wtorek, sierpnia 26, 2008

Drogami Armenii, cz. 6


Dziś opuszczamy erywański hotel, nasz gościnny „Aviatrans”, i ruszamy w daleką, blisko 500-kilometrową drogę przez północne rubieże kraju, aby odwiedziwszy kilka ważnych zabytków dojechać do kolejnego miejsca noclegowego – hotelu „Tsapatagh” nad malowniczym jeziorem Sewan.


Wcześniejsza niż zwykle msza, wspaniałe, pożywne śniadanie i w końcu, o godzinie 8.10 ruszamy spod hotelu w nieznane (dla nas – dla naszego przewodnika bardzo znane). Ładny poranek, błękitne niebo. Opuszczając Erywań zwracam uwagę na niedokończone osiedla. Kikuty niewybudowanych domów (widać, że bloki wznosi się tu metodą antysejsmiczną, oparte na betonowych słupach – stąd te kikuty). Garik tłumaczy, że budowy zaprzestano po trzęsieniu ziemi w roku 1988. Dziś poznamy miejsca, które w tamtym roku zostały całkiem unicestwione przez siły przyrody.

Opuszczamy okolice Erywania, jedziemy na północ, znajdujemy się w końcu w znanej nam z wczoraj dolinie między Aragacem i Aramem. Wokół nas panują barwy brunatne i żółte we wszystkich odzieniach. Czasem tylko pojawia się zieleń – zazwyczaj świeża i bujna. To niskopienne krzewy, zarośla, karłowate drzewka. Przy drodze hodowcy pszczół rozkładają tymczasowo pasieki. Małe skrzyneczki, w których mieszkają pracowite owady. Miód jest jednym z bogactw tej ziemi. Coraz więcej gór. Światłocienie przykryte woalem delikatnej mgiełki. Przejeżdżamy przez Basz-Aparan, gdzie w 1918 r. Ormianie doznali cudu podobnego do naszego cudu nad Wisłą – gdy w wyniku Rewolucji Październikowej wojska rosyjskie opuściły Wschodnią Armenię, wtargnęli tu Turcy. Armenia rozbiła przeważające siły osmańskie w tym właśnie miejscu. Dawid na przeciw Goliata. Teraz wznosi się tu piramidalny pomnik widoczny z daleka oraz otaczający go las pamięci.


Autokar staje na poboczu w jednej z wiosek zamieszkanych przez koczowniczych, pogańskich Jazydów. Oglądamy niezwykły przydrożny cmentarz z ciekawymi kamiennymi nagrobkami w kształcie małych osiodłanych koników. Podbiegają do nas dzieci koczowników. Łase są na nasze słodycze. Robimy wiele zdjęć. Jazydowie etnicznie są pobratymcami Kurdów. Dzieli ich tylko religia. Oba ludy irańskie mówią podobnymi językami, ale gdy jedni czczą Allaha, drudzy składają ofiary idolom. Ciekawe spotkanie z mało nam znaną kulturą.

Zatrzymujemy się w Spitak, mieście, które leży tuż koło epicentrum trzęsienia ziemi z 1988 r. Wszystko jest tu nowe – zrekonstruowany kościół o tradycyjnej ormiańskiej architekturze, rynek z ciekawymi budowlami z lat 90., domy mieszkalne. Większość mieszkańców Spitak zginęła w chwili trzęsienia, o ile nie znajdowali się poza swoim miastem. Jedziemy też przez przemysłowy Wanadzor, trzecie co do wielkości miasto Armenii. Tu również trzęsienie ziemi dało się mocno we znaki. Ilu ludzi zginęło pamiętnego dnia 1988 r.? Władze sowieckie pozwoliły mówić o 26 tysiącach. W czasach niepodległej Armenii mówi się o 90 tysiącach, choć źródła angielskie podawały nawet 260 tys. – zapewne wedle zasady, że Sowieci zaniżali wszystkie niekorzystne dane średnio 10 razy.

Z prowincji (marz) Aragac wjechaliśmy do północnej prowincji Lori. Łyse, pozbawione roślinności góry, wzniesienia pokryte rudymi trawami, bezdrzewne. Wszystko wygląda dostojnie, a w moich oczach również bardzo „azjatycko”. Tak sobie zawsze wyobrażałem bezdroża Azji, bezkresy Wschodu.


Na postój zatrzymujemy się w pięknej górskiej okolicy, w hotelu należącym do konsorcjum Tufenkian Heritage Hotels. Korzystamy tu z toalet, podziwiamy piękną architekturę, robimy zdjęcia dostojnym krajobrazom. Rzeka, która w ormiańskim nosi nazwę „Szalona”, przełomem zmierza do granicy z Gruzją. Nad nią stoi hotel, który został zaprojektowany przez właściciela – bogatego Ormianina z Nowego Jorku, projektanta i architekta, właściciela fabryk ormiańskich dywanów. Nad Jeziorem Sewan zamieszkamy w innym czterogwiazdkowym hotelu tego bogacza. Jż zacieramy ręce, bo zapowiada się pobyt w ładnym, nowocześnie i wygodnie zaprojektowanym hotelu.


Naszym najważniejszym punktem programu są dziś dwa wpisane na listę UNESCO monastyry – w Sanahin i Haghpat. Nie spodziewamy się, jakie piękno czeka nas w tych miejscach. Dojeżdżamy do przemysłowego miasta Alawerdi (tu urodzili się... Charles de Gaulle oraz Kerk Douglas, stąd pochodził materiał do wykonania Statuy Wolności w USA - tak twierdzi Garik). Nad tym zranionym przez cywilizację techniczną zakątkiem Armenii unoszą się dymy z górującej nad wszystkim huty miedzi. Miasto w najniższym miejscu leży na wysokości około 700 m n.p.m., a w najwyższym na wysokości 1400 m n.p.m. Obie części łączy obskurna, sowiecka kolejka linowa. Wspinamy się drogą do Sanahin – wysokiej części Alawerdi. Straszne, odrapane osiedle z czasów Chruszczowa (te bloki nazywają tu po rosyjsku chruszczowkami), dziurawa jezdnia, niebezpieczne, pozbawione pokryw studzienki kanalizacyjne, ale ludzie uśmiechnięci, machają nam czasem, patrzą się na nas z życzliwością.

Monastyr w Sanahin pochodzi z tego samego czasu, gdy w Państwie Polan Mieszko przyjmował chrzest. Wtedy Armenia była krajem chrześcijańskim już od 650 lat! Opuszczony klasztor z zespołem kościołów, obszernych przedsionków, których posadzki to ukryte pod dachem cmentarzyska, z mauzoleami możnych, biblioteką. To ostatnie wnętrze jest szczególnie ciekawe. Jedyne otwory okienne do wąziutkie okienko od strony wschodniej oraz niewielki okrągły otwór u szczytu kopuły. A jednak mądra konstrukcja pozwala rozchodzić się światłu tak równomiernie, że całe obszerne wnętrze skąpane jest w blasku – można tu czytać książki. Te ostatnie ukryte były pod posadzką w wielkim archiwum. Zniszczyli je Mongołowie w XIII w. Cały kompleks w Sanahin wygląda jak świątynia wydarta zazdrosnej o swe ukryte skarby dżungli. Roślinność panuje tu nad przestrzenią, która kiedyś była domeną ludzi. Drzewka rosną nawet na dachu kościoła, co oczywiście nie jest korzystne dla całej budowli. I choć opiekuje się tym miejscem UNESCO, brak funduszy nie pozwala na odnowienie monastyru.
Kompleks klasztorny w Haghpat różni się od Sanahin choćby tym, że jest zadbany i żywy jako miejsce kultu. Tu również oglądamy kościoły i inne budowle z X wieku. Zachwyca nas niezwykła dzwonnica, ślady fresków w kościołach, jaskółki niosące pożywienie do swych gniazd pod sklepieniem jednego z kościołów, niezwykłej urody chaczkary. Cieszymy się też ze spotkania z ormiańskim duchownym, ojcem Aspetem (jego imię oznacza w ormiańskim „Rycerza”). Ksiądz Apostolskiego Kościoła Ormiańskiego pochodzi z Libanu, a nauki pobierał w Jerozolimie. W Haghpat służy dopiero od stycznia bieżącego roku. Bardzo miły, uśmiechnięty kapłan mówi o dziejach chrześcijaństwa w Armenii, o znaczeniu religii dla narodu Ormian, o tym, że samych siebie nazywają „Oświeconymi” na cześć św. Grzegorza Oświeciciela, ich apostoła. Potem odpowiada na nasze pytania, między innymi o różnice teologiczne między Kościołem katolickim i ormiańskim. Cieszymy się wspólnie, że w wyniku porozumienia teologicznego z czasów Jana Pawła II i ich poprzedniego katholikosa najpoważniejsze różnice dotyczące natury Chrystusa okazały się pomyłką lingwistyczną. Ojciec Aspet na koniec modli się po staroormiańsku i nas błogosławi, a nasi kapłani błogosławią jego i nas modlitwą katolicką.

Jedziemy do Alawerdi, żeby w cieniu kominów zjeść obiad w przydrożnej restauracji. Całkiem smacznie, ale nie ma tego klimatu, co w poprzednie dni na podwórzach gospodarzy w Garni i Aszrak. A potem przez kolejną północną prowincję, przez góry przypominające raz Beskidy, raz Bieszczady, mijając wioski rosyjskich starowierców, którzy zostali tu zesłani jeszcze przez carycę Katarzynę, dojeżdżamy do brzegów Jeziora Sewan. Mijamy Dilidżan oraz miasto Sewan i odkrywamy piękno bezkresnego jeziora, które zajmuje 5% obszaru całego kraju. To jedno z trzech historycznych „mórz” starej, nieistniejącej już Wielkiej Armenii. Bardzo nam się tu podoba, tym bardziej, że do hotelu jest naprawdę blisko. Podróż mija w wesołej atmosferze. W autokarze kilka wybranych osób ma po 10 minut na autoprezentację. Mamy okazję poznać się lepiej, dowiedzieć się o swoich profesjach i zainteresowaniach, o życiu i o naszych rodzinach.


O 20.00 dojeżdżamy na miejsce. Wprawdzie okazało się, że hotel nie leży nad brzegiem jeziora, a raczej jest od tego brzegu oddalony o jakieś pół kilometra, ale sama budowla wygląda ładnie. A gdy jeszcze okazuje się, że czeka na nas niespodziewana kolacja, a jutro skorzystać będziemy mogli gratis z basenu, jacusi i sauny, wszystkim uśmiechają się buzie.

Dzień kończy się jedną z najpyszniejszych kolacji w czasie tej pielgrzymki. Nie dość, że posiłek podaje między innymi dziewczyna, która mogłaby być obiektem uczuć tego, który wymyślił pieśń „Oczy cziornyje...” (piękne ormiańskie rysy i oczy, w których na pewno utonęły marzenia i uczucia niejednego śmiałka), to jeszcze jakość i wymyślność potraw jest zachwycająca: zwyczajowe przystawki, a na danie główne „gołąbki” z baraniego mięsa zawijanego w liście winogron (oryginalny, wspaniały smak), kulki kaszy czy ryżu z pysznym mięsem w środku oraz dobra, delikatna fasolka szparagowa. Na deser całkiem niezłe ciasto oraz kawa (lub mięta, lub „cziornyj czaj”).

Kończy się szósty dzień pielgrzymki. Jako, że jest już 23.58, zamykam notebooka i idę spać. Jutro dzień wolny – długie spanie, śniadanie, msza, wypoczynek nad jeziorem lub basenem, obiad i kolacja. Po prostu laba...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz