czwartek, marca 27, 2008

Chrzest wyobraźni


Młody ateista, zadowolony z życia bez wiary, przeświadczony o tym, że "jednostka wykształcona i myśląca" nie może tkwić w "starych wierzeniach" - C. S. Lewis w wieku osiemnastu lat. Ciekawie opisuje ten etap życia przyszłego apologety chrześcijaństwa w książce C. S. Lewis a Kościół katolicki (rodziale "Wytrwały ateista") jej autor, Joseph Pearce. Lewis pisał wiele lat później w kronice swojego nawrócenia, w książce Zaskoczony radością, że

Młody człowiek, który chce być wytrwałym ateistą, musi bardzo starannie dobierać lektury.

Grozi mu bowiem coś, co w innym miejscu Lewis nazwał ochrzczeniem wyobraźni. Chrzest wyobraźni C. S. Lewisa nastąpił podczas lektury Chestertona (pisałem o nim kiedyś tutaj) i MacDonalda. Autor Kronik narnijskich opisał ten chrzest w następujący sposób:

Phantastes [MacDonalda] bezsprzecznie był wystarczająco romantyczny, jednak czymś się różnił. W owym czasie nic nie leżało dalej od moich zainteresowań niż chrześcijaństwo, dlatego nie miałem pojęcia, na czym w istocie ta różnica polegała. Byłem jedynie świadom tego, że o ile ten nowy świat jest dziwny, to jest zarazem swojski i pełen skromności; jeżeli jest snem, to takim, w którym czujemy się dziwnie czujni; że całą tę książkę otacza coś w rodzaju niewinności chłodnego poranka. (...) W rzeczy samej dokonała ona nawrócenia, wręcz ochrzciła (...) moja wyobraźnię. Nie wywarła żadnego wpływu na mój intelekt ani (w owym czasie) na moje sumienie. Kolej na nie przyszła znacznie później, za sprawą wielu innych książek i ludzi.

Lewis został zarażony urokiem dobroci, siejąc ukryte ziarna nieszukanej i niezauważonej cnoty - ziarna, które wydadzą plon po latach.

Mam kilkoro przyjaciół, którzy zakochali się w Panu Jezusie i Jego Kościele, bo wpierw zauroczyła ich proza Inklingów, zwłaszcza Profesora Tolkiena. Twórczość oksfordzkich mitotwórców - zwłaszcza Lewisa i Tolkiena - ma jakąś niezwykłą moc: zaraża urokiem dobroci. Od dobroci zaś do Dobra jest bliska droga. Świadkiem tej drogi jest na przykład wzmiankowana kiedyś w serwisie Elendilion królowa Danii, Małgorzata II. W wywiadzie powiedziała:

Pierwsza książka Tolkiena… kiedy ją czytałam, opowieść porwała mnie do tego stopnia, że myślałam tak: „gdyby to mogło się wydarzyć naprawdę, gdyby coś takiego istniało w rzeczywistości!” I zdałam sobie sprawę, że to się naprawdę wydarzyło – opowieść czy zbiór opowieści, które nie były eskapizmem czy ucieczką od rzeczywistości, lecz opowiadały dzieje konkretnego czasu i miejsca: historię Jezusa. A potem już poszło, znowu mogłam rysować, uświadomiłam sobie, że znowu coś mi to daje. Doświadczenia tych dwu rzeczy nie da się rozłączyć. Lecz, mówiąc w kategoriach czasu, Tolkien oczywiście był najpierw, reszta przyszła później.

W ostatnią Wielką Sobotę moja tolkienowska przyjaciółka z Rosji przyjęła sakramenty święte w Kościele katolickim. I oto kolejne świadectwo, że ścieżki Śródziemia prowadzić mogą na Drogę - prosto ku jedynemu prawdziwemu Bogu. Jak bliskie mi są jej słowa, że gdy tkwiła w ciemnym okresie swojego życia, nadzieję odnalazła w książkach Tolkiena i wśród znajomych tolkienistów. Zakochanie się w dobru, w dobroci, której piewcą jest Tolkien, było jej drogą do chrześcijaństwa...

bo zaczęłam dużo rozmyślać o tym, co to jest prawdziwa miłość, nadzieja, zbawienie... Otoczenie też grało ważną rolę - bo w Rosji jak również w Polsce pośród tolkienistów jest dużo ludzi wierzących - co więcej, gorliwie wierzących, jeżeli można użyć takiego zwrotu.

U mnie było podobnie. Profesor Tolkien pewnie wie o tym, że stał się moim przyjacielem. Choć stoimy po dwóch różnych stronach rzeczywistości, jest mi on stale kompanem w mojej pielgrzymce przez życie. Podziwiam go jako człowieka. Choć znając jako tako jego biografię wiem o wadach Profesora, są takie sprawy w jego życiu, które mnie porwały od pierwszej lektury Carpentera - biografa J.R.R. Tolkiena. Prosta pobożność, wierność Kościołowi, codzienna Eucharystia, porady duchowne w jego listach*. Mnie w moim byciu w Kościele naprawdę pomaga profesor Tolkien. Wpierw ochrzcił moją wyobraźnię, zakochał w dobroci, a potem swoim życiem pokazał sens życia.

A zatem, drodzy ateiści-tolkieniści, staranniej dobierajcie lektury, o ile chcecie trwać w swoich przekonaniach. Bo kto wie, czy Wasza wyobraźnia już nie została ochrzczona... Márienna!

_____________________
* Patrz tutaj.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz