środa, kwietnia 21, 2010

Pozostają w naszej pamięci...



Oto gruzińska pieśń ludowa dedykowana pamięci Lecha Kaczyńskiego i jego żony Marii. Prezydent Micheil Saakaszwili, Prezydent Gruzji, polecił nadać pośmiertnie Lechowi Kaczyńskiemu tytuł i order Narodowego Bohatera Gruzji. Napisał: "Kaczyński był wielkim i wiernym przyjacielem Gruzji. Gruzja nigdy nie zapomni jego poświęcenia i heroizmu". Dziękujemy, Panie Prezydencie Saakaszwili. Polska ma w Panu przyjaciela.

wtorek, kwietnia 20, 2010

Kurczę i Ronald


Zupełnie nieoczekiwanie wysłuchałem dziś pięknego barokowego koncertu. W zabytkowej śląskiej sali koncertowej przy dawnej Hucie Bismarcka (a potem Batorego) w Chorzowie odbyła się dziś śląska premiera opery Jerzego Fryderyka Händla pt. Rinaldo. Już sam tytuł miło mi się kojarzy, bo Rinaldo to włoska odmiana imienia Ronald - imienia, które nosił mój ulubiony pisarz (i doceniany prezydent USA). Ciekawe, że ta pierwsza opera Kurczaka (wiecie, że nazwisko Händel etymologicznie wywodzi się właśnie od takiego określenia? Jerzy Fryderyk Kurczak..), dzieło z 1711 r., nigdy wcześniej nie była śpiewana na Górnym Śląsku? Na koncercie się znalazłem, bo dowiedziałem się, że mój kumpel, Mariusz Stefański, broni dziś dyplomu Akademii Muzycznej w Katowicach. Chciałem być tego świadkiem. I chciałem na koniec mu pogratulować. Poradził sobie znakomicie z rolą Rinalda!

I cieszę się przeogromnie, bo opera o Ronaldzie, rycerzu biorącym w I krucjacie do Ziemi Świętej, wyciszyła mnie i uspokoiła. Późny barok to niezwykły okres w dziejach muzyki. A Händel obok Bacha i Mozarta to mój ukochany kompozytor...

Aktualnie czytam: Kardynał John Henry Newman Apologia pro vita sua; Tajemnica Syjonu pod red. Tomasza P. Terlikowskiego oraz J. i S. McDowell Więcej niż cieśla

poniedziałek, kwietnia 19, 2010

Wyciszanie się


Głos ciągle mi się łamie i nerwy wciąż na postronku. Próbuję się jednak wyciszyć. Świętego spokoju mi trzeba. Dziś obudziłem się z bólem głowy, co nigdy mi się nie zdarza. To chyba napięcie ostatnich dni, choć ktoś dziś powiedział, że takie skutki może mieć zbyt intensywny zapach kwiatów w domu. A rzeczywiście lilie, które od początku żałoby kwitną u mnie dla wszystkich Poległych pod Smoleńskiem, pachną bardzo intensywnie. Kwiaty stoją w wazonie, ale flagę z kirem już zdjąłem z balustrady balkonu, a została żałobna wstążka na antenie auta oraz zdjęcie w ramce na stole.

Powoli wprowadzam się w święty spokój. Jednak nie sposób nie pomyśleć o trwającej kampanii prezydenckiej. Uważam, że Komorowski powinien ustąpić z funkcji Marszałka Sejmu (i jednocześnie p.o. Prezydenta RP). Nie da się połączyć trzech działań tak, żeby nie budziło to oporów. Kandydat na Prezydenta niech się zajmie swoją kampanią, a nie pełnieniem tylu ważnych funkcji.

W wyborach poparłbym chętnie Jarosława Kaczyńskiego, ale szczerze mówiąc wolałbym innego kandydata PiS, bo brat zmarłego Prezydenta jest zbyt łatwym celem dla politykujących dziennikarzy i uprawiających "śmieciarską" politykę pajaców w rodzaju Palikota czy Niesiołowskiego. PiS musi zawalczyć o Polskie serca. Ma wielkie szanse! Niech ich nie straci...

Zakończę lekko. Zacytowała mnie moja "ulubiona" Wybiórcza. Wykorzystała moje słowa w tytule artykułu. I opisała mnie tak, że chyba żadna dziewczyna by mnie nie chciała (oszołom ściskający flagę biało-czerwoną i rzucający banałami...). Ale spoko. Traktuję to z humorem. Oto link.

Mam też prośbę do komentujących o podpisywanie swoich wypowiedzi. Z anonimami nie dyskutuję i nie polemizuję. Odwagi!

niedziela, kwietnia 18, 2010

Polska jest piękna!




Chciałoby się opisać wszystko w szczegółach. Jednak choć duch ochoczy, ciało słabe. Dopada mnie zmęczenie po samotnej podróży i tych wszystkich przeżyciach. Spróbuję zatem zamknąć swoją relację w kilkunastu zdaniach.

To był niezapomniany dzień. Największe patriotyczne przeżycie w ciągu wszystkich moich trzydziestu sześciu lat. I jedna z najpiękniejszych liturgii. Wszystko było na swoim miejscu, we właściwej hierarchii. Polska ukazała się piękna, ale tęsknota za ojczyzną niebieską - wzbudzona przez czytania mszalne i samą liturgię - była jeszcze silniejsza. Wspaniała oprawa muzyczna. Łzy lały się pod okularami przeciwsłonecznymi. Można było poczuć zadowolenie, a nawet dumę z naszego państwa. Poczty sztandarowe, ułani, polskie wojsko w swojej chwale, Górale i górnicy w tradycyjnych strojach, harcerze, którzy nieśli pomoc i uśmiech. Dziękuję Wam, Druhowie, za wodę i za troskę!

Wszystko ładnie mi się dziś poskładało. O 9.00 zatankowałem hondzię i ruszyłem A4 słuchając radia (eM, potem Trójka, w końcu jakaś krakowska stacja) po prawie pustej autostradzie. Mijali mnie przeciwnym pasem jeźdźcy na motocyklach. Dopiero wieczorem dowiedziałem się, że jechali na Jasną Górę, żeby tam modlić się za Parę Prezydencką. Wspaniale spisała się policja - cała droga była bezpieczna, wszędzie było widać patrole, więc nikt nie szalał na drodze i gdy ruch się zaczął zagęszczać w okolicach Balic, można było czuć się na drodze bardzo pewnym. Postanowiłem wbić się autem najbliżej Rynku jak to możliwe. Ale szczerze mówiąc nie liczyłem na to, że będę w samym centrum wydarzeń. Miałem jednak nosa - udało mi się dojechać prawie do Plantów i znalazłem bez trudu miejsce do zaparkowania. A potem z aparatem fotograficznym, książką (na wszelki wypadek - czytam teraz książkę J. i S. McDowellów pt. Więcej niż cieśla) i słuchawkami na uszach (a w słuchawkach krakowskie radyjko) dotarłem bez problemów do bramki przed Rynkiem, gdzie policja i straż sprawdzały torebki i plecaki. I tak dostałem się na fascynujący, piękny krakowski Rynek, przeszedłem tak, żeby mieć widok na Kościół Mariacki (po lewej), Sukiennice (na wprost po lewej) oraz Wieżę Ratuszową z estradę opatrzoną w telebimy (na wprost). Była godzina 10.30. Szybko się tam dostałem, prawda?

Ten wielki pogrzeb był zamknięciem ośmiodniowej żałoby narodowej. Dziewięćdziesiąt tysięcy ludzi na Rynku przybyło pożegnać Ich - Pana Lecha Kaczyńskiego i Panią Marię Kaczyńską. Myślę, że dla wielu z nas był to nie tylko czas smutku i zadumy. To spotkanie miało w sobie coś z narodowego święta. Wspaniałe to uczucie poczuć solidarność z krajanami, którzy przyjechali do Krakowa pociągami, rowerami, samochodami, przyszli pieszo... Znak pokoju" w czasie Mszy był też swoistym podziękowaniem, za to, że wyrwaliśmy się z kieratu codzienności, żeby być razem w Krakowie, z naszym Prezydentem, z Panią Marią. Widziałem wiele łez wzruszenia w tamtym momencie. A Komunia wszystkich nas zjednoczyła z Tym, który jest Prezydentem nad prezydentami - z Tym, który króluje w Niebie.

Niestety zebranie na Rynku było też już fragmentem kampanii prezydenckiej, która rozgrzeje nasze głowy bardzo szybko w ciągu najbliższych tygodni. Marszałek Sejmu, który pełni obowiązki głowy państwa jest kandydatem konkretnej partii politycznej i ludzie na Rynku dali mu to odczuć. Nie klaskali po jego przemówieniu zbyt długo (a nawet pojawiły się gwizdy - czy zarejestrowała to telewizja?). Za to wystąpienie Śniadka z "Solidarności" (który nie jest kandydatem, ale przemawiał jako przyjaciel zmarłego Prezydenta) było przerywane gromkimi brawami, a po jego zakończeniu oklaski trwały kilka minut. Gdy na telebimach przed Mszą pojawiło się TVN24, ludzie głośno protestowali - w końcu pojawiła się prosta transmisja obrazu z Bazyliki Mariackiej - bez miecugowów i pohanke.

Obawiałem się korków przy powrocie. Dlatego około 17.00 opuściłem Rynek i ruszyłem spokojnie do auta, robiąc po drodze dużo zdjęć. Ulice okazały się puste. Siły porządkowe pracowały na medal! Wyjechałem w kierunku Olkusza, bo chciałem jeszcze wpaść do Karinki i Majki na kawę. Tam obejrzałem złożenie ciał Państwa Kaczyńskich w krypcie wawelskiej. Powspominaliśmy dni żałoby i w końcu ruszyłem do domu. "Wiadomości" obejrzałem już we własnym telewizorze.

Dla mnie z tego dnia najbardziej pamiętne były słowa czytań ewangelicznych o śmierci, którą każdy z nas już przeżył w Chrystusie i z Chrystusem. Śmierć biologiczna nie ma już takiego znaczenia, gdyśmy w chrzcie umarli i narodzili się już na nowo do życia wiecznego w przyszłym świecie. Myślę, że Lech Kaczyński i Pani Maria są już w niebie u stóp ukochanego Pana...

A my możemy wspomnieć tę piękną parę odwiedzając ich grobowiec w wawelskiej krypcie.



Zdjęcia pochodzą z serwisu Rzeczpospolitej.

sobota, kwietnia 17, 2010

Tesco wygrało...


Wróciłem zasmucony z Katowic. Na Placu Sejmu Śląskiego uczestniczyłem dziś we wspólnym oglądaniu transmisji z uroczystości warszawskich, z pożegnania tragicznie poległych na smoleńskim lotnisku - w drodze do Katynia.

Były dwa duże telebimy, z 40 osób obsługi (Maltańczycy, pogotowie, harcerze, Straż Miejska) z 10 dziennikarzy i... około 50 przybyłych na wspólne przeżywanie uroczystości warszawskich. Co za tłum! Tymczasem w Silesia City Center (wielkie centrum handlowe) masy ludzi (byłem tam w "Tesco" po flagę dla sąsiadki - polecam akcję Pogotowie Flagowe na FB!). Każdy niech sobie dopowie, w jakim stanie jest Polska Tuska...

Ale trwaliśmy mimo wiatru, mimo osamotnienia, mimo krzeseł, które co chwila zwalały się na nas przy podmuchach silnego wiatru. Przynajmniej harcerze mieli co robić: kilka razy je ustawiali. Pojawiłem się tam już o 10.00, żeby zorientować się, czy już schodzą się wielkie tłumy. Naprawdę na to liczyłem! Okazało się, że spokojnie można wrócić do domu i przyjechać o 12.00, gdy uroczystości się zaczynały. Gdy przyjechałem w południe, wciąż były wolne miejsca do parkowania, a Plac praktycznie pusty. Większość zebranych stanowiła obsługa i dziennikarze. Wstyd!

Ponieważ byłem jedyną osobą z flagą, stałem się wdzięcznym obiektem dla fotoreporterów, więc proszę się nie przestraszyć, jeżeli zobaczycie mnie w jakichś "Aktualnościach", czy w lokalnym dodatku do którejś z gazet. Przeprowadziła też ze mną wywiad pani z radia "Złote Przeboje" oraz dziennikarka "Gazety Wyborczej".

Bareja by lepiej tego nie wymyślił...

Jedyna pociecha, że udało mi się nawiązać nowy kontakt z braćmi i siostrami z Pomocy Maltańskiej, do której należę od jakichś 10 lat, a z którą dawno nie miałem kontaktu. W maju odnowię sobie kurs ratownictwa medycznego.

wtorek, kwietnia 13, 2010

Mój Prezydent nie żyje



Ta straszna wiadomość dotarła do mnie o 8.40 czasu angielskiego przy stacji metra Hatton Cross, na zachód od Londynu. Chwilę wcześniej przejeżdżałem autokarem koło lotniska Heathrow i mówiłem do towarzyszy podróży jaka ta lotnicza technologia precyzyjna, jaka bezpieczna. Nad Heathrow nieustannie lądują i startują samoloty.

Tam zawiódł jednak najpewniej człowiek. Przyjaciółka napisała w SMS-ie: "Samolot w ktorym prezydent i politycy lecieli do Katynia zahaczyl o drzewo, spadl i sie zapalil. Trwa gaszenie i ratowanie ofiar...". O 10.18 wiedziałem już: "Nikt nie przezyl". Jechaliśmy zwiedzać Londyn, a nowe wiadomości nadchodziły. I ani jedna chwila w gorgeous, fabulous oraz triumphant Londynie nie mogła cieszyć. Cień samolotu TU-154M opadł na ten dzień i na dni następne. Tomek i Klaudia wysyłali mi kolejne nowe informacje o zabitych, Jola wysłała chyba z kilkanaście SMS-ów, relacjonując godzina po godzinie to, co działo się w Polsce. Wieczorem z naszą angielską gospodynią, panią Janette, oglądaliśmy wiadomości BBC. Rozpłakałem się... Kolejnego dnia z innymi Polakami uczciliśmy ofiary tragedii dwiema minutami ciszy i modlitwą (staliśmy na trawniku przed Królewskim Muzeum Morskim w Greenwich, było to o 11.00 czasu angielskiego, czyli o 12.00 polskiego).

Bałem się powrotu do Polski. I słusznie. Chwilę po przyjeździe do domu stałem się wpierw świadkiem, a potem uczestnikiem (o "pokrwawionych" pięściach) internetowej bitwy "o Wawel" na Facebooku. Zalew hipokryzji w mediach (które dopiero co szczuły na Kaczyńskich, a dziś słodzą tak, że rzygać się chce) i te gierki pismaków, z puszczaniem oka do rządnej krwi gawiedzi. Nie do zniesienia. Myślałem, że wszyscy pochylimy się nad tajemnicą śmierci, że ten tydzień minie w ciszy, że winni nienawistnych kampanii upadną na kolana i przeproszą... Złudne nadzieje.

Lech Kaczyński, mój Prezydent, nigdy nie poddał się dyktatowi PR-u. Był facetem z krwi i kości. Wielkim patriotą, który nie dbał o medialny wizerunek. I chyba okazał się bezbronny wobec "partii anty-PiS", w której szeregach prócz polityków, znalazło się tylu stronniczych dziennikarzy, okrutnych internautów i bezmyślnej młodzieży. To, jak niszczono tego człowieka i jego środowisko polityczne nie ma w polskiej polityce precedensu (choć podobnie walono w czerep prezydenta Wałęsę, zanim stał się pupilkiem "salonu"). Musiał tragicznie zginąć, żeby doczekać się trochę szacunku w prasie, telewizji i radiu.

Spotkałem go tylko raz. Zupełnie przypadkowo. Kilka lat temu odwiedzaliśmy z młodzieżą z Mysłowic Wiedeń, Brno oraz Morawski Kras. Media polskie były już bardzo źle nastawione do Lecha Kaczyńskiego, a ja byłem na etapie oglądania TVN24, więc skąd miałem się dowiedzieć o zjeździe prezydentów Europy Środkowo-Wschodniej i Południowo-Wschodniej na zaproszenie Vaclava Klausa? Spacerowaliśmy po ulicach gotyckiego i secesyjnego Brna i nagle okazało się, że na rynku rozpoczyna się przemarsz całej plejady prezydentów. Policja oddzielała nas, przechodniów, od znanych polityków, a oni wyluzowani, uśmiechnięci pozdrawiali ludność Brna i turystów. Nasze dzieciaki, choć za Prezydentem ponoć nie przepadały, podbiegły do kordonu i zaczęły wołać: "Panie prezydencie! Panie prezydencie!", a pan Lech Kaczyński razem z Klausem podszedł do nas i zaczął wypytywać, skąd jesteśmy (z tego zdarzenia zapamiętałem szczególnie uścisk wielkiej, pulchnej i trochę spoconej dłoni Prezydenta Republiki Czeskiej). Gdy nasza młodzież poprosiła o wspólną fotografię, pan Kaczyński wpuścił całą grupkę za linię ochroniarzy i z uśmiechem na opalonej, sympatycznej twarzy zapozował do zdjęcia. Był średniego wzrostu (nie tak, jak na chamskich fotomontażach w necie, gdzie z naszego Prezydenta robiono wtedy karzełka), ale uczennice ostatnich klas gimnazjum przewyższały go i dlatego moment, gdy objęły go i przytuliły zapamiętałem tak sympatycznie. Miły, kulturalny, serdeczny człowiek. Zupełnie inny niż ten sztywniak, którego pokazywano w telewizji.

Dodam jeszcze, że nie wierzę w żaden rosyjski czy tuskowy spisek. Cieszy mnie też nienaganne zachowanie rosyjskich władz (jakże inne od tego, które zawiodło nasze oczekiwania 7 kwietnia). Wybieram się na pogrzeb Pary Prezydenckiej do Krakowa i jestem szczęśliwy, że ci wielcy patrioci pochowani zostaną w krypcie na Wawelu.

Aha, jeszcze jedno. W pierwszej turze głosowałem na Tuska. Wierzyłem wtedy, że i tak powstanie koalicja PO-PiS, a obecny premier wydawał mi się "bardziej reprezentacyjny". W drugiej turze głosowałem już na pana Lecha Kaczyńskiego. Ujęła mnie jego charyzma i wiara we własne ideały. Tusk przegrał w moich oczach tym pozerskim ślubem kościelnym w środku kampanii wyborczej. Żenada...

Na balkonie wisi flaga (czemu na moim, całkiem sporym osiedlu wisi tylko jedna flaga?!), na stole zdjęcie Pary Prezydenckiej w ramce z czarną wstążką. Jutro na antenie auta zawisną biało-czerwono-czarne wstążeczki. Włączam się w tygodniową żałobę... Niech wszyscy polegli w katastrofie lotniczej odnajdą drogę do Pana!

wtorek, kwietnia 06, 2010

Wojna światów


Od czwartku będę przez tydzień mieszkał w Woking, w zachodniej części Surrey w Anglii. Cieszę się, bo jest to bardzo ciekawe miasto. W nim właśnie H. G. Wells umieścił akcję swojej Wojny światów. W Woking wylądowali literaccy Marsjanie. Poszukam tam jakichś śladów tych literackich powiązań.

Inna "wojna światów" dotyczy zmagań tego świata z Królestwem Bożym. Bezsilność i wielki smutek mnie ogarnia, gdy widzę zmasowany atak tego świata na Kościół. Tępa nienawiść od ataków na następców św. Piotra (obecnego i poprzedniego), przez mordowanie chrześcijan w krajach Azji i Afryki przy głuchocie światowych mediów, po zwykłe akty wandalizmu. Ostatnio przy katowickim kościele Oblatów oglądałem potarganą i pociętą wystawę na temat masowego mordu na nienarodzonych ludziach (eufemistycznie nazywa się to aborcją). Jeżeli nie wierzysz w to, że jest tylko jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół, to zobacz, kogo ten świat najbardziej nienawidzi. A ogólny wydźwięk tej refleksji jest jak najbardziej optymistyczny. Żyjemy w dniach ostatnich i oczekujemy Jego nadejścia w chwale. Maranatha!

Każdy ma jakąś Tradycję...


Przez życzliwość i przyjaźń w Chrystusie z chłopakiem, którego poznałem na naszym forum tolkienowskim (który w ciągu ostatnich lat z chrześcijanina w Kościele katolickim stał się chrześcijaninem poza widzialnym Kościołem, w maleńkiej wspólnocie o charakterze protestancko-ewangelikalnym) zaglądam czasem na pewne heretyckie* forum. Dość zjadliwie antykatolickie. Mam dwa wnioski z lektur tamtejszych dyskusji. Po pierwsze protestanci są dla Kościoła prawdziwym "biczem Bożym" od kilku już stuleci. I dziś ich nieprzejednana krytyka prawdziwego Kościoła (katolickiego oraz prawosławnego, które trwają dziś tylko w częściowo widocznej jedności) oraz jednoznaczne pytania, które uderzają w depozyt wiary, strzeżony przez Kościół, zmuszają nas do przemyślenia tego, w co wierzymy i umocnienia tego, co mamy przekazywać pogańskiemu i heretyckiemu światu - temu światu...

Po drugie, czytając jak naigrawają się oni z Tradycji, której strzeże Kościół, dochodzę do wniosku, że każdy ma taką Tradycję, na jaką zasłużył i jaką chce mieć. Tradycja to klucz do odczytywania Pisma Świętego. Nasza, katolicko-prawosławna Tradycja ma już prawie 2 tys. lat. Ich tradycja miewa czasem rok czy dekadę, czasem kilka stuleci. Stróżem naszej Tradycji jest Jezusowy Kościół, oni Tworzą sobie swoje tradycje (czyli klucze interpretacyjne Pisma) na poczekaniu, w rozproszeniu tysięcy "kościołów". Uderz w pasterza, a owce się rozpierzchną (por. Mt 26,31) - czy nie jest zastanawiające, że od wystąpienia Husa, Lutra czy Kalwina rozproszenie w tamtej części Owczarni jest tak rozległe i ciągle się poszerza? Protestanci (w tym chrześcijanie ewangelikalni) mówią: solo Scruptura, a w tym samym momencie odwołują się do swojego subiektywnego, często ahistorycznego, zubożonego klucza interpretacyjnego - własnej tradycji.

Cieszę się jednak, że mam swoich braci protestantów. Dzięki nim lepiej rozumiem swoją wiarę i mocniej wychwalam Pana, który króluje w swoim Kościele.

* Słów herezja i heretycki nie chcę używać w ich pejoratywnym sensie. Ale że ewangelikałowie lubią dosłowność, wracam do tych zapomnianych terminów. Znaczą one dla mnie 'odłączony od Kościoła Powszechnego'.

Narodziłem się powtórnie


Poniższy tekst jest przeredagowanym wpisem z chrześcijańskiego działu forum Elendilich - z Bractwa św. Brendana.

Chrystus Jezus powiedział do bogobojnego Nikodema:

Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi powtórnie, nie może ujrzeć Królestwa Bożego (J 3,3).

Wyrośli z protestantyzmu chrześcijanie ewangelikalni podkreślają dziś ze szczególnym naciskiem, że "narodzenie się na nowo" to warunek niezbędny do zbawienia. Pamiętam pewne wydarzenie z forum Elendilich. Jeden z Elendilich - brat z ewangelikalnej wspólnoty nie-katolickiej - zadał wprost innemu użytkownikowi - chrześcijaninowi katolikowi - pytanie o to, czy aby na pewno ten ostatni "narodził się on na nowo". Słowa te wywołały na forum niesmak i pozostawiły po sobie urazy... Ale przecież takie pytanie jest jak najbardziej słuszne, o ile jego zadanie nie jest związane z "ucieraniem nosa", arogancją i wywyższaniem się ponad innych...

Protestanci z nowych ruchów ewangelikalnych pytają często o to, czy pamiętamy moment, gdy narodziliśmy się powtórnie, co oznacza przede wszystkim: czy pamięta się moment w życiu, gdy Chrystusa uznało się za swojego króla i osobistego zbawiciela. Dla niektórych odłączonych od Kościoła katolickiego (czy prawosławnego) chrześcijan znakiem takiego "narodzenia na nowo" jest przyjęcie chrztu (przy uznaniu, że chrzest w Kościołach katolickim czy prawosławnym nie jest dla tych ludzi ważny).

Chciałbym sam opowiedzieć kilka słów o swoim narodzeniu się powtórnym, swojej metanoi, która była zasadniczym zwrotem w moim życiu, i która upewnia mnie, że jak inni chrześcijanie z Kościoła katolickiego jestem - mówiąc językiem św. Pawła - święty, że już tu moim udziałem jest Królestwo Niebieskie, i że Pan mnie wybawił od śmierci i grzechu. Chciałbym też poprosić innych chrześcijan w tej grupie o opowiedzenie o swoim doświadczeniu powtórnych narodzin do Królestwa Niebieskiego.

Choć ochrzczono mnie 36 lat temu w czasach mojego niemowlęctwa i chrzest był dla mnie aktem nieświadomym, to wiem, że decyzja wolnej woli, która jest niezbędna do metanoi dokonuje się w moim życiu stale - jest jakby ciągłym aktem upomnienia, nawrócenia, odnowy. Z mojej perspektywy chrzest, czyli zanurzenie w śmierci Jezusa aby narodzić się wraz z Zmartwychwstałym do nowego życia, jest jednym dokonującym się stale aktem, który wspierają inne dary sakramentalne: spowiedź i Eucharystia, a w czasach świadomych wyborów okresu nastoletniego umocnienie postanowień chrzcielnych w momencie bierzmowania i świadomy akt przyjęcia zobowiązań małżeńskich w dniu ślubu. Powtarzam też postanowienia chrzcielne co rok w czasie Paschy. Oczywiście to wszystko może być pustym aktem, zewnętrznym gestem, którego nie wypełnia duchowa treść. Wiem jednak, że dla mnie te decyzje o nawróceniu są świadomym wyborem - ustawieniem Pana Chrystusa Jezusa na pierwszym miejscu w moim życiu. Nie ma przy tym wielkich fajerwerków. W moim życiu Pan przychodzi w "szmerze łagodnego powiewu" (1Krl 19,12).

Z mojego doświadczenia wynika, że narodzenie się powtórnie nie daje gwarancji, że wola ludzka nie wybierze któregoś dnia autarkii (gdy zamiast uznać, że zależy się od Boga, człowiek złudnie wierzy w samostanowienie i samodzielność). Co więcej, żadna metanoja nie gwarantuje, że w zasadniczym momencie śmierci człowiek nie odwróci się od swojego Zbawiciela i nie wybierze życia wiecznego w piekle (piekłem jest dla mnie niewyobrażalne cierpienie, które jest karą odwrócenia się od Boga, którą zadać sobie możemy tylko własną decyzją, która trwa wiecznie i dokonuje się w całkowitym oderwaniu od Boga - nikt za życia takiego oderwania nie odczuwa, nawet największy ateusz czy satanista). Myślę, że każdy, kto narodził się na nowo, wie wciąż co to jest niewierność Bogu, grzech, bunt, nieczystość. A jednak przylgnięcie do Pana sprawia, że zło naszych myśli i czynów nie oddziela nas już od Źródła Życia i zawsze łatwiej uderzyć się w pierś, uznać swój grzech i przyjmować stale dar Królestwa Niebieskiego.

Gdyby zapytał mnie o swoje powtórne narodziny ewangelikał, wspomnieć mogę pewien letni dzień lat 90., w burgundzkiej wiosce Taizé, w romańskim kościółku, gdy w samotności tzw. "Grupy Ciszy" (rodzaj pogłębionych rekolekcji, przeżywanych w tygodniowym milczeniu) wyznałem Panu, że bez Niego umrę duchowo, że tylko On jest moim władcą i zbawcą, że jestem we władaniu grzechu, a tylko On może mnie z niego wyciągnąć. I wiem, że od tamtej chwili, która była owocem mojego nieświadomego chrztu, wychowania wyniesionego z chrześcijańskiego domu moich rodziców, z lektur i rozmów, z świadomie przeżytego bierzmowania, z modlitw moich za innych i innych za mnie (wliczając w to mojego anioła, moją Matkę, Maryję, moich świętych patronów), dokonał się PRZEŁOM, wspaniała EUKATASTROFA mojego życia. Wiem już, co to jest narodzić się powtórnie i chcę z tego miejsca dać świadectwo, że dla mnie to zdarzenie nie mogłoby się dokonać bez mojego wyrośnięcia w Ciele Chrystusa, którym jest jeden, święty, powszechny i apostolski hebr. Kahal, gr. Ekklesia - Kościół katolicki.

Wyznaję jeden chrzest na odpuszczenie grzechów i oczekuję wskrzeszenia umarłych i życia wiecznego w przyszłym świecie. Amen