poniedziałek, września 01, 2008

Drogami Armenii - finał


Pierwszy poranek w domu po wyprawie do Armenii. Cieszę się, że jestem znowu w Aldrajchu, bo nie ma to jak we władnym domu. Każda podróż, nawet bliska, to oprócz wielu ciekawych zdarzeń i atrakcji również tęsknota za domowymi pieleszami, bo w głębi serca, mimo trybu życia, jaki prowadzę od kilkunastu lat, jestem prawdziwym hobbitem-domatorem. Uwielbiam powroty, kocham tę chwilę, gdy otwierają się drzwi i wchodzę w zapach mojego mieszkania. Pamiętam to uczucie jeszcze z dzieciństwa (mieszkam tu od 30 lat!), gdy wracaliśmy z rodzicami z wakacyjnych wypraw. Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.




Na stoliku obok notebooka stoi wazon z kwiatami i ziołami znad jeziora Sewan. Zmysł węchu jest dla mnie bardzo ważny, a zapachy odgrywają w moim odczuwaniu świata bardzo ważną rolę. I teraz głęboko wdycham tę kojącą woń górskiego zbocza w północnej Armenii: macierzanka, osty, różne różowawe, żółte, białe kwiatki, których nazw nie znam, trawy, liście... Zioła z Armenii pachną intensywnie również w Polsce. Leżą tu też pamiątki, które rozdam w prezencie rodzinie i przyjaciołom: kamienne i drewniane chaczkary, kalendarze z widokami Armenii, pocztówki, monety dramów dla dzieci, płyty CD, kamienie. Moja mała Armenia na stoliku w salonie. W TV wzruszające sceny. Gruzińskie dzieci z Osetii Południowej, które wygnane z rodzinami ze swojej ojczyzny przez wojska rosyjskie i osetyńskich separatystów, zostały zaproszone na wakacje do Polski. Wiele z nich przybyło do naszej ojczyzny bez najmniejszego nawet bagażu. Polacy zadbali więc nie tylko o ładne miejsce, zabawy, opiekę psychologów, ale również zakupili dla dzieci ubrania, torby, kosmetyki. Dla większości z tych dzieciaków pobyt w Polsce, to pierwsza wycieczka zagraniczna. Dziewczynki ze łzami w oczach dziękują nam za pomoc... Przypomina mi się relacja Petry z Czech, turystki, która w Erywaniu opowiadała nam o tym, jak wspaniale zachowały się nasze służby konsularne w Tbilisi, jak wyróżniają się tam Polacy w swoim zaangażowaniu w pomocy Gruzinom i obywatelom innych krajów, którzy chcieli wydostać się z regionów zagrożonych rosyjskim atakiem.

Ostatni dzień pobytu w Armenii był jednym z najpiękniejszych i najciekawszych. Napiszę w skrócie. Zaczęliśmy oczywiście od dobrego śniadania, od pożegnania z przemiłą obsługą hotelu i restauracji, od wpisania się do księgi pamiątkowej (byliśmy pierwszą grupą z Polski, która odwiedziła ten hotel). Pakowanie było trochę utrudnione, bo jak na przykład włożyć do walizki, która będzie przerzucana, tarmoszona i gnieciona w czasie samolotowego transferu, bukiet górskich kwiatów. Ale udało się.

A potem ruszyliśmy na północ i zachód, wzdłuż brzegu Sewanu i po około 40 min. dojechaliśmy do tzw. Czarnego Klasztoru na dawnej wyspie. Od kilkudziesięciu lat poziom jeziora znacznie opadł i to, co było niegdyś wyspą, stało się półwyspem. Rabunkowa gospodarka z czasów realnego socjalizmu. Wymyślono sobie, że woda z jeziora będzie zasilała armeńskie rolnictwo i skończyło się katastrofą ekologiczną, wymieraniem występujących tylko tu roślin i zwierząt. Ale obecnie trwają wysiłki nad odbudowaniem dawnego ekosystemu. Sam klasztor jest bardzo malowniczy. Dwa wczesnośredniowieczne kościółki, które często pokazuje się na pocztówkach (ładnie wyglądają z jeziorem w tle), ruiny wczesnej bazyliki z IV w. Tu po krótkich negocjacjach odmówiono nam jednak możliwości odprawienia mszy wewnątrz ormiańskiego kościoła, ale poradziliśmy sobie. Rozłożyliśmy ołtarz polowy w ruinach kościoła z samych początków chrześcijaństwa w Armenii – z wieku IV. Piękna msza w starożytnych didaskaliach. Wspaniały widok na Sewan.
A wkrótce potem ruszamy w dalszą drogę. W autokarze ciekawe opowieści Garika, modlitwa, muzyka. Zmierzamy ku ostatnim odcinkom Jedwabnego Szlaku, który, prowadząc z Chin do Europy, miał w sumie około 12 tys. kilometrów. Zanim dojedziemy do Przełęczy Selim, gdzie wkroczymy na tę pradawną drogę handlową, czekają nas odwiedziny na niezwykle interesującym cmentarzu ormiańskim. Podjeżdżamy do Noratuz, gdzie na sporym obszarze znajdują się nagrobki od XIII do XVII w., ale także groby XIX-wieczne i współczesne. Miejsce pamięci, miejsce refleksji nad upływającym czasem. Wspaniałe chaczkary, średniowieczne płaskorzeźby ze schematycznie wyobrażonymi scenami rodzajowymi. Garik chce nam pokazać jak najwięcej, opowiada o poszczególnych grobach słowami znawcy. Jest w końcu historykiem sztuki. Ciekawe jest też spotkanie z ormiańskimi pielgrzymami.
Dalszy odcinek drogi to wielka zmiana krajobrazu. Brzegi jeziora ustępują przed coraz wyższymi wzniesieniami. Gołe pagóry, stada owiec lub krów, prosta zabudowa. Zatrzymujemy się w punkcie widokowym na Przełęczy Selim, gdzie docierał najdalej na zachód Jedwabny Szlak. Widok zapiera dech, nie chce się wracać do autokaru, a przecież czas goni. Mamy dziś bogaty program. Zanim ruszymy dalej, Garik pokazuje nam niezwykły XIII-wieczny budynek – jedną ze stanic dla karawan, czyli caravansaray. Budowla wzniesiona w stylu podobnym do kamiennych kościołów, ciekawa ornamentyka, w której mieszają się motywy ormiańskie i arabskie. Pomieszczenie dla ludzi i dla zwierząt. Światło wpadające wyraźnymi smugami przez otwory nad głową. Wszystko zachowane w świetnym stanie.
Zjeżdżając Przełęczą Selim w dół oglądamy inne pozostałości dawnego Jedwabnego Szlaku – średniowieczne mostki, kawałki dawnej drogi. Bardzo to wszystko ciekawe. A wokół panują odcienie brązu, rudości, żółci. Surowa przyroda.
Dostajemy się w końcu do doliny, a tam czeka na nas gościnna restauracja. Nadziewane papryki, dobre mięso, chleb podobny do europejskiego, a nie ma lawaszu. Dobry odpoczynek na popas dla naszej „karawany”. Po orzeźwiającej kawie wsiadamy do autokaru i nasz Wania zabiera nas w podróż, której nie zapomnimy. Oto bowiem zjeżdżamy z głównej drogi w wąską dolinę, pomiędzy stromymi skałami. Tu wielka grota, tam głaz wielkości pagórka, który kiedyś musiał spaść ze szczytu. Wspaniała przyroda. Jedziemy do jednego z najładniejszych klasztorów w Noravank.
Zabudowania tego zespołu architektonicznego pochodzą z XIII-XIV w. Są bardzo oryginalne. Styl odmienny od surowości architektury innych regionów Armenii. Lekka konstrukcja, wspaniała kopuła wsparta na łukach i kolumnach. Przygodą jest wspinaczka po wąskich schodkach (szerokość łokcia) bez żadnej balustrady na wyższy poziom kościółka. Wchodzenie nie tak trudne, ale schodzenie... Mamy ubaw, ale trochę drżę, żeby nikomu się nic nie stało. Dwie budowle kościołów są bardzo zadbane, dobrze zachowane. Z tarasu widokowego rozciąga się szeroki widok. Spoglądamy na dwa kamieniołomy, z których pochodził materiał do budowy Noravank, czyli Nowego Klasztoru. Czas na wspólne zdjęcie. Żartobliwie rzucam hasło, żeby grupa ustawiła się na wspomnianych wąskich schodkach. Myślicie, że długo trzeba było czekać? Ja mam zmrożoną krew w żyłach, a moja grupa wspina się odważnie po stopniach, ustawia ładnie do fotografii. To chyba najbardziej oryginalne zdjęcie z całej naszej pielgrzymki.

A potem trzeba pożegnać Noravank i jedziemy dalej na południe, ku granicy Armenii z Iranem i Turcją. Naszym celem jest ostatni już na trasie klasztor w Khor Virap u stóp znajdującego się już (niestety!) w Turcji Araratu. Mamy kilka godzin jazdy, w czasie której dowiadujemy się jeszcze więcej szczegółów o Armenii. Garik jest dziś w wyjątkowo dobrej formie. Naprawdę się rozgadał, a grupa tak się rozkręciła z językiem rosyjskim, że prawie nie mam co tłumaczyć.

Dojeżdżamy do Równiny Ararackiej. Żyzne ziemie, liczne uprawy. To tu powstają nadwyżki eksportowe tego małego kraju. A nad wszystkim milcząca, majestatyczna sylwetka ukrytego za woalem mgły Araratu – Góry Gór. Do zboczy góry mamy tylko około 20 km. A wznosi się ona około 4 km w górę! Niesamowity widok. I już widzimy klasztor, jedną z ikon turystycznych Armenii, która pojawia się w folderach, książkach, na pocztówkach. Wprawdzie sam kompleks obecnych budowli pochodzi z XVII w., ale fundamenty są z wieku IV. To tam przez lata męczony był i więziony św. Grzegorz Oświeciciel, zanim jego król i oprawca nie przyjął Chrystusa jako swego pana i nie uwolnił apostoła. Na parkingu podchodzą chłopcy z gołębiami. Taki tu zwyczaj, że można kupić gołębia, wziąć go w ręce, zanieść pod kościół i tam z modlitwą puścić go w niebo (oczywiście gołąb wraca do chłopca, jego właściciela, a interes się kręci, bo wypożyczenie gołębia kosztuje 1000,- dramów).

Klasztor robi na nas duże wrażenie. Niektórzy są tak zapatrzeni i zafotografowani, że nie patrzą pod nogi. Huk! Oto ksiądz Andrzej spadł z metrowego murka, bo zafascynowały go zdobienia portalu głównego kościoła. Na szczęście nic się nie stało. Gdy cała grupa gromadzi się na dziedzińcu, modlimy się o pokój w Kaukazie i puszczam białego gołąbka, dla nas gołąbka pokoju, w niebo. Ciekawe jest też zejście po drabinie w zupełnych ciemnościach przez bardzo wąski komin w ziemi, w kościele św. Grzegorza, dziurę głębokości jakichś 8 metrów. Tam znajduje się ciemnica, w której przetrzymywano przez lata apostoła Ormian. Wrażenie jest niezwykłe. Aksamitna ciemność, która zalewa oczy.

A potem ruszamy do Erywania. Po pół godzinie jesteśmy w centrum, pod naszym hotelem. Garik pokazuje nam pobliskie sklepy z pamiątkami. Szybko rozdaję klucze i udajemy się na odpoczynek. Jest godzina 20.00. Mamy jeszcze czas na ostatnie zakupy. W końcu zdobywam kamienne chaczkary dla bliskich, kalendarze z pięknymi fotografiami z Armenii, wspaniałą muzykę ormiańską na CD. A potem krótki sen.

* * *

Wstajemy o 3.30. O 4.00 bardzo skromne śniadanie (ale to chyba dobrze, bo kto je tak wcześnie śniadania!). O 5.00 jesteśmy już w porcie lotniczym. Przelot przebiega spokojnie, w Moskwie czeka na nas nasz samolot do Warszawy, a musi czekać około pół godziny, bo na trasie Erywań – Moskwa były opóźnienia. Dobrze wszystko zorganizowane przez Rosjan. Jesteśmy pełni uznania. Gonimy upływające godziny, bo zmieniamy strefy czasowe. Z Moskwy ruszamy o 10.20 i do Warszawy przybywamy o... 10.20! Lot trwa dwie godziny, ale też dwie godziny różnicy są między dwiema stolicami. W Warszawie zgłaszamy skradzione w drodze do rzeczy, zniszczone torby, a potem przechodzimy do autokaru znajomego kierowcy Grzesia i ruszamy do Katowic. Droga mija szybko, po drodze jemy obfity obiad w znajomym „Janosiku”. Piękna sprawa, bo około 16.00 jestem już w moim kochanym domu, domu pachnącym wypoczynkiem, spokojem, swojskością...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz