wtorek, sierpnia 26, 2008

Drogami Armenii, cz. 7


Dziś można było poznać przyrodę Armenii nie tylko oczami, ale również nosem, uszami, każdą wręcz porą skóry. Właśnie wróciłem zmoknięty z kilkugodzinnej wyprawy w pobliskie góry. Czuję w pokoju zapach górskich ziół, bo nie tylko sam tym zapachem przesiąknąłem, nie tylko pachnie tak moje ubranie, ale na stoliku leży wielki bukiet górskich kwiatów, które chcę zabrać do Polski. Armeńskie kwiaty... Roślinność w tym zakaukaskim kraju, w tym dalekim zakątku Bliskiego Wschodu, wyjątkowo pięknie pachnie. Wonie kwiatów i liści są bardzo intensywne i nie bez przyczyny w lokalnej kuchni znajduje zastosowanie tak wiele ziół.

Dzisiejszy dzień to czas relaksu. Odpoczywamy całą niedzielę w naszym nadsewańskim hotelu i jego okolicach. Czuję się jak w górskim Przyjaznym Domu, bo design tej budowli przypomina „wypasioną” alpejską chatę. Kiedyś w powieści Gaimana znalazłem fajne określenie, które pasuje jak ulał: „ostentacyjna i kosztowna skromność”. Dominują naturalne materiały: drewno, kamień, siermiężne materie jak len i grubo plecione pledy. Do tego metal i beton, monochromatyczne, szorstkie powierzchnie. Mieszkamy w hotelu czterogwiazdkowym i pachnie tu rzeczywiście luksusem. Kamienna łazienka z designerską armaturą super pachnie wilgotnym kamieniem i ziemią, gdy kąpiesz się pod prysznicem. Łóżko jest wysokie, przybrane wieloma poduszkami – atmosfera kolonialna. Piję właśnie wodę mineralną (nigdy nie wypiłem w ciągu tygodnia tyle wody mineralnej, co w Armenii – mają tu znakomite źródła!) z glinianego kubka. Świetny klimat. Bardzo mi się tu podoba.
Śniadanie i obiad były wyśmienite, zwłaszcza pyszna ryba, która podobno występuje (wraz z 25 innymi gatunkami) tylko w Jeziorze Sewan. Naprawdę nas rozpieszczają. Na sam obiad było – niech policzę – siedem różnych dań. Na koniec wspaniałe lody i ormiańska kawa.

Niedziela to dzień święty. Nasza dzisiejsza msza odbyła się w podcieniach niedaleko restauracji. Prowadził dziś ksiądz Jan z Niemiec, wspaniały kapłan, którego poznałem w Islanii, a z którym miałem przyjemność pielgrzymować w tym roku do Ziemi Świętej. Msza była ładnie odprawiona i zaśpiewana. Naprawdę czuje się w tej grupie wspólnotę.

Mnóstwo rekreacji. Po mszy, a przed obiadem skorzystałem z basenu, woda którego okazała się chłodna, jak woda z górskiego źródła, ale dzięki temu lepiej się potem „obiadało” (obiedat’ to po rosyjsku ‘jeść obiad’). Rozgrzałem się w sympatycznym, gorącym jaccusi. A po obiedzie wyruszyłem w góry, które kusiły od rana. Chciałem się wspiąć jak najwyżej, żeby zobaczyć szerszą panoramę Sewanu. Opłacało się. Wędrówka nie była trudna, po drodze zbierałem kwiaty i robiłem zdjęcia. A gdy podziwiałem widoki ze szczytu ramienia, na które się wspiąłem (byłem na wysokości ok. 2500 m n.p.m.), dołączyła do mnie para naszych pielgrzymowiczów. Dzieliliśmy się zachwytem, a potem oni powędrowali dalej w góry, a ja wróciłem do hotelu. I po drodze zlał mnie górski deszcz o kroplach tak wielkich jak grochy. Chłonąłem przyrodę całym ciałem. Cieszę się, że dane mi było poznać bliżej tę piękną ziemię.

Zaraz idę na kolację, bo dochodzi 20.00. Słońce zaszło i za chwilę zrobi się ciemno, bo inaczej niż u nas na północy, tu nie ma świtu ani zmierzchu, po dniu szybko nadchodzi noc. Ciekawe czy będzie widać tyle gwiazd co wczoraj w nocy.

1 komentarz:

  1. Barev :)
    Ja w Armenii bylem w kwietniu ubiegłego roku i jeśli wszystko sie uda będę ponownie za miesiąc :) Piękny kraj i cudowni ludzi.
    tu moja krotka relacja http://xpictianoc.blogspot.com/2007/08/kwiecie-w-armenii.html

    pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń