wtorek, września 16, 2008

Jesienne ścieżki biegowe


Mała czarna, a potem mała rozgrzewka, stretching w windzie, słuchawki na uszach (płynie z nich ostatnio Death Magnetic Metalliki albo Värttinä...). A potem miarowo krok za krokiem, lekko, radośnie, przez Ordonówny, przejście podziemne, potem kilometr Sobieskiego i już jestem w moim ulubionym parku. Trochę po asfalcie, trochę groblą nad naszą Brandywiną - to znaczy Brynicą... - do Kresowej. Mijam McDonalda, wbiegam na Moniuszki, przebiegam koło kościoła (tu zawsze znak krzyża i szybkie podziękowanie Temu-Który-Jest-Celem-Życiowego-Biegu) i już jestem z powrotem na Ordonówny. W sumie 5 kilometrów. To jest moja najkrótsza ścieżka biegowa. Jej wariantem jest bieg wokół Bagrów (czyli po sosnowiecku Stawików) - wtedy mam na koncie kolejne 10 km.

Biegam od dwóch lat. Jogging zmienił moje życie. Spadłem już ponad 20 kg na wadze, wróciło zdrowie i odporność, ruch daje mi mnóstwo radości. Powolutku, bez rewolucji powiększam swoje możliwości i gdzieś tam daleko za mgłą jest persektywa jakiegoś pierwszego półmaratonu. Marzenia. Zaczęło się od zakupienia specjalnego dodatku do Men's Health, gdzie znalazłem pierwszy plan treningowy. Wpierw, przy około 112 kg wagi były marsze, coraz szybsze marsze, krótkie truchtanie, przebieżki. Dziś mogę biec bez ustanku ponad godzinę. Jest to dużo łatwiejsze, gdy waży się 90 kg.

Dzięki Ci, Panie, za umiejętność biegania!

P.S. Zdjęcie z wczorajszego biegu.

poniedziałek, września 15, 2008

Polski tartan




Bardzo mi się spodobał ten pomysł. W Szkocji od XIX w. projektuje się tartany - kraciaste wzory wełnianych tkanin, wykorzystywanych do szycia kiltów - dla różnych klanów i organizacji. Swojego tartanu, i to bardzo ładnego tartanu, doczekali się też mieszkający w Szkocji Polacy.

Związki szkocko-polskie datują się na wiek XV, gdy wielu szkockich kupców zakładało swoje kantory w polskim Gdańsku. W XVII w. wielu Szkotów walczyło za Polskę ze Szwedami. Oblicza się też, że w wieku XVIII mieszkało w Rzeczpospolitej około 30 tys. Szkotów. Wiele szkockich rodów zaadoptowały polskie rody szlacheckie. To wręcz żart, ale w Szkocji chodzą słuchy, że nasz Lech Wałęsa to tak naprawdę Lachlan Wallace (legenda, którą można włożyć do jednego worka z pogłoską o "prawdziwym" nazwisku Wałęsy jako Lejba Kohne).

Polacy pojawili się w Szkocji w większych ilościach dopiero w czasach II wojny światowej. Teraz w Edynburgu, Glasgow, ale nawet w małych miastach jak Fort William spotyka się całe masy młodych polaków z tej ostatniej emigracji - emigracji zarobkowej po wejściu Polski do Unii Europejskiej. To właśnie dla starej i młodszej emigracji zaprojektowano polski tartan. Łączy on (patrz wyżej) kolory flag szkockiej i polskiej. Polski tartan jest zarejestrowany w Scottish Tartans World Register jako nr 3156.

Szkoci traktują kilt (szkocką męską "spódniczkę") jak my traktujemy elegancki garnitur. Wesela, uroczystości rodzinne, święta kościelne i różne inne okazje są sposobnością do włożenia swojego kiltu. Dobrze, że Polacy w Szkocji mają wreszcie swój narodowy tartan. Gdybym miał się kiedyś dorobić własnego kiltu (wydatek około 2000 zł) to na pewno wybiorę sobie ten właśnie tartan. Podoba mi się.

Jest lek na chrystianofobię


Źródło:
KAI

Katolika pozbawia się stanowiska, bo homoseksualizm uważa za grzech. Uniwersytet odwołuje wykład profesora, który powołuje się na chrześcijańskie wartości w biznesie. Chrystianofobia jest faktem. Dlatego powstała „Europa dla Chrystusa!”

Jak zareagować? Co myśleć, gdy media dostarczają jednostronnej wersji wydarzeń? Jak zrozumieć europejską nowomowę, gdy ktoś nie orientuje się w polityce, personach i przepisach? Nie jesteśmy bezbronni – powstała „Europa dla Chrystusa!”. Projekt od początku był wyrazem protestu, że nie wszystko jest w porządku, że są ludzie, którzy patrzą politykom na ręce i chcą Europy budowanej na chrześcijańskich wartościach. Ruszyła akcja modlitewna. Powstało logo przedstawiające rybę – symbol chrześcijaństwa, ułożoną z gwiazd na wzór flagi europejskiej. Codziennie w południe tysiące ludzi odmawia „Ojcze nasz” w intencji Europy. Euro-rybę naklejają na samochód albo teczkę, jako wyraz jedności wartości chrześcijańskich i europejskich. Czytają tłumaczone na kilka języków „Listy do Europy” – poświęcone konfliktom na styku cywilizacja–wartości chrześcijańskie.

Życie według Kuglerów

Gudrun i Martin Kuglerowie mieszkają w Wiedniu. Mają dwoje dzieci. Prowadzą firmę consultingową dla organizacji pozarządowych. Oboje są praktykującymi katolikami. Wyszli z założenia, że Unia Euro-pejska jest dla nich w tym samym stopniu, co oni dla Unii. Mają doświadczenie w organizacjach pozarządowych. Gudrun ukończyła teologię i prawo międzynarodowe, Martin historię, oboje mają doktoraty. Gudrun pracowała w Brukseli przy UE i w Nowym Jorku przy ONZ. Młode małżeństwo świetnie zna zasady lobbingu i nacisku politycznego. Teraz wykorzystuje je w obronie chrześcijańskiej Europy. Dom Kuglerów to połączenie nieformalnego centrum informacji europejskiej, sztabu kryzysowego i „porodówki” inicjatyw społecznych. Gościom od progu udziela się atmosfera międzynarodowego zaangażowania – kilkujęzyczna biblioteka, zdjęcie Gudrun na zgromadzeniu ONZ i małej córki Sofi na rękach u biskupa Dziwisza. Gudrun właśnie wróciła ze spotkania z Wolfgangiem Schüsselem, byłym austriackim kanclerzem. Dzieci śpią, więc rodzice odpisują na maile. – Jestem żoną, matką, ale i katoliczką. Żyję w Austrii, w Unii. Od tego, co robię – na co się zgadzam, a na co nie – będzie zależał świat, w którym dorastać będą moje dzieci – wyjaśnia spokojnie Gudrun.

Religijne, czyli kontrowersyjne?

W 2004 roku wybuchła sprawa Rocco Buttiglionego. Powołany na Komisarza Europejskiego przez rząd Berlusconiego, zaakceptowany przez szefa komisji, nigdy nie zdołał objąć urzędu. Kandydaturę podważono ze względu na „kontrowersje”. Na czym polegała kontrowersyjność polityka? Buttiglione – wierzą-cy katolik – przyznał, że zgodnie z jego przekonaniem homoseksualizm jest grzechem, a rodzinę zakłada się po to, by mieć dzieci. Podkreślał, że wobec prawa wszyscy są dla niego równi, niezależnie od przekonań i orientacji seksualnej. Lobbing grup feministycznych i homoseksualnych doprowadził jednak do odrzucenia jego kandydatury. – Wiedzieliśmy, że trzeba działać – mówi Gudrun. – Jeżeli chrześcijańskie wartości mogą kogoś pozba-wić stanowiska, to coś tu jest nie tak i nie można udawać, że nic złego się nie dzieje. Wtedy narodził się pomysł „Europy dla Chrystusa!” – projektu, który m.in. rejestruje przypadki chrystianofobii – prześlado-wania chrześcijan ze względu na wyznawaną wiarę. – Potrzebne było nam narzędzie, by w razie kolejnej takiej sytuacji jak w przypadku Buttiglionego móc działać: pisać listy do eurodeputowanych, maile do polityków, zawiadomić prasę – takie chrześcijańskie lobbowanie – wyjaśnia Martin. – Dzisiaj mamy dziesięć tysięcy osób, które możemy powiadomić, jeśli coś się dzieje i potrzebna jest aktywna interwencja. Niedawno powstała też strona www.christianophobia.eu na temat przejawów prześladowania chrześcijan i dyskryminacji chrześcijańskich wartości w Europie.

Jak to działa?

Zasada jest prosta: wchodzisz na stronę, podajesz adres e-mailowy i raz w miesiącu otrzymujesz tzw. „List do Europy”. Dostajesz opracowane zagadnienie, „pigułkę” niezbędnej wiedzy dla wierzącego, który „gdzieś coś słyszał, ale nie miał okazji doczytać”. Co z tym zrobisz dalej, zależy tylko od ciebie, ale przynajmniej będziesz posiadał argumenty w prywatnych dyskusjach. Maile rozsyłane są w języku angielskim, ale zawierają linki do tłumaczeń w innych językach. Część listów dostępna jest także po polsku. – Polacy najczęściej dziwią się, że to tylko tyle, że nie ma żadnych grup ani spotkań, że to nie jest organizacja ani wspólnota modlitewna – mówi Martin, który kilkakrotnie odwiedzał nasz kraj. – Macie entuzjazm i przede wszystkim formację. Często brakuje tylko informacji, w jaki sposób można pomóc chrześcijanom w innych państwach.

Rzeczywiście, wiedza o potrzebach Kościoła w innych krajach europejskich jest u nas niewielka. Nie wiemy, czy dla katolickiej Polski przystąpienie do Unii było w końcu dobre czy złe, bo o samej Unii myślimy stereotypami. – W krajach, które niedawno przystąpiły do Wspólnoty, coraz częściej podział na euroentuzjastów i euro-sceptyków zamienia się w podział na euroaktywnych i euroobojętnych – zauważa Martin. – Można wejść do Wspólnoty, wnosząc do niej całe bogactwo kultury i wartości, albo obojętnie patrzeć, jak Unia narzuca własne pseudowartości.

Europa w akcji

Na stronie internetowej projektu www.europe4christ.net można znaleźć informacje o sprawach, w które włączyła się „Europa dla Chrystusa!”. Na przykład lobbowanie przeciw kwietniowemu raportowi Rady Europy w sprawie aborcji. Wzywał on do zniesienia przeszkód utrudniających prawny i praktyczny dostęp do przerywania ciąży w państwach członkowskich. Na stronie pojawiła się lista reprezentantów z każdego kraju i porady, jak napisać list do polityka. Inną akcją były petycje organizacji pozarządowych wspierające Stowarzyszenie Rumuńskich Rodzin przeciw liberalnie definiującej małżeństwo poprawce do konstytucji. Są też informacje o projekcie konstytucji Kosowa i jej analiza pod względem odniesienia do wartości chrześcijańskiej mniejszości. – Akcje nie są obliczone na spektakularny sukces. Jeśli uda się coś zdziałać, to jest to osobista zasługa każdej z osób, która podjęła wysiłek. Głównie chodzi o to, by uczestniczyć, angażować się w wydarzenia osobiście, politykom nie dać spokoju i przypominać, że katolicy na nich patrzą, obserwują ich decyzje i działania. Inspirowane „Europą dla Chrystusa!” spontanicznie powstały inne grupy mailowe, które rozsyłają rzetelnie przygotowane informacje, a organizacje pozarządowe szukają wzajemnego wsparcia. Także coraz częściej u polityków można zauważyć euro-ryby. Z Watykanu zadzwonił do mnie ostatnio kardynał Peter Erdö, przewodniczący Rady Konferencji Episkopatów Europy, który o projekcie usłyszał w Radiu Watykańskim i bardzo mu się ten pomysł spodobał – cieszy się Martin.

– Rozmawiałem kiedyś z węgierskim europarlamentarzystą – opowiada. – Powiedział tak: Pierwszymi osobami, do których masz się zwracać z argumentami przeciw dyskryminacji chrześcijaństwa, jestem ja i moi koledzy z europarlamentu. Kiedy jesteśmy w naszych krajach, chodzimy do kościoła i szanujemy nasze wartości, a gdy tylko wchodzimy na pokład samolotu do Brukseli, wszystko się zmienia. Takie akcje to wsparcie także dla nas.

Naklej euro-rybę

„Europa stoi na rozdrożu. Kultura europejska wiele zawdzięcza Ewangelii: solidarność i prawa człowie-ka, uniwersytety, szpitale i katedry. Dziś jednak istnieje ryzyko zdrady duszy Europy. Dyktatura relatywizmu i kultura śmierci są wszechobecne. Chrześcijanie są coraz częściej dyskryminowani. Obserwujemy polityczną tendencję spychania humanizmu inspirowanego Ewangelią do sfery prywatnej. Jeśli Bóg nie jest już naszym Ojcem, to my sami nie jesteśmy braćmi i siostrami. Dlatego dla przyszłości naszego kontynentu trzeba oprzeć na nowo naszą kulturę na Chrystusie. Pragniemy Europy, w której szanuje się wolność religii i sumienia, młodej i dynamicznej Europy, która jest znakiem nadziei dla świata” – napisa-no w deklaracji „Europy dla Chrystusa!”.

– Aby się przyłączyć, trzeba zacząć od modlitwy, która jest aktem uznania, że Bóg ma najwięcej do powiedzenia w naszych sprawach – zachęca Gudrun. – Jedno „Ojcze nasz” w południe w intencji Europy opartej na chrześcijańskich wartościach może czasami zmienić więcej niż wszystkie petycje. Aby dać widzialny znak przyłączenia się do akcji, naklej euro-rybę w widocznym miejscu. Bardzo ważna jest tak-że subskrybcja „Listu do Europy”. Dzięki niej otrzymasz powiadomienie o akcjach, w które możesz się włączyć, a my wiemy, do ilu osób i z jakich krajów możemy dotrzeć.

Martin uważa, że nie na wszystko trzeba się godzić. Wbrew pozorom jest dużo do zrobienia w sferze, w której Bruksela nic za nas nie zdziała – standardy gospodarcze można narzucić, ale za moralne jesteśmy odpowiedzialni sami. „Europa dla Chrystusa!” jest przykładem inicjatywy, która informuje o sprawach kontrowersyjnych i przedstawia konkretne pomysły, co można zrobić, by wcielać w życie – także polityczne – chrześcijańskie wartości. Trzeba się tylko przyznać przed sobą, że coś zależy także ode mnie.

KAI (Agnieszka Jaworska "Gość Niedzielny")

czwartek, września 11, 2008

Gay-friendly


Tomasz Jacyków, znany polski stylista... Pozytywne zaskoczenie. Oglądałem wywiad, jaki przeprowadziła z nim w TVN Style Magda Mołek. Facet odważnie, pod prąd politycznej poprawności, opowiada o sobie i o swoim postrzeganiu bycia dotkniętym homoseksualizmem.

Źródeł swojego problemu upatruje w braku męskich wzorców w rodzinie. Nie znał ojca, wychowywały go same kobiety - przede wszystkim babcia. Mówi: "Jestem uzależniony od mojej mamy". Stąd od najmłodszych lat zainteresowania "kobiecymi sprawami", biżuterią, ciuchami. Stąd nastawienie na kobiecą wrażliwość... Pytany o relację ze swoim partnerem, z którym żyje od 13 lat, odmawia nazywania takiego związku małżeństwem. Mówi: "Małżeństwo to tylko mężczyzna i kobieta". Nie chce adoptować dzieci. Mówi (cenię go za tę odwagę): "Patologia rodzi patologię". Gorzko brzmi jego smutna opowieść o własnym synu, który pojawił się, gdy Tomek był jeszcze nastolatkiem. Łzy się pojawiają w jego oczach, gdy mówi o poczuciu winy wobec własnego dziecka, które wychowuje się bez ojca... Patologia rodzi patologię.

Nabrałem szacunku dla tego ciekawego człowieka. Bycie gay nie jest winą. Jest brzemieniem i to brzemię widać w tym szczerym wywiadzie. Jacyków zamyka to telewizyjne spotkanie wyznaniem swoich lęków, niepewności. On wie, że orientacja homoseksualna to tak naprawdę dezorientacja... Duży punkt za odwagę i wrażliwość, Panie Tomku!

Pozdrawia rzekomy homofob.

środa, września 10, 2008

Alba, czyli Szkocja


Kilka fotek z mojej niedawnej wyprawy do Alby, czyli w szkockim gaelickim do Szkocji. Pozdrawiam serdecznie moich kochanych Turystów - Nauczycieli i Młodzież z siemianowickiego liceum im. Śniadeckiego! Czesio i Prosiaczek też pozdrawiają!!!











poniedziałek, września 01, 2008

Tolkien jest pro-life


Przedruk mojego felietonu z Elendilionu (tutaj). Z cyklu tak zwanych zaangażowanych...
Artykuł ukazał się też w portalu konserwatyzm.pl (tutaj).

Są dzieci w Śródziemiu błogosławieństwem Eru. Życie jest tam błogosławieństwem. Bo ci, których nazwać możemy Voronwi Eruo, Wiernymi Jedynego, tworzą w swoim świecie prawdziwą cywilizację życia i całym swoim jestestwem sprzeciwiają się Nieprzyjacielowi, tyranowi kultury śmierci... Znakomity tekst Tolkiena pt. „Prawa i obyczaje pośród Eldarów” (w History of Middle-earth, tom X), a także inne teksty Legendarium ukazują świat rodzin, świat małżeństw i dzieci, świat, w którym życie traktowane jest jako dar, który należy przyjąć z odpowiedzialnością, i którego nie wolno porzucić. Przekazywanie życia jest błogosławieństwem w Śródziemiu – odbieranie życia innym - ale także sobie - jest skutkiem knowań Zła.


Boromirek w łonie Finduilas, około 3,5 miesiąca od poczęcia

Bardzo piękny jest dla mnie w dziele Tolkiena ten bezwarunkowy szacunek, z jakim traktuje się życie istoty rozumnej od momentu poczęcia aż do naturalnej śmierci. Ważne jest też według mnie to, że Wierni (niezależnie od rodzaju – elfowie, ludzie, krasnoludy, enty...) traktują swoje potomstwo jako dar. Pisze o tym w kontekście kultury Eldarów Tolkien we wspomnianym wyżej tekście o prawach i zwyczajach elfów. W tamtym świecie nie mówi się „mam dziecko”, ale „dziecko zostało mi dane”. I elfowie, u których od momentu poczęcia do narodzin upływa dokładnie jeden rok słoneczny, liczą swoje rocznice poczęć, nie urodziny. Jak nazwać taką rocznicę - poczęcinami? Ludzie, u których sprawy biologii nie są tak harmonijne, jak u elfów, momentu poczęcia nigdy nie są w 100% pewni – dlatego nie pozostaje im nic innego jak świętować urodziny. Wiemy, że prym w tej dziedzinie wiedli hobbici, którzy z urodzinami związali wiele sympatycznych obyczajów, a uroczystość urodzin była u nich w rodzinach bardzo częsta, skoro rodzicie miewali po kilkanaścioro potomstwa. Jednak można być pewnym, że podobnie jak elfy, również śmiertelnicy uważali, że istnienie osoby rozpoczyna się w chwili poczęcia. Przypomnijmy sobie podwójną tragiczną śmierć Nienor i jej nienarodzonego dziecka. Tylko dziś pewni ludzie mają z tym problem. Nieprzyjaciel wciąż działa...

Sprawy seksu są w tym afirmującym życie świecie jak najmocniej związane z poczęciem dzieci. Elfowie czas swojej aktywności seksualnej nazywają „dniami dzieci” (HoMe X, 213), a sam akt seksualny traktowany jest w zdrowy, naturalny sposób. Brak fałszywej pruderii, za to jasne jest dla Wiernych, że seks łączy się z rodzicielstwem. Stąd wszelkie inne konfiguracje niż heteroseksualny związek monogamiczny – raz na całe życie – są traktowane z podejrzliwością w Śródziemiu. Mówi się o nich, że pochodzą „spod [panowania] Cienia” (patrz Listy). Nie ma w świecie kultury życia miejsca ani na poligamię (bo w tym układzie małżonkowie nie mogą być sobie wierni, a jedno z nich ma dominującą pozycję, co nie pasuje do kultury Wiernych), ani na układy homoseksualne. „Sodoma” Śródziemia – jeżeli istnieje - znajduje się zapewne gdzieś w Cieniu Morgotha i Saurona. Nie na Zachodzie wśród Elendili i Voronwi (pisałem o tym szerzej w innym eseju).

Elfowie mają rozbudowany język dotyczący spraw seksu i płodzenia dzieci. Jak rodzinnie i ładnie brzmią w quenya słowa puhta, púcë czy vië. Ale seks jest w tym świecie zarezerwowany dla małżonków, bo to akt seksualny konstytuuje małżeństwo (u Tolkiena małżeństwo rozpoczyna się nie samą przysięgą w otoczeniu rodziny i świadków, ale w noc poślubną!). Pomyślmy, z jakim zdziwieniem patrzyliby na nas Faramir i Sam Gamgee, Aragorn i Arwena – dzisiejsza kultura śmierci faworyzuje tych, którzy mogą się poszczycić dużą ilością „zaliczeń”, gdy tam faworyzowani są ci, którzy „poznali” jedynie swojego małżonka. Swoboda obyczajowa „VII Ery” Śródziemia i oderwanie seksualności od prokreacji, wielka ilość aborcji, fakt antykoncepcji, a także przyzwolenie dla eutanazji to rzeczy jak najdalsze od kultury opisanej w dziełach Tolkiena.

A ja? Wybieram kulturę życia czy kulturę śmierci? Warto zadawać sobie to pytanie, gdy marzymy o pięknym Śródziemiu pod gwiazdami Elbereth...

Kartki z Wschodniej Ćwiartki - nr 3


Bamfurlong, Moczary, Wschodnia Ćwiartka
9 halimatha, 1485 r. R.S.
Drogi Wujku!

Dziękuję Wam za długi, pełen troski list. U nas powoli wracają "porządki w Shire", ale o tym za chwilkę. Czy u Was w Północnej też tyle oznak jesieni? Ptaki kluczami mkną na południe, poranki coraz chłodniejsze, a dni krótsze. I choć liście jeszcze zielone, w powietrzu pachnie jesienią. Biegałem truchcikiem (tak dla zrzucenia sadełka - stały hobbicki problem) wzdłuż grobli nad Brandywiną i widziałem, że lato naprawdę się kończy. Szkoda, bo minęło szybciutko, ale jesień też kocham. W dniu Równonocy wpadniemy do Was jak zwykle. Maggotowie szykują się powoli do drogi. Tu coraz spokojniej, więc nie będzie strachu wybrać się czterokółką te kilkadziesiąt mil do Waszego smajala.

Jutro kolejna rocznica śmierci naszego kochanego pisarza, sąsiada zza lasu, pana Fullhardy'ego. Tego, co napisał tę fantastyczną opowieść w sześciu księgach o magicznej krainie "Europa", o wojnie w obronie wolności, o sympatycznych "Anglikach". Czytaliśmy kiedyś razem ten rozdział o "Bitwie o Anglię" - pamiętacie? Szkoda, że pana Ronalda Fullhardy'ego nie ma już z nami. Odszedł poza kręgi świata. Podobno znał się osobiście z panem Bagginsem z Bag End. Może spotkali się gdzieś w Valinorze przed ostatnią podróżą do Erumar, Siedzib Jedynego? Jutro zapalimy świecę ku jego pamięci i poczytamy jego wspaniałą poezję... A co robicie 22 halimatha? Jak będziecie obchodzić Urodziny Powierników? Napiszcie koniecznie, czy mała Nell i Rory lubią, gdy się im czyta opowieść o Szalonym Bagginsie.

A teraz wieści, na które na pewno czekacie. W Bucklandzie sytuacja wraca do normy. Hobbici zza Rzeki są naprawdę dzielni. Gdy w zeszłym tygodniu doszło do wiecu mieszkańców Wschodniej, gdy stawiliśmy się u Mostu na głos Rogu Bucklandu, wszystko wyglądało groźniej niż się w końcu okazało. Duzi Ludzie nie weszli do Shire i zakaz Króla nie został złamany. Na szczęście. Negocjacje z ponurymi Czarnymi zakończyły się pokojem. Przynajmniej na razie. Oni nie będą wchodzić do Shire'u, nie zaatakują już nigdy Mostu, a Dziedzic przekazał im na tymczasowy popas kawałek ziemi w okolicach Bucklebury. Ten olifant, o którym pisałem - kuriozum na hobbickiej ziemi, tyle je trawy i liści, ale udało się go zatrudnić do pożytecznych posług. Firma pana Tunnely'ego, znana Kompania Wodociągów i Kanalizacji Bucklandu, ma w nim prawdziwą pomoc. Trąba Mumakila to narzędzie nie mające sobie równych. A dzieciaki z okolicy mają radość i z tych Czarnych Númenorejczyków, i z dzikich elfów (o dziwnych kolorach włosów lub nawet o niewidzialnych włosach), i z gromadki krasnoludów ze Wschodu. Choć wiemy już, że nie jest to grupa cyrkowców, malcom to nie przeszkadza. Codziennie oglądają zza płotu, jak dziwacy prężą się, ćwiczą walkę wręcz, odprawają swoje wschodnie obrzędy. Tylu dziwów dawno tam nie widziano. W następnym liście opiszę Wam bardzo dziwną przygodę - o dwóch małych krasnoludzkich dziewczynkach (oczywiście wiecie, że dzieci tego plemienia, nawet dziewczynki, mają małe, jedwabiste brody, a właściwie bródki), które spotkałem w czasie wieczornego spaceru, o tym, jak bawiły się w elfy i - tu się zdziwicie - w Elbereth, ze świetlikami w małych rączkach, o tym jak zaprowadziłem je do Obozu Dziwaków i przekazałem zapłakanym brodatym rodzicom (nie umiałem odróżnić taty od mamy - nie dziwota, że to plemię podejrzewa się czasem o relacje nie zawsze naturalne - takie, co je zwią często "tymi spod Cienia").

Dla nas najważniejsze z całej tej historii jest to, że "Niezapominka" i "Gwaihir" nie przejdą w obce ręce, że wolność Shire'u uratowana, że nikt nie łamie u nas praw Króla.

Życzę Wam słonecznego halimatha!

- Wasz -

- F.M.

Drogami Armenii - finał


Pierwszy poranek w domu po wyprawie do Armenii. Cieszę się, że jestem znowu w Aldrajchu, bo nie ma to jak we władnym domu. Każda podróż, nawet bliska, to oprócz wielu ciekawych zdarzeń i atrakcji również tęsknota za domowymi pieleszami, bo w głębi serca, mimo trybu życia, jaki prowadzę od kilkunastu lat, jestem prawdziwym hobbitem-domatorem. Uwielbiam powroty, kocham tę chwilę, gdy otwierają się drzwi i wchodzę w zapach mojego mieszkania. Pamiętam to uczucie jeszcze z dzieciństwa (mieszkam tu od 30 lat!), gdy wracaliśmy z rodzicami z wakacyjnych wypraw. Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.




Na stoliku obok notebooka stoi wazon z kwiatami i ziołami znad jeziora Sewan. Zmysł węchu jest dla mnie bardzo ważny, a zapachy odgrywają w moim odczuwaniu świata bardzo ważną rolę. I teraz głęboko wdycham tę kojącą woń górskiego zbocza w północnej Armenii: macierzanka, osty, różne różowawe, żółte, białe kwiatki, których nazw nie znam, trawy, liście... Zioła z Armenii pachną intensywnie również w Polsce. Leżą tu też pamiątki, które rozdam w prezencie rodzinie i przyjaciołom: kamienne i drewniane chaczkary, kalendarze z widokami Armenii, pocztówki, monety dramów dla dzieci, płyty CD, kamienie. Moja mała Armenia na stoliku w salonie. W TV wzruszające sceny. Gruzińskie dzieci z Osetii Południowej, które wygnane z rodzinami ze swojej ojczyzny przez wojska rosyjskie i osetyńskich separatystów, zostały zaproszone na wakacje do Polski. Wiele z nich przybyło do naszej ojczyzny bez najmniejszego nawet bagażu. Polacy zadbali więc nie tylko o ładne miejsce, zabawy, opiekę psychologów, ale również zakupili dla dzieci ubrania, torby, kosmetyki. Dla większości z tych dzieciaków pobyt w Polsce, to pierwsza wycieczka zagraniczna. Dziewczynki ze łzami w oczach dziękują nam za pomoc... Przypomina mi się relacja Petry z Czech, turystki, która w Erywaniu opowiadała nam o tym, jak wspaniale zachowały się nasze służby konsularne w Tbilisi, jak wyróżniają się tam Polacy w swoim zaangażowaniu w pomocy Gruzinom i obywatelom innych krajów, którzy chcieli wydostać się z regionów zagrożonych rosyjskim atakiem.

Ostatni dzień pobytu w Armenii był jednym z najpiękniejszych i najciekawszych. Napiszę w skrócie. Zaczęliśmy oczywiście od dobrego śniadania, od pożegnania z przemiłą obsługą hotelu i restauracji, od wpisania się do księgi pamiątkowej (byliśmy pierwszą grupą z Polski, która odwiedziła ten hotel). Pakowanie było trochę utrudnione, bo jak na przykład włożyć do walizki, która będzie przerzucana, tarmoszona i gnieciona w czasie samolotowego transferu, bukiet górskich kwiatów. Ale udało się.

A potem ruszyliśmy na północ i zachód, wzdłuż brzegu Sewanu i po około 40 min. dojechaliśmy do tzw. Czarnego Klasztoru na dawnej wyspie. Od kilkudziesięciu lat poziom jeziora znacznie opadł i to, co było niegdyś wyspą, stało się półwyspem. Rabunkowa gospodarka z czasów realnego socjalizmu. Wymyślono sobie, że woda z jeziora będzie zasilała armeńskie rolnictwo i skończyło się katastrofą ekologiczną, wymieraniem występujących tylko tu roślin i zwierząt. Ale obecnie trwają wysiłki nad odbudowaniem dawnego ekosystemu. Sam klasztor jest bardzo malowniczy. Dwa wczesnośredniowieczne kościółki, które często pokazuje się na pocztówkach (ładnie wyglądają z jeziorem w tle), ruiny wczesnej bazyliki z IV w. Tu po krótkich negocjacjach odmówiono nam jednak możliwości odprawienia mszy wewnątrz ormiańskiego kościoła, ale poradziliśmy sobie. Rozłożyliśmy ołtarz polowy w ruinach kościoła z samych początków chrześcijaństwa w Armenii – z wieku IV. Piękna msza w starożytnych didaskaliach. Wspaniały widok na Sewan.
A wkrótce potem ruszamy w dalszą drogę. W autokarze ciekawe opowieści Garika, modlitwa, muzyka. Zmierzamy ku ostatnim odcinkom Jedwabnego Szlaku, który, prowadząc z Chin do Europy, miał w sumie około 12 tys. kilometrów. Zanim dojedziemy do Przełęczy Selim, gdzie wkroczymy na tę pradawną drogę handlową, czekają nas odwiedziny na niezwykle interesującym cmentarzu ormiańskim. Podjeżdżamy do Noratuz, gdzie na sporym obszarze znajdują się nagrobki od XIII do XVII w., ale także groby XIX-wieczne i współczesne. Miejsce pamięci, miejsce refleksji nad upływającym czasem. Wspaniałe chaczkary, średniowieczne płaskorzeźby ze schematycznie wyobrażonymi scenami rodzajowymi. Garik chce nam pokazać jak najwięcej, opowiada o poszczególnych grobach słowami znawcy. Jest w końcu historykiem sztuki. Ciekawe jest też spotkanie z ormiańskimi pielgrzymami.
Dalszy odcinek drogi to wielka zmiana krajobrazu. Brzegi jeziora ustępują przed coraz wyższymi wzniesieniami. Gołe pagóry, stada owiec lub krów, prosta zabudowa. Zatrzymujemy się w punkcie widokowym na Przełęczy Selim, gdzie docierał najdalej na zachód Jedwabny Szlak. Widok zapiera dech, nie chce się wracać do autokaru, a przecież czas goni. Mamy dziś bogaty program. Zanim ruszymy dalej, Garik pokazuje nam niezwykły XIII-wieczny budynek – jedną ze stanic dla karawan, czyli caravansaray. Budowla wzniesiona w stylu podobnym do kamiennych kościołów, ciekawa ornamentyka, w której mieszają się motywy ormiańskie i arabskie. Pomieszczenie dla ludzi i dla zwierząt. Światło wpadające wyraźnymi smugami przez otwory nad głową. Wszystko zachowane w świetnym stanie.
Zjeżdżając Przełęczą Selim w dół oglądamy inne pozostałości dawnego Jedwabnego Szlaku – średniowieczne mostki, kawałki dawnej drogi. Bardzo to wszystko ciekawe. A wokół panują odcienie brązu, rudości, żółci. Surowa przyroda.
Dostajemy się w końcu do doliny, a tam czeka na nas gościnna restauracja. Nadziewane papryki, dobre mięso, chleb podobny do europejskiego, a nie ma lawaszu. Dobry odpoczynek na popas dla naszej „karawany”. Po orzeźwiającej kawie wsiadamy do autokaru i nasz Wania zabiera nas w podróż, której nie zapomnimy. Oto bowiem zjeżdżamy z głównej drogi w wąską dolinę, pomiędzy stromymi skałami. Tu wielka grota, tam głaz wielkości pagórka, który kiedyś musiał spaść ze szczytu. Wspaniała przyroda. Jedziemy do jednego z najładniejszych klasztorów w Noravank.
Zabudowania tego zespołu architektonicznego pochodzą z XIII-XIV w. Są bardzo oryginalne. Styl odmienny od surowości architektury innych regionów Armenii. Lekka konstrukcja, wspaniała kopuła wsparta na łukach i kolumnach. Przygodą jest wspinaczka po wąskich schodkach (szerokość łokcia) bez żadnej balustrady na wyższy poziom kościółka. Wchodzenie nie tak trudne, ale schodzenie... Mamy ubaw, ale trochę drżę, żeby nikomu się nic nie stało. Dwie budowle kościołów są bardzo zadbane, dobrze zachowane. Z tarasu widokowego rozciąga się szeroki widok. Spoglądamy na dwa kamieniołomy, z których pochodził materiał do budowy Noravank, czyli Nowego Klasztoru. Czas na wspólne zdjęcie. Żartobliwie rzucam hasło, żeby grupa ustawiła się na wspomnianych wąskich schodkach. Myślicie, że długo trzeba było czekać? Ja mam zmrożoną krew w żyłach, a moja grupa wspina się odważnie po stopniach, ustawia ładnie do fotografii. To chyba najbardziej oryginalne zdjęcie z całej naszej pielgrzymki.

A potem trzeba pożegnać Noravank i jedziemy dalej na południe, ku granicy Armenii z Iranem i Turcją. Naszym celem jest ostatni już na trasie klasztor w Khor Virap u stóp znajdującego się już (niestety!) w Turcji Araratu. Mamy kilka godzin jazdy, w czasie której dowiadujemy się jeszcze więcej szczegółów o Armenii. Garik jest dziś w wyjątkowo dobrej formie. Naprawdę się rozgadał, a grupa tak się rozkręciła z językiem rosyjskim, że prawie nie mam co tłumaczyć.

Dojeżdżamy do Równiny Ararackiej. Żyzne ziemie, liczne uprawy. To tu powstają nadwyżki eksportowe tego małego kraju. A nad wszystkim milcząca, majestatyczna sylwetka ukrytego za woalem mgły Araratu – Góry Gór. Do zboczy góry mamy tylko około 20 km. A wznosi się ona około 4 km w górę! Niesamowity widok. I już widzimy klasztor, jedną z ikon turystycznych Armenii, która pojawia się w folderach, książkach, na pocztówkach. Wprawdzie sam kompleks obecnych budowli pochodzi z XVII w., ale fundamenty są z wieku IV. To tam przez lata męczony był i więziony św. Grzegorz Oświeciciel, zanim jego król i oprawca nie przyjął Chrystusa jako swego pana i nie uwolnił apostoła. Na parkingu podchodzą chłopcy z gołębiami. Taki tu zwyczaj, że można kupić gołębia, wziąć go w ręce, zanieść pod kościół i tam z modlitwą puścić go w niebo (oczywiście gołąb wraca do chłopca, jego właściciela, a interes się kręci, bo wypożyczenie gołębia kosztuje 1000,- dramów).

Klasztor robi na nas duże wrażenie. Niektórzy są tak zapatrzeni i zafotografowani, że nie patrzą pod nogi. Huk! Oto ksiądz Andrzej spadł z metrowego murka, bo zafascynowały go zdobienia portalu głównego kościoła. Na szczęście nic się nie stało. Gdy cała grupa gromadzi się na dziedzińcu, modlimy się o pokój w Kaukazie i puszczam białego gołąbka, dla nas gołąbka pokoju, w niebo. Ciekawe jest też zejście po drabinie w zupełnych ciemnościach przez bardzo wąski komin w ziemi, w kościele św. Grzegorza, dziurę głębokości jakichś 8 metrów. Tam znajduje się ciemnica, w której przetrzymywano przez lata apostoła Ormian. Wrażenie jest niezwykłe. Aksamitna ciemność, która zalewa oczy.

A potem ruszamy do Erywania. Po pół godzinie jesteśmy w centrum, pod naszym hotelem. Garik pokazuje nam pobliskie sklepy z pamiątkami. Szybko rozdaję klucze i udajemy się na odpoczynek. Jest godzina 20.00. Mamy jeszcze czas na ostatnie zakupy. W końcu zdobywam kamienne chaczkary dla bliskich, kalendarze z pięknymi fotografiami z Armenii, wspaniałą muzykę ormiańską na CD. A potem krótki sen.

* * *

Wstajemy o 3.30. O 4.00 bardzo skromne śniadanie (ale to chyba dobrze, bo kto je tak wcześnie śniadania!). O 5.00 jesteśmy już w porcie lotniczym. Przelot przebiega spokojnie, w Moskwie czeka na nas nasz samolot do Warszawy, a musi czekać około pół godziny, bo na trasie Erywań – Moskwa były opóźnienia. Dobrze wszystko zorganizowane przez Rosjan. Jesteśmy pełni uznania. Gonimy upływające godziny, bo zmieniamy strefy czasowe. Z Moskwy ruszamy o 10.20 i do Warszawy przybywamy o... 10.20! Lot trwa dwie godziny, ale też dwie godziny różnicy są między dwiema stolicami. W Warszawie zgłaszamy skradzione w drodze do rzeczy, zniszczone torby, a potem przechodzimy do autokaru znajomego kierowcy Grzesia i ruszamy do Katowic. Droga mija szybko, po drodze jemy obfity obiad w znajomym „Janosiku”. Piękna sprawa, bo około 16.00 jestem już w moim kochanym domu, domu pachnącym wypoczynkiem, spokojem, swojskością...