Narodziłem się powtórnie


Poniższy tekst jest przeredagowanym wpisem z chrześcijańskiego działu forum Elendilich - z Bractwa św. Brendana.

Chrystus Jezus powiedział do bogobojnego Nikodema:

Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi powtórnie, nie może ujrzeć Królestwa Bożego (J 3,3).

Wyrośli z protestantyzmu chrześcijanie ewangelikalni podkreślają dziś ze szczególnym naciskiem, że "narodzenie się na nowo" to warunek niezbędny do zbawienia. Pamiętam pewne wydarzenie z forum Elendilich. Jeden z Elendilich - brat z ewangelikalnej wspólnoty nie-katolickiej - zadał wprost innemu użytkownikowi - chrześcijaninowi katolikowi - pytanie o to, czy aby na pewno ten ostatni "narodził się on na nowo". Słowa te wywołały na forum niesmak i pozostawiły po sobie urazy... Ale przecież takie pytanie jest jak najbardziej słuszne, o ile jego zadanie nie jest związane z "ucieraniem nosa", arogancją i wywyższaniem się ponad innych...

Protestanci z nowych ruchów ewangelikalnych pytają często o to, czy pamiętamy moment, gdy narodziliśmy się powtórnie, co oznacza przede wszystkim: czy pamięta się moment w życiu, gdy Chrystusa uznało się za swojego króla i osobistego zbawiciela. Dla niektórych odłączonych od Kościoła katolickiego (czy prawosławnego) chrześcijan znakiem takiego "narodzenia na nowo" jest przyjęcie chrztu (przy uznaniu, że chrzest w Kościołach katolickim czy prawosławnym nie jest dla tych ludzi ważny).

Chciałbym sam opowiedzieć kilka słów o swoim narodzeniu się powtórnym, swojej metanoi, która była zasadniczym zwrotem w moim życiu, i która upewnia mnie, że jak inni chrześcijanie z Kościoła katolickiego jestem - mówiąc językiem św. Pawła - święty, że już tu moim udziałem jest Królestwo Niebieskie, i że Pan mnie wybawił od śmierci i grzechu. Chciałbym też poprosić innych chrześcijan w tej grupie o opowiedzenie o swoim doświadczeniu powtórnych narodzin do Królestwa Niebieskiego.

Choć ochrzczono mnie 36 lat temu w czasach mojego niemowlęctwa i chrzest był dla mnie aktem nieświadomym, to wiem, że decyzja wolnej woli, która jest niezbędna do metanoi dokonuje się w moim życiu stale - jest jakby ciągłym aktem upomnienia, nawrócenia, odnowy. Z mojej perspektywy chrzest, czyli zanurzenie w śmierci Jezusa aby narodzić się wraz z Zmartwychwstałym do nowego życia, jest jednym dokonującym się stale aktem, który wspierają inne dary sakramentalne: spowiedź i Eucharystia, a w czasach świadomych wyborów okresu nastoletniego umocnienie postanowień chrzcielnych w momencie bierzmowania i świadomy akt przyjęcia zobowiązań małżeńskich w dniu ślubu. Powtarzam też postanowienia chrzcielne co rok w czasie Paschy. Oczywiście to wszystko może być pustym aktem, zewnętrznym gestem, którego nie wypełnia duchowa treść. Wiem jednak, że dla mnie te decyzje o nawróceniu są świadomym wyborem - ustawieniem Pana Chrystusa Jezusa na pierwszym miejscu w moim życiu. Nie ma przy tym wielkich fajerwerków. W moim życiu Pan przychodzi w "szmerze łagodnego powiewu" (1Krl 19,12).

Z mojego doświadczenia wynika, że narodzenie się powtórnie nie daje gwarancji, że wola ludzka nie wybierze któregoś dnia autarkii (gdy zamiast uznać, że zależy się od Boga, człowiek złudnie wierzy w samostanowienie i samodzielność). Co więcej, żadna metanoja nie gwarantuje, że w zasadniczym momencie śmierci człowiek nie odwróci się od swojego Zbawiciela i nie wybierze życia wiecznego w piekle (piekłem jest dla mnie niewyobrażalne cierpienie, które jest karą odwrócenia się od Boga, którą zadać sobie możemy tylko własną decyzją, która trwa wiecznie i dokonuje się w całkowitym oderwaniu od Boga - nikt za życia takiego oderwania nie odczuwa, nawet największy ateusz czy satanista). Myślę, że każdy, kto narodził się na nowo, wie wciąż co to jest niewierność Bogu, grzech, bunt, nieczystość. A jednak przylgnięcie do Pana sprawia, że zło naszych myśli i czynów nie oddziela nas już od Źródła Życia i zawsze łatwiej uderzyć się w pierś, uznać swój grzech i przyjmować stale dar Królestwa Niebieskiego.

Gdyby zapytał mnie o swoje powtórne narodziny ewangelikał, wspomnieć mogę pewien letni dzień lat 90., w burgundzkiej wiosce Taizé, w romańskim kościółku, gdy w samotności tzw. "Grupy Ciszy" (rodzaj pogłębionych rekolekcji, przeżywanych w tygodniowym milczeniu) wyznałem Panu, że bez Niego umrę duchowo, że tylko On jest moim władcą i zbawcą, że jestem we władaniu grzechu, a tylko On może mnie z niego wyciągnąć. I wiem, że od tamtej chwili, która była owocem mojego nieświadomego chrztu, wychowania wyniesionego z chrześcijańskiego domu moich rodziców, z lektur i rozmów, z świadomie przeżytego bierzmowania, z modlitw moich za innych i innych za mnie (wliczając w to mojego anioła, moją Matkę, Maryję, moich świętych patronów), dokonał się PRZEŁOM, wspaniała EUKATASTROFA mojego życia. Wiem już, co to jest narodzić się powtórnie i chcę z tego miejsca dać świadectwo, że dla mnie to zdarzenie nie mogłoby się dokonać bez mojego wyrośnięcia w Ciele Chrystusa, którym jest jeden, święty, powszechny i apostolski hebr. Kahal, gr. Ekklesia - Kościół katolicki.

Wyznaję jeden chrzest na odpuszczenie grzechów i oczekuję wskrzeszenia umarłych i życia wiecznego w przyszłym świecie. Amen

Komentarze