środa, stycznia 29, 2014

"Żyjemy w tak małym świecie..." (ciąg dalszy historii Inki Wajsbort)

Kilka lat temu, lecąc na pielgrzymkę do Izraela, poznałem niesamowitego człowieka. Nazywa się Jotam Scheiner i jego dziadkowie pochodzili z Sosnowca i Dąbrowy Górniczej (nigdy nie zapomnę tego momentu, gdy w samolocie odwrócił się do nas młody Izraelczyk i piękną polszczyzną zapytał: "Dzień dobry! Jak państwo pięknie mówicie po polsku! Z jakiego miasta państwo pochodzą?"). Jotam nauczył się polskiego w Izraelu od swojej babci. Jesteśmy w ciągłym kontakcie dzięki Facebookowi. I mam nadzieję, że jeszcze raz dobry Bóg pozwoli nam się kiedyś spotkać...

Kilka dni temu wspominaliśmy ofiary Zagłady. Na Facebooku podałem informację o kuzynie mojej mamy (a zatem moim dalszym wujku-kuzynie), Alfredzie Wolfie, który wraz z rodziną został odznaczony medalem Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata (pisałem o nim tutaj) za uratowanie pani Inki Wajsbort (Weissbrot) w czasie II wojny. Dobry człowiek, Alfred, pochowany jest na szopienickim cmentarzu bardzo blisko mojego Taty.

I stał się cud! Nagle Yotam napisał w komentarzu:
"Żyjemy w tak małym świecie! Inka była lekarzem tutaj w Izraelu, Pamiętam ją. Była przyjaciółką mojej babci. Mam tę książkę w domu, z tą dedykacją..." (i Jotam dodał dwa zdjęcia, które prezentuję powyżej).
Dedykacja dla babci Jotama od pani Inki, której życie splotło się z życiem mojej górnośląskiej rodziny brzmi tak (pisana drżącymi literami starszej pani, która tyle strasznych rzeczy przeżyła...):
P. Karoli w tym strasznym dniu, w którym wspominamy nasz wymordowany Naród i naszych Najbliższych. Inka. 23.04.1998
Żyjemy w tak małym świecie! A rodzinne historie zyskują nową głębię. Pani Inka Wajsbort wspomina naszą rodzinę w autobiograficznej książce Był świat Warszawskiej Oficyny Wydawniczej "Gryf" (właśnie zamawiam tę książkę na Allegro). Na Google Books udało mi się wynotować następujące fragmenty dotyczące Wolfów z Szopienic, kuzynostwa mojej mamy:
Na sam koniec chciałabym jeszcze wspomnieć o rodzinach Wolfów i Woźniaków, o których oczywiście nie zapomniałam. I oni zostali odznaczeni przez Instytut Yad Vashem, a ja pozostawałam z nimi w ciągłym kontakcie. Starsze pokolenie tej wspaniałej rodziny już nie żyje. Cześć Ich Pamięci!
 A wcześniej, opisując wspomnienia ze spotkania z Alfredem i jego żoną, Olgą:
Jaki on jest naprawdę ten Volksdeutsch, pan Wolf. Jak nas przyjmie? A może w ogóle nie będzie go w domu? A może jego żona zadzwoni od razu na gestapo? Patrzymy na siebie z Baśką. Nie mówimy nic. Znamy dobrze swoje myśli. Pytań jest tak wiele, a odpowiedzi żadnej. Chęć jej poznania może kosztować nas życie. Życie? Przecież i tak już żyjemy na kredyt. (...) Stoimy pod drzwiami. Na drzwiach wizytówka "Alfred Wolf". Nie ma już odwrotu. Jeszcze raz spoglądamy na siebie. Uśmiechamy się.

(...) Któregoś dnia przychodzi Alfred Wolf i zabiera nas do innego pokoju. Wyciąga pieniądze i adres konspiracyjnej siedziby Haonar Hacyjoni w Sosnowcu. Sosnowiec jest już od dawna "Judenrein", a oni tam siedzą w domu Bożydajów (...).
Ręka mi drży, gdy myślę sobie, jak niezwykle splatają się ze sobą dzieje rodzin i jak niesamowite mogą być spotkania w samolocie. Bardzo serdecznie dziękuję mojemu koledze z Izraela, Jotamowi, za jego pomoc w odtwarzaniu mojej historii rodzinnej. Gdy zdobędę książkę Inki Wajsbort, przekażę Wam więcej informacji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz