piątek, grudnia 25, 2009

Radość



Świętowanie na dwa tysiące dziewięć fajerek! Na szczęście mój blogowy kompan wspólnej sprawy, Arseniusz Studyta, ma na to usprawiedliwienie, gdy pisze, że świąteczne obżarstwo jest antycypacją uczty eschatologicznej. Święta u moich przyjaciół, Guczów z Góry Kalwarii, to zawsze najradośniejszy, najobfitszy, najjaśniejszy czas. Pozwólcie, że wymienię same potrawy z wigilijnego stołu... Śledzie z grzybami, rosół rybny, grzybowa, siemieniotka, dorada na oliwie z ziołami, pieczone ziemniaki, krewetki, kapusta z grzybami, kapusta z grochem, mnóstwo ciast, pierników, smakołyków, do tego kompot z suszonych śliwek, moczka. Zaś po pasterce nasza tradycyjna już uczta szynkowo-chrzanowa wzmocniona kielichem dobrego grzańca. Nie będę  pisał o dzisiejszym śniadaniu... z litości. Piękne są te Święta - czas rozmów, czas wspólnych kościelnych celebracji (wczoraj i przedprzedwczoraj byłem na wczesnoporannych roratach po raz pierwszy od czasów dzieciństwa. Wstawanie na 6.00 to heroizm, a dzieci moich przyjaciół były na wszystkich roratach w tym Adwencie), czas radości z Narodzenia naszego Pana.

Radosnych Świąt! 

poniedziałek, grudnia 14, 2009

Kartki ze Wschodniej Ćwiartki - nr 5


Bamfurlong, Moczary, Wschodnia Ćwiartka
23 foreyule'a, 1485 r.

Drodzy Wujostwo!

Od wczoraj mamy śnieg! Biało, bielutko. Gdy staje się na Grobli, patrząc ku Brandywinie i zatopionemu wśród sinej mgły wzgórzu Buck, wydaje się, że wszystko zatonęło w mlecznych wodach jakiegoś zimnego oceanu. Szczęśliwi mieszkańcy północno-zachodnich krain! Po tygodniach szaro-burych smutków listo-pada (bo tak tłumaczy się elfickie lasse-lanta) ta śnieżna kołdra, która opadła na śpiący zimowy świat jest zbawieniem, niesie radość, otuchę, nadzieję. Jest teraz dużo jaśniej i za dnia (choć słońce chowa się za grubą warstwą chmur), i w nocy (a noce są - jak wszędzie coraz dłuższe). Tak to mądrze urządzony jest ten świat. Pora roku następuje po wcześniejszej porze, jedna rzecz wynika z drugiej, a wszystko, co nas otacza, mówi (krzyczy wręcz czasami) o jakiejś ukrytej pod warstwą rzeczywistości nadziei (rozmawialiśmy o tym ostatnio z panem Bombadilem, którego odwiedziłem niedawno za Żywopłotem).

Wczoraj wróciłem z Zachodniej, gdzie odwiedzaliśmy z naszymi ludźmi targi przedświąteczne. Sprzedawaliśmy wieńce i świece, a kupiliśmy dużo ładnych ozdób na Gody. Od tygodnia trwają u nas na Farmie porządki, te tak zwane "godne", bo Gody za pasem. Jeszcze tylko pranie firan i zasłon oraz dokładne szorowanie podłogi. Nasi chłopcy przygotowują też zabudowania gospodarskie, zmieniają wyściółkę i przygotowują pachnące siano dla zwierząt. W tym tygodniu nasze panie planują też wypieki, będziemy ozdabiać pierniki i ciasta. A nasz słynny maggotowski pudding wciąż dojrzewa w spiżarni.

Psy z radością hasają po śniegu, jakby widziały go pierwszy raz. Zaraz wybieram się na długi spacer. Podobno widziano ostatnio drużynę krasnoludów zmierzającą na Święta do Brandy Hall.

Mam nadzieję, że u Was wszyscy zdrowi. Życzymy Wam pięknych Godów, pełnych światła i nadziei.

Wasi

Maggotowie

czwartek, grudnia 10, 2009

Błękitne światło nad Norwegią


Nie wyjaśniono jeszcze natury zjawiska, które pojawiło się 9 grudnia na norweskim niebie. Oto film z zarejestrowanym błękitnym światłem nad Norge.


środa, grudnia 09, 2009

Opowieść przedwigilijna


U mnie opowieść przedwigilijna w całej rozciągłości. Doszły już dwie paczki z pięknymi prezentami, którymi można się dzielić z kolejnymi osobami. Mariusz z Gliwic podarował mnie i słuchaczom Elendili FM całą zasobną kolekcję muzyki. I tak w domu, gdy tylko tu jestem, śpiewa Tom Waits, Enya, Clannad, Sting - można też usłyszeć muzykę z gry Age of Conan (naprawdę świetna!). Jestem w siódmym niebie, zwłaszcza przy szóstym kawałku z The Road to Paradise zespołu muzyki dawnej, którego nazwy jeszcze się nie nauczyłem. Dziś niespodzianie przyszła paczka od Laury z Niemiec wypełniona aromatycznymi pierniczkami. Niemcy mają piękny adwentowy zwyczaj pieczenia pierniczków i wysyłania ich do rodziny oraz przyjaciół. Danke schön, Lauri! Pudełeczko pięknie zapakowane stoi już pod choinką... Tak, mam już choinkę, owoc mojej wczorajszej wizyty w IKEI, gdzie robiłem wspólnie zakupy z Mają i Karinką. Mała śliczna zieloniutka choineczka w dokupionej donicy w kolorach ziemi. A pod choinką już się zbierają prezenty dla przyjaciół. Pierniczki rozpakujemy w Górze Kalwarii, dokąd w tym roku na Święta i Nowy Rok zabieram Mamę. Laura dostanie w rewanżu śląskie pierniczki, gdy pojedziemy za dwa tygodnie odwiedzić jej stragan adwentowy w bawarskim miasteczku, którego nazwy nie pamiętam.

Przed godzinką wróciłem z IMAXa katowickiego, gdzie z Marzenką wybraliśmy się na Opowieść wigilijną 3D. Dawno tak nie przeżyłem filmu animowanego! Nie tylko niesamowita animacja, w której można się było zatopić jak w rzeczywistości (piękne scenerie dickensowskiego Londynu i angielskiej prowincji, postaci jak żywe z wszelkimi włoskami i porami w skórze nosa, doskonałe ujęcia, porywające sekwencje, poruszające żołądek i błędnik sceny lotu nad nocnym miastem itd.), ale przede wszystkim treść Opowieści, której nie zakłóca żaden wtręt współczesnej antykultury. Tam mówi się o Bożym Narodzeniu, o Bogu, o kolędach, jest krzyż na wieży kościoła, jest mowa o grzechu i zbawieniu (Zemeckis uchronił się przed szaleństwem wstydzącej się siebie europejskiej kultury). I fajerwerki współczesnej techniki nie przyćmiewają wymowy powieści Dickensa. Każdy ma szansę na przeżycie chwili grozy i na wzruszenie, które jest efektem swoistego katharsis. I wszystko kończy się wielką eukatastrofą, która każe się w głos śmiać i bez oporów cieszyć. Uwierzycie, że łzy płynęły mi po obu policzkach? (zwyle po jednym ;-) - nawet IMAXowe okularzyska nie umiały ukryć mojego poruszenia.

I był czas pomyśleć nad tym, co dobrego możemy każdego dnia robić dla bliźnich. Film jest dla mnie prawdziwym objawieniem końca roku 2009. Polecam gorąco każdemu!



A w tle leci muzyka od Dzikiego. Jak ja dawno nie słuchałem tych kawałków Clannadu... Piękne!

Jeszcze o Kormelach i Gorolach


Pisałem tu kiedyś o etymologii nazwy Kormele. Moje ustalenia z marca 2008 roku są tylko trochę właściwe. Z lepszym wyjaśnieniem spotkałem się w zakupionej niedawno książce Alfreda Sulika pt. Historia Mysłowic do 1922 r. (nakładem UM Mysłowice). Na stronie 142 jest tam ciekawy opis małego ruchu granicznego w okolicach Kąta Trzech Cesarstw, a zwłaszcza na przejściu granicznym niemiecko-rosyjskim, które znajdowało się przy moście na Przemszy, między Modrzejowem (Rosja) i Mysłowicami (Niemcy). Jednym z najbardziej chodliwych towarów zakupywanych przez obywateli pruskiego Śląska w Kongresówce było surowe mięso oraz mąka żytnia. Ich ceny w rosyjskim Królestwie Polskim były prawie o połowę niższe niż na niemieckim Śląsku.

Nazwa Kormele ma pochodzić od używanego przez Ślązaków niemieckiego Kornmehle 'mąka żytnia' - słowa, które w tamtej dobie musiało rzeczywiście często padać z ust mysłowiczan, szopieniczan czy katowiczan, którzy masowo odwiedzali Modrzejów, Sosnowice, Niwkę w celach handlowych.

Znalazłem też najstarszą znaną mi wzmiankę o Gorolach. Do tej pory myślałem, że termin ten pochodzi z czasów wilhelmińskich lub międzywojennych i pierwotnie nawiązywał do przybywających na Śląsk za pracą Górali z Galicji (głównie z Beskidu Żywieckiego). Ale już w roku 1699 zapis z tzw. Czerwonej Księgi, miejskiej kroniki Mysłowic (lata 1590-1770) mówi:

Nawiazało się was tu Gorali, Włochów, Niemców, Biegunów i obieżyświatów (...)
Mowa jest tu o licznych migrantach, którzy zaludniali Mysłowice w końcu XVII w. Ciekawe czy ci XVII-wieczni Gorale to etymologicznie poprzednicy dzisiejszych Goroli?