebu). Sztrajmyl to kapelusz w jidysz. Czesta jest tu kipa czyli jarmulka. Jest to czeste nakrycie glowy u ortodoksow. Kobiety zaslaniaja wlosy siateczka albo nosza peruki - zeby widok wlosow zachowac dla meza. Mezczyzni nosza tez talit (tales) z fredzlami ciciti, ktore maja przypominac o 613 przykazaniach. Jest tez tzw duzy tales, ktorego uzywa sie podczas waznych modlitw. Podczas modlitwy Zydzi zakladaja tefilim, skrzyneczki ze schowanym zwojem pisma. Ortodoksi nie uznaja panstwa Izrael. Ale jednoczesnie korzystaja z pomocy panstwowej.