wtorek, sierpnia 26, 2008

No i kilka zdjęć...


Armenia w obiektywie mojego aparatu. Trudny wybór kilku zdjęć z około tysiąca...










Drogami Armenii, cz. 7


Dziś można było poznać przyrodę Armenii nie tylko oczami, ale również nosem, uszami, każdą wręcz porą skóry. Właśnie wróciłem zmoknięty z kilkugodzinnej wyprawy w pobliskie góry. Czuję w pokoju zapach górskich ziół, bo nie tylko sam tym zapachem przesiąknąłem, nie tylko pachnie tak moje ubranie, ale na stoliku leży wielki bukiet górskich kwiatów, które chcę zabrać do Polski. Armeńskie kwiaty... Roślinność w tym zakaukaskim kraju, w tym dalekim zakątku Bliskiego Wschodu, wyjątkowo pięknie pachnie. Wonie kwiatów i liści są bardzo intensywne i nie bez przyczyny w lokalnej kuchni znajduje zastosowanie tak wiele ziół.

Dzisiejszy dzień to czas relaksu. Odpoczywamy całą niedzielę w naszym nadsewańskim hotelu i jego okolicach. Czuję się jak w górskim Przyjaznym Domu, bo design tej budowli przypomina „wypasioną” alpejską chatę. Kiedyś w powieści Gaimana znalazłem fajne określenie, które pasuje jak ulał: „ostentacyjna i kosztowna skromność”. Dominują naturalne materiały: drewno, kamień, siermiężne materie jak len i grubo plecione pledy. Do tego metal i beton, monochromatyczne, szorstkie powierzchnie. Mieszkamy w hotelu czterogwiazdkowym i pachnie tu rzeczywiście luksusem. Kamienna łazienka z designerską armaturą super pachnie wilgotnym kamieniem i ziemią, gdy kąpiesz się pod prysznicem. Łóżko jest wysokie, przybrane wieloma poduszkami – atmosfera kolonialna. Piję właśnie wodę mineralną (nigdy nie wypiłem w ciągu tygodnia tyle wody mineralnej, co w Armenii – mają tu znakomite źródła!) z glinianego kubka. Świetny klimat. Bardzo mi się tu podoba.
Śniadanie i obiad były wyśmienite, zwłaszcza pyszna ryba, która podobno występuje (wraz z 25 innymi gatunkami) tylko w Jeziorze Sewan. Naprawdę nas rozpieszczają. Na sam obiad było – niech policzę – siedem różnych dań. Na koniec wspaniałe lody i ormiańska kawa.

Niedziela to dzień święty. Nasza dzisiejsza msza odbyła się w podcieniach niedaleko restauracji. Prowadził dziś ksiądz Jan z Niemiec, wspaniały kapłan, którego poznałem w Islanii, a z którym miałem przyjemność pielgrzymować w tym roku do Ziemi Świętej. Msza była ładnie odprawiona i zaśpiewana. Naprawdę czuje się w tej grupie wspólnotę.

Mnóstwo rekreacji. Po mszy, a przed obiadem skorzystałem z basenu, woda którego okazała się chłodna, jak woda z górskiego źródła, ale dzięki temu lepiej się potem „obiadało” (obiedat’ to po rosyjsku ‘jeść obiad’). Rozgrzałem się w sympatycznym, gorącym jaccusi. A po obiedzie wyruszyłem w góry, które kusiły od rana. Chciałem się wspiąć jak najwyżej, żeby zobaczyć szerszą panoramę Sewanu. Opłacało się. Wędrówka nie była trudna, po drodze zbierałem kwiaty i robiłem zdjęcia. A gdy podziwiałem widoki ze szczytu ramienia, na które się wspiąłem (byłem na wysokości ok. 2500 m n.p.m.), dołączyła do mnie para naszych pielgrzymowiczów. Dzieliliśmy się zachwytem, a potem oni powędrowali dalej w góry, a ja wróciłem do hotelu. I po drodze zlał mnie górski deszcz o kroplach tak wielkich jak grochy. Chłonąłem przyrodę całym ciałem. Cieszę się, że dane mi było poznać bliżej tę piękną ziemię.

Zaraz idę na kolację, bo dochodzi 20.00. Słońce zaszło i za chwilę zrobi się ciemno, bo inaczej niż u nas na północy, tu nie ma świtu ani zmierzchu, po dniu szybko nadchodzi noc. Ciekawe czy będzie widać tyle gwiazd co wczoraj w nocy.

Drogami Armenii, cz. 6


Dziś opuszczamy erywański hotel, nasz gościnny „Aviatrans”, i ruszamy w daleką, blisko 500-kilometrową drogę przez północne rubieże kraju, aby odwiedziwszy kilka ważnych zabytków dojechać do kolejnego miejsca noclegowego – hotelu „Tsapatagh” nad malowniczym jeziorem Sewan.


Wcześniejsza niż zwykle msza, wspaniałe, pożywne śniadanie i w końcu, o godzinie 8.10 ruszamy spod hotelu w nieznane (dla nas – dla naszego przewodnika bardzo znane). Ładny poranek, błękitne niebo. Opuszczając Erywań zwracam uwagę na niedokończone osiedla. Kikuty niewybudowanych domów (widać, że bloki wznosi się tu metodą antysejsmiczną, oparte na betonowych słupach – stąd te kikuty). Garik tłumaczy, że budowy zaprzestano po trzęsieniu ziemi w roku 1988. Dziś poznamy miejsca, które w tamtym roku zostały całkiem unicestwione przez siły przyrody.

Opuszczamy okolice Erywania, jedziemy na północ, znajdujemy się w końcu w znanej nam z wczoraj dolinie między Aragacem i Aramem. Wokół nas panują barwy brunatne i żółte we wszystkich odzieniach. Czasem tylko pojawia się zieleń – zazwyczaj świeża i bujna. To niskopienne krzewy, zarośla, karłowate drzewka. Przy drodze hodowcy pszczół rozkładają tymczasowo pasieki. Małe skrzyneczki, w których mieszkają pracowite owady. Miód jest jednym z bogactw tej ziemi. Coraz więcej gór. Światłocienie przykryte woalem delikatnej mgiełki. Przejeżdżamy przez Basz-Aparan, gdzie w 1918 r. Ormianie doznali cudu podobnego do naszego cudu nad Wisłą – gdy w wyniku Rewolucji Październikowej wojska rosyjskie opuściły Wschodnią Armenię, wtargnęli tu Turcy. Armenia rozbiła przeważające siły osmańskie w tym właśnie miejscu. Dawid na przeciw Goliata. Teraz wznosi się tu piramidalny pomnik widoczny z daleka oraz otaczający go las pamięci.


Autokar staje na poboczu w jednej z wiosek zamieszkanych przez koczowniczych, pogańskich Jazydów. Oglądamy niezwykły przydrożny cmentarz z ciekawymi kamiennymi nagrobkami w kształcie małych osiodłanych koników. Podbiegają do nas dzieci koczowników. Łase są na nasze słodycze. Robimy wiele zdjęć. Jazydowie etnicznie są pobratymcami Kurdów. Dzieli ich tylko religia. Oba ludy irańskie mówią podobnymi językami, ale gdy jedni czczą Allaha, drudzy składają ofiary idolom. Ciekawe spotkanie z mało nam znaną kulturą.

Zatrzymujemy się w Spitak, mieście, które leży tuż koło epicentrum trzęsienia ziemi z 1988 r. Wszystko jest tu nowe – zrekonstruowany kościół o tradycyjnej ormiańskiej architekturze, rynek z ciekawymi budowlami z lat 90., domy mieszkalne. Większość mieszkańców Spitak zginęła w chwili trzęsienia, o ile nie znajdowali się poza swoim miastem. Jedziemy też przez przemysłowy Wanadzor, trzecie co do wielkości miasto Armenii. Tu również trzęsienie ziemi dało się mocno we znaki. Ilu ludzi zginęło pamiętnego dnia 1988 r.? Władze sowieckie pozwoliły mówić o 26 tysiącach. W czasach niepodległej Armenii mówi się o 90 tysiącach, choć źródła angielskie podawały nawet 260 tys. – zapewne wedle zasady, że Sowieci zaniżali wszystkie niekorzystne dane średnio 10 razy.

Z prowincji (marz) Aragac wjechaliśmy do północnej prowincji Lori. Łyse, pozbawione roślinności góry, wzniesienia pokryte rudymi trawami, bezdrzewne. Wszystko wygląda dostojnie, a w moich oczach również bardzo „azjatycko”. Tak sobie zawsze wyobrażałem bezdroża Azji, bezkresy Wschodu.


Na postój zatrzymujemy się w pięknej górskiej okolicy, w hotelu należącym do konsorcjum Tufenkian Heritage Hotels. Korzystamy tu z toalet, podziwiamy piękną architekturę, robimy zdjęcia dostojnym krajobrazom. Rzeka, która w ormiańskim nosi nazwę „Szalona”, przełomem zmierza do granicy z Gruzją. Nad nią stoi hotel, który został zaprojektowany przez właściciela – bogatego Ormianina z Nowego Jorku, projektanta i architekta, właściciela fabryk ormiańskich dywanów. Nad Jeziorem Sewan zamieszkamy w innym czterogwiazdkowym hotelu tego bogacza. Jż zacieramy ręce, bo zapowiada się pobyt w ładnym, nowocześnie i wygodnie zaprojektowanym hotelu.


Naszym najważniejszym punktem programu są dziś dwa wpisane na listę UNESCO monastyry – w Sanahin i Haghpat. Nie spodziewamy się, jakie piękno czeka nas w tych miejscach. Dojeżdżamy do przemysłowego miasta Alawerdi (tu urodzili się... Charles de Gaulle oraz Kerk Douglas, stąd pochodził materiał do wykonania Statuy Wolności w USA - tak twierdzi Garik). Nad tym zranionym przez cywilizację techniczną zakątkiem Armenii unoszą się dymy z górującej nad wszystkim huty miedzi. Miasto w najniższym miejscu leży na wysokości około 700 m n.p.m., a w najwyższym na wysokości 1400 m n.p.m. Obie części łączy obskurna, sowiecka kolejka linowa. Wspinamy się drogą do Sanahin – wysokiej części Alawerdi. Straszne, odrapane osiedle z czasów Chruszczowa (te bloki nazywają tu po rosyjsku chruszczowkami), dziurawa jezdnia, niebezpieczne, pozbawione pokryw studzienki kanalizacyjne, ale ludzie uśmiechnięci, machają nam czasem, patrzą się na nas z życzliwością.

Monastyr w Sanahin pochodzi z tego samego czasu, gdy w Państwie Polan Mieszko przyjmował chrzest. Wtedy Armenia była krajem chrześcijańskim już od 650 lat! Opuszczony klasztor z zespołem kościołów, obszernych przedsionków, których posadzki to ukryte pod dachem cmentarzyska, z mauzoleami możnych, biblioteką. To ostatnie wnętrze jest szczególnie ciekawe. Jedyne otwory okienne do wąziutkie okienko od strony wschodniej oraz niewielki okrągły otwór u szczytu kopuły. A jednak mądra konstrukcja pozwala rozchodzić się światłu tak równomiernie, że całe obszerne wnętrze skąpane jest w blasku – można tu czytać książki. Te ostatnie ukryte były pod posadzką w wielkim archiwum. Zniszczyli je Mongołowie w XIII w. Cały kompleks w Sanahin wygląda jak świątynia wydarta zazdrosnej o swe ukryte skarby dżungli. Roślinność panuje tu nad przestrzenią, która kiedyś była domeną ludzi. Drzewka rosną nawet na dachu kościoła, co oczywiście nie jest korzystne dla całej budowli. I choć opiekuje się tym miejscem UNESCO, brak funduszy nie pozwala na odnowienie monastyru.
Kompleks klasztorny w Haghpat różni się od Sanahin choćby tym, że jest zadbany i żywy jako miejsce kultu. Tu również oglądamy kościoły i inne budowle z X wieku. Zachwyca nas niezwykła dzwonnica, ślady fresków w kościołach, jaskółki niosące pożywienie do swych gniazd pod sklepieniem jednego z kościołów, niezwykłej urody chaczkary. Cieszymy się też ze spotkania z ormiańskim duchownym, ojcem Aspetem (jego imię oznacza w ormiańskim „Rycerza”). Ksiądz Apostolskiego Kościoła Ormiańskiego pochodzi z Libanu, a nauki pobierał w Jerozolimie. W Haghpat służy dopiero od stycznia bieżącego roku. Bardzo miły, uśmiechnięty kapłan mówi o dziejach chrześcijaństwa w Armenii, o znaczeniu religii dla narodu Ormian, o tym, że samych siebie nazywają „Oświeconymi” na cześć św. Grzegorza Oświeciciela, ich apostoła. Potem odpowiada na nasze pytania, między innymi o różnice teologiczne między Kościołem katolickim i ormiańskim. Cieszymy się wspólnie, że w wyniku porozumienia teologicznego z czasów Jana Pawła II i ich poprzedniego katholikosa najpoważniejsze różnice dotyczące natury Chrystusa okazały się pomyłką lingwistyczną. Ojciec Aspet na koniec modli się po staroormiańsku i nas błogosławi, a nasi kapłani błogosławią jego i nas modlitwą katolicką.

Jedziemy do Alawerdi, żeby w cieniu kominów zjeść obiad w przydrożnej restauracji. Całkiem smacznie, ale nie ma tego klimatu, co w poprzednie dni na podwórzach gospodarzy w Garni i Aszrak. A potem przez kolejną północną prowincję, przez góry przypominające raz Beskidy, raz Bieszczady, mijając wioski rosyjskich starowierców, którzy zostali tu zesłani jeszcze przez carycę Katarzynę, dojeżdżamy do brzegów Jeziora Sewan. Mijamy Dilidżan oraz miasto Sewan i odkrywamy piękno bezkresnego jeziora, które zajmuje 5% obszaru całego kraju. To jedno z trzech historycznych „mórz” starej, nieistniejącej już Wielkiej Armenii. Bardzo nam się tu podoba, tym bardziej, że do hotelu jest naprawdę blisko. Podróż mija w wesołej atmosferze. W autokarze kilka wybranych osób ma po 10 minut na autoprezentację. Mamy okazję poznać się lepiej, dowiedzieć się o swoich profesjach i zainteresowaniach, o życiu i o naszych rodzinach.


O 20.00 dojeżdżamy na miejsce. Wprawdzie okazało się, że hotel nie leży nad brzegiem jeziora, a raczej jest od tego brzegu oddalony o jakieś pół kilometra, ale sama budowla wygląda ładnie. A gdy jeszcze okazuje się, że czeka na nas niespodziewana kolacja, a jutro skorzystać będziemy mogli gratis z basenu, jacusi i sauny, wszystkim uśmiechają się buzie.

Dzień kończy się jedną z najpyszniejszych kolacji w czasie tej pielgrzymki. Nie dość, że posiłek podaje między innymi dziewczyna, która mogłaby być obiektem uczuć tego, który wymyślił pieśń „Oczy cziornyje...” (piękne ormiańskie rysy i oczy, w których na pewno utonęły marzenia i uczucia niejednego śmiałka), to jeszcze jakość i wymyślność potraw jest zachwycająca: zwyczajowe przystawki, a na danie główne „gołąbki” z baraniego mięsa zawijanego w liście winogron (oryginalny, wspaniały smak), kulki kaszy czy ryżu z pysznym mięsem w środku oraz dobra, delikatna fasolka szparagowa. Na deser całkiem niezłe ciasto oraz kawa (lub mięta, lub „cziornyj czaj”).

Kończy się szósty dzień pielgrzymki. Jako, że jest już 23.58, zamykam notebooka i idę spać. Jutro dzień wolny – długie spanie, śniadanie, msza, wypoczynek nad jeziorem lub basenem, obiad i kolacja. Po prostu laba...

Drogami Armenii, cz. 5


Pamięć ludzka jest ułomna. Minął piąty dzień naszej pielgrzymki i spieszę z napisaniem
relacji, ale boję się, że i tak uronię część z dzisiejszych przeżyć, choć to wszystko zdarzyło się tak niedawno. Pobudka udała się łatwiej niż w poprzednie dni – zaaklimatyzowałem się już w tej strefie czasowej. Niedługo czekają mnie nowe kłopoty, bo za cztery dni będę w Polsce, a tam ludzie chodzą spać trzy godziny później od nas, tymczasowych mieszkańców bliskowschodniej strefy czasowej. Msza z mądrym kazaniem ks. Władysława, potem śniadanie dobre jak zwykle. O 9.00 wyjazd w zupełnie nowym kierunku, do prowincji Aragac, na zbocza najwyższej (obecnie, bo nikt nie wie, co przyniesie przyszłość, w końcu i Turcja nie będzie wieczna) góry Armenii. Szczyt Aragacu sięga 4090 m n.p.m., a to wysokość niebagatelna – dwukrotna wysokość Tatr!
To świeży poranek. Po krótkich opadach wczorajszego wieczora, po zwyczajowym myciu świeżą wodą ulic i chodników, przy niskim słońcu, które radośnie rozświetla ustępującą już lekką mgiełkę, w sercach rodzi się radość. Cieszymy się w autokarze, bo program pielgrzymki zapowiada bardzo ciekawy dzień. A wszystko wskazuje, że będzie to też pogodny dzień...

Ruch na ulicach Erywania należy do tego typu, który nazywam „organicznym”. Przy południowo-wschodnim temperamencie i dążeniu do wolność od ograniczeń, jakie narzucają nam przepisy, ogólnej drogowej katastrofy można uniknąć jedynie włączając się organicznie, intuicyjnie, w ruch na ulicach. A zatem nieważne są światła, linie, znaki, przejścia dla pieszych. Rozglądaj się uważnie, bądź drogowym wojownikiem i nie poddawaj się rozpaczy, a przede wszystkim nie daj Boże nie przestrzegaj przepisów, bo doprowadzisz do karambolu. Bądź częścią tego szalonego organizmu.
Mijamy place, szerokimi alejami zbliżamy się do przedmieść, na których królują blokowiska z wielkiej płyty – relikt realnego do bólu socjalizmu. Niektóre bloki straszą poszczerbionymi elewacjami, zabudowanymi chaotycznie balkonami, szczerzącymi druciane zęby żelbetami, ale są też ładne domy i osiedla. Armenia przeżywa ostatnio niezwykły boom budowlany. Zastanawia ten dobrobyt, skoro według naszego przewodnika, Garika (osoby sympatycznej, która jednak ma zupełnie inny niż my obraz Związku Sowieckiego i obecnej Rosji – Garik widzi wiele rzeczy bardziej entuzjastycznie niż chyba na to zasługują, np. atak Rosji na Gruzję), zarobki to średnio około 200 euro, a najniższa ustawowa pensja to... 50 euro. Drogi mają tu nadspodziewanie dobre nawierzchnie. Właśnie jedziemy trasą ekspresową, szeroką i dobrze oznakowaną, z namalowanymi z dbałością liniami, co na terenie byłych Sowietów nie jest czymś zwyczajnym.
Otwierają się coraz szersze widoki na rozległe zbocza Aragacu. Droga wije się i pnie w górę, mijając suche, pokryte z rzadka odporną na upały roślinnością nierówności. Rude trawy, kamienie, niepozorne ale zielone zarośla. Zmierzamy do małej wioski Saghmosavank (nazwa oznacza „Klasztor Psalmów”). Odwiedzamy tam piękną, choć bardzo surową w jej formie świątynię, a właściwie zespół kamiennych kościółków z biblioteką. Odwiedzamy wpierw kościół Świętego Syjonu, gdzie wśród starych XIII-wiecznych murów, oświetleni promieniem dnia, który pada z wąskiego okna nad ołtarzem, odmawiamy nasz dzisiejszy różaniec. Dusza unosi się ku kamiennemu sklepieniu kościoła. Oglądamy piękne chaczkary i inne motywy wyrzeźbione na ścianach przytulonego do świątyni Syjonu kościółka Matki Bożej. Potem oglądamy zespół budowli z dystansu, stojąc nad brzegiem przepaścistego, głębokiego wąwozu. Nad płynącą dołem rzeką, która spływa zboczami Aragacu, wybudowano w wiekach XI-XIII kilka podobnych monastyrów. Fundatorami byli lokalni ormiańscy władcy.
Potem odwiedzamy w tej samej wsi ormiańskiego artystę, który tworzy oryginalną ceramikę. Nie rzuca ona na kolana, ale kilkoro z naszych pielgrzymów kupuje pamiątki, na przykład kubki z wyobrażeniem Noego i jego Arki. Dom artysty, Ormianina o wyglądzie Europejczyka (jego babcia była ponoć Niemką, a on sam posługuje się na co dzień językiem rosyjskim), jest wspaniały. Piękny ogród pełen kwiatów i drzew owocowych ze wspaniałym widokiem na zbocza Aragacu i na wąwóz wspomnianej rzeki. Wszystko zadbane, trawa ładnie przycięta, wszędzie porządek – szczególnie w pracowni artysty. Czujemy się jak u wujka gdzieś w wiejskiej haciendzie. Bardzo fajnie mija nam czas. Bujam się na ogrodowej ławeczce i rozmawiam z towarzyszami podróży.
A potem ruszamy na wysokość 2500 m n.p.m. do malowniczo położonej twierdzy Amberd. Droga coraz węższa, ludzi coraz mniej, tereny coraz bardziej bezludne. Tylko dwa razy widzimy tymczasowe osady koczowniczych Jazydów, półpogańskich pasterzy z wyżyn Aragacu. To niesamowite, że w chrześcijańskiej w 99% Armenii żyją jeszcze czciciele idoli i świętego ognia. Zatrzymujemy się na chwilę przy niezwykłym pomniku – na zboczu góry ułożono wielkie litery ormiańskiego alfabetu, którym towarzyszą figury św. Masztoca, twórcy tego systemu pisma, oraz jakichś poetów ormiańskich. Nasz polski Ormianin, pan Janusz z Gliwic, dokąd po II wojnie światowej przybyli wygnani z dawnych Kresów przedstawiciele tego narodu, którzy wcześniej zamieszkiwali ziemię lwowską i stanisławowską, tłumaczy, który znak opisuje jaką głoskę. Zaciekawia nas też drzewo obwiązane setkami kolorowych wstążek i szarf – to jeszcze jeden przedchrześcijański w swojej genezie obyczaj, który znam na przykład z Grecji. Wstążki na szczęście, być może też jako dowód pamięci o przodkach. Takie drzewa zobaczymy również w Amberd.

Droga wije się coraz wyżej. Krajobrazy przewspaniałe, monumentalne, dotykające czegoś w duszy – wywołujące tęsknotę za nieskończonością. Zatrzymujemy się w punkcie widokowym, który polecił nam kierowca Wania. Tak! Widać w oddali na skalnej wyspie sporą ruinę twierdzy oraz samotny, tak pasujący do skalistego otoczenia kościółek. W oddali dostrzegam ptaka, który szybuje nad doliną. Jego pióra błyszczą, odbijając promienie słońca. Rozpiętość jego skrzydeł to co najmniej 1,5 metra. Orzeł – ptak, który jest godłem Apostolskiego Kościoła Ormiańskiego.

Amberd urzeka swoim surowym pięknem. Obchodzimy zamek, zwiedzamy kościółek, któremu towarzyszą chaczkary niezwykłej piękności. Krzyże ormiańskie przypominają żywe drzewa z rozpostartymi szeroko u dołu gałęziami. W ormiańskiej symbolice Krzyż jest zaprawdę Drzewem Życia – to na Krzyżu Chrystusowym odnowiło się nasze życie. Spotykamy małe stadko cieląt, które naiwnie chowają przed nami głowy za krzaczastym ostem. Wdzięczne obiekty dla fotografów. A potem jazda w dół do miejscowości Asztarak, która posiada trzy średniowieczne kościoły, dwa używane do tej pory mosty z tej epoki i cały labirynt wąskich uliczek. Zaproszono nas tu na obiad – drugi posiłek dzisiejszego dnia. Wchodzimy przez furtę do gościnnego ogrodu, pełnego kwiatów, nakrytego koronami orzechowców. Stoły uginają się pod bogactwem jedzenia. Talerze z ogórkami, pomidorami i papryką (nie muszę powtarzać, że tutaj te warzywa mają specjalny cudowny aromat!), sałatki z tajemniczych warzyw, zawijane w lawasz niczym krokieciki (albo sajgonki) smakołyki z farszem przypominającym nasze ruskie pierogi, bakłażany, paptyki, pomidory faszerowane ryżem z mięsem, owoce. Do tego dobre wino i wódka z brzoskwiń. A na koniec dobra ormiańska kawa. Uczta – palce lizać!

Ale trzeba jechać dalej. Jest już po 14.00. Wracamy do Erywania, bo została nam jeszcze jedna programowa atrakcja – targ warzywno-owocowy. Zanim opuścimy Asztarak jedna z dwóch dodatkowych niespodzianek – przepiękny, filigranowy, pokryty czerwoną dachówką (co jest rzadkością w ormiańskich kościołach) tzw. Czerwony Kościół. Wokół niego kolejne wspaniałe ormiańskie krzyże – chaczkary. W środku kościelny prezentuje nam ładną kotarę do oddzielania prezbiterium w trakcie przeobrażenia chleba i wina w Ciało i Krew Pana. Druga niespodzianka to Błękitny Meczet naprzeciwko hali targowej w Erywaniu. Ten muzułmański dom modłów postawiono w XVIII w. w czasach panowania tureckiego. Dziś gromadzi on muzułmańską wspólnotę erywańskich Irańczyków. Słuchamy ciekawej opowieści o dziejach tego budynku, którą przedstawia nam opiekująca się tym miejscem Ormianka z Teheranu. Dowiadujemy się, że gdy Sowieci burzyli miejsca kultu w Erywaniu, meczet uratowano zamieniając go w Muzeum Historii Armenii. Dziś znowu jest miejscem modlitwy.

Hala targowa zachwyca feerią barw i kształtów. Sprzedaje się tu przypracy, suszone owoce, nadziewane orzechami figi i inne owocowe przysmaki, owoce świeże, warzywa, miody, mięsa i ryby. Niezwykłe miejsce. Sam też robię tu zakupy.

A potem droga do domu, do naszego hotelu. I czas odpoczynku, który właśnie ciągle trwa. Jest już 21.30. Co wieczór mamy tu gwałtowne wichry, które uderzają w fasady domów falą pyłu i kurzu. Właśnie musiałem zamknąć okna, bo sytuacja za oknem wygląda burzliwie, a w nosie się kręci od niewidzialnych drobin, które niosą się z placów budowy i z okolicznych wzgórz. Jutro wczesny wyjazd. Opuszczamy Erywań i nasz gościnny hotel i zmierzamy okrężną drogą (żeby więcej zobaczyć) nad jezioro Sewan, gdzie zamieszkamy na dwa dni. Ciekawy jestem, jak tam będzie. Dobranoc.

piątek, sierpnia 22, 2008

Drogami Armenii, cz. 4


Jaki piękny za nami dzień! Piszę krótko, bo jestem strasznie śpiący. Byliśmy dziś po mszy i śniadaniu w niezwykłym miejscu – w Zwartnoc, gdzie architekci VII w. wznieśli niezwykłą katedrę w kształcie ogromnej rotundy o wysokości 50 m., a potem w ormiańskim „Watykanie”, czyli w Eczmiadzynie, gdzie rezyduje patriarcha Apostolskiego Kościoła Ormiańskiego, inaczej katholikos. Eczmiadzyn to nie tylko wizyta w pałacu Patriarchy i w świętej katedrze z 302 r. (sic!). To także modlitwa przy relikwiach św. Hripsime, męczennicy z czasów Dioklecjana, w dedykowanej jej świątyni na przedmieściach Eczmiadzynu oraz zakupy w sklepie przykatedralnym. Mam w końcu swój piękny, drewniany chaczkar.

Te punkty programu zajęły nam czas do godziny 13.00. Potem wróciliśmy do Erywania na przepyszny obiad we włoskiej, eleganckiej restauracji (dwie sałatki, grilowana pierś z kurczaka z ryżem oraz pyszne lody z opiekanym jabłkiem, przysmak zimno-ciepły i słodko-cynamonowy, do tego woda z lodem). Potem około 300 m na Plac Republiki, gdzie Garik zaprosił nas (nieliczne osoby nie miały już siły i wróciły do hotelu...) do Muzeum Historii Armenii. Świetna kolekcja, która pokazuje bogactwo kultur zamieszkujących od tysięcy lat Wyżynę Armeńską. Od pradawnej epoki brązu, przez zabytki państwa Urartu, przez chrześcijańskie średniowiecze Armenii po wieki XIX i XX, oraz proces uwalniania się spod zwierzchnictwa tureckiego i dążenie do wolności i niepodległości: przedmioty użytkowe, rękodzieło, rydwany, ceramika, ozdoby, stroje ludowe, mapy, zdjęcia... Prawie wszystko podpisane jedynie po ormiańsku. Dobrze, że Ormianie używają dziś chociaż cyfr łacińskich – łatwiej odgadnąć, z jakiego okresu pochodzą eksponaty.
Potem trzy godziny wolnego (miałem czas, żeby pofotografować dalsze części centrum, wykąpać się, wyspać) i o 19.30 przejazd do eleganckiej restauracji w Domu Kompozytorów na doskonałą kolację. Co jedliśmy? Otóż na stole wpierw pojawiły się półmiski z sałatkami, czymś w rodzaju palestyńskiej pasty z ciecierzycy, pomidory i ogórki z fantastycznymi chipso-podobnymi grzankami, lawasz i inne rodzaje pieczywa. Potem wniesiono kawałki dobrej pieczeni w ziołowym sosie i ziołowe frytki (pycha!). Na koniec wybór owoców – melonów, jabłek, pomarańczy i winogron – oraz kawa z kardamonem albo miętowa herbata po ormiańsku. Aaa, zapomniałbym o dobrym winie! Właścicielką „Restaurant Club” okazała się wokalistka operowa o wdzięcznym imieniu Lusija (Łucja), która specjalnie dla nas zaśpiewała koncert ormiańskich pieśni. Usiadła potem z nami i naprawdę poczuliśmy się jak na rodzinnej kolacji wśród bliskich. Ormianie potrafią stworzyć wspaniały klimat. Kolejny dzień czujemy się tu bardzo dobrze...

Dzień zakończyliśmy wizytą na Placu Republiki, gdzie codziennie od 21.00 do 23.00 odbywa się pokaz grających, bajecznie podświetlonych fontann. Radosny tłum pięknych ludzi, wspaniała muzyka, iluminacje, które zapierają dech w piersiach.

A teraz, po streszczeniu dwóch dni pielgrzymki, czas spać. Dobranoc, przyszły Czytelniku...

Drogami Armenii, cz. 3


Na mszę zaspałem. Obudziłem się niby na czas, ale chciało mi się jeszcze troszeczkę podrzemać, i gdy msza zaczęła się o 7.15, ja ostatecznie wstałem o 7.26. Zdążyłem jeszcze na kazanie, ale wstydu trochę było. Choć – jak się okazało – nie byłem jedynym śpiochem-maruderem.

Powoli przyzwyczajamy się do wspaniałego wyżywienia i świetnej obsługi, a przecież to, z czym zetknęliśmy się w Armenii, nie jest zwyczajne. Naprawdę traktują nas tu jak VIP-ów i rozpieszczają na każdym kroku. Śniadania codziennie inne – składają się głównie z dietetycznych składników i nigdy człowiek nie czuje, że przesadził z obżarstwem: wiele typowo armeńskich bakłażanów i innych warzyw z nadzieniem, jajka, pyszne kiełbaski z dobrą musztardą, wybór świetnych serów – chyba głównie kozich, doskonały sok ze świeżo wyciśniętych pomarańczy, dla chętnych słodkości – na przykład bliny, oliwki marynowane na słodko (choć jest wśród nas teoria, że to daktyle), dobra kawa itd.
A o 9.00 ruszamy na wycieczkę. Ta pora przez najbliższe dni będzie naszą zwyczajową, a cały poranek będzie przez cztery dni dość podobny. Nasz sympatyczny autokar – scania, która na pewno wiele już widziała, na oko około dwudziestoletnia, ale z dobrym nawiewem, wymytymi szybami i barkiem zawsze pełnym darmowej wody mineralnej – wiezie nas przez przedmieścia Erywania. Nie jest już tak przestronne, elegancko i czysto, ale i tak wrażenia są dużo lepsze niż w innych posowieckich krajach. Jednak im dalej na prowincję, tym biedniej. Podobieństwa do wiejskich terenów w innych państwach Bliskiego Wschodu. Cały przegląd sowieckiej motoryzacji ze zdezelowanymi, ale wciąż jeżdżącymi ładami, zaporożcami, moskwiczami, marszrutkami jakby żywcem sprowadzonymi z Rosji czy Ukrainy (choć jakby spojrzeć obiektywnym okiem, to przecież takimi samymi marszrutkami odbywa się prywatna komunikacja również w Polszczy – białe minibusy nie pierwszej młodości).
Miejscami całkiem dobre drogi urywają się gwałtownie, trzeba zwolnić i przejechać kawałek po nierównej, osuniętej i spękanej nawierzchni. To pamiątki wcale licznych trzęsień ziemi. Jedzie się jednak sprawnie. Nasz kierowca, Wania, z niejednego pieca już chleb jadał, jak mówi ksiądz Władysław. Jest bardzo doświadczonym i spokojnym szoferem. Opowiadał, że autobusami zjeździł już Bliski Wschód i Europę. Pracuje w tym zawodzie od 30 lat.
Nie będę dokładnie omawiał zabytków, bo te świetnie opisują przewodniki, na przykład świetne publikacje wydawnictwa Bezdroża. Powiem tylko, że tego dnia, w drodze do Geghard i Garni, zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie rozciągał się widok na majestatyczny, górujący nad wszystkim, liczący ponad 5100 m n.p.m. Ararat – górę, która jednoczy Ormian, choć dziś znajduje się za granicą – w niegościnnej dla Ormian Turcji. Ararat ma w języku ormiańskim przydomek - „Część mnie”. Symbolizuje ta góra zamierzchłą przeszłość Wielkiej Armenii, uosabia ona marzenie Ormian o jedności i pokoju. Jest cichym świadkiem tysięcy lat historii tej ziemi. Wedle przekazu biblijnego to na jej szczycie osiadła po Potopie drewniana arka Noego. Kształt tej niezwykłej góry oddany jest na przykład w formie nakrycia głowy ormiańskich kapłanów. Z punktu widokowego na przedmieściach Erywania do samej góry mamy około 60 km. Choć nad Niziną Araracką unosi się mglisty woal, góra jest dość widoczna z białą czapą wiecznego śniegu. Ararat – uosobienie tajemnicy...
Potem dojeżdżamy do monastyru w Geghard („Święta Włócznia”), gdzie w labiryncie kaplic, przejść i grot znajdujemy tę właściwą, w której oczekują na nas muzycy z wokalnego kwintetu ormiańskiego. Zastygamy w ciszy, słuchając anielskiego śpiewu. Niebo spotkało się z ziemią. Byliśmy świadkami tego zdarzenia. Półmrok kaplicy wykutej w całości w litej skale wypełnia się tonami boskiej muzyki. Nasze oczy wędrują w górę, ku jedynemu źródłu światła – otworowi wykutemu w kopule kaplicy. Czujemy, że wraz z tym światłem spływa na nas łaska Stwórcy. W sanktuarium jesteśmy też świadkami chrztu – pięknej uroczystości, w otoczeniu licznej ormiańskiej rodziny z Anglii lub USA. Większość Ormian żyje w diasporze. Historia nie oszczędzała tego narodu, a jego losy przypominają niekiedy losy diaspory żydowskiej. Wracamy do autokaru oglądając piękne, kamienne chaczkary – krzyże, które są świadectwem 1600 lat chrześcijaństwa w Armenii.
Potem zmierzamy do Garni – wsi między Erywaniem i Geghard – na obiad. Jesteśmy gośćmi zamożnego gospodarza. Siedzimy przy wspólnym stole pod zadaszeniem, wśród winnej latorośli i zieleni sadów. Na stole lądują przysmaki, aromatyczne zioła, pyszna woda mineralna „Jermak” (polecam!). Potem oglądamy proces przygotowywania i pieczenia lawasza – tradycyjnego ormiańskiego chleba, który wygląda jak cienki naleśnik, a smakuje jak arabska pita lub żydowska maca. Tylko kobiety, tylko w specjalnym pomieszczeniu mogą przygotowywać ten wszechobecny na stołach przysmak. Ważne, żeby w czasie ubijania ciasta przez otwór w suficie padał na nie promień światła. Czyżby ślad wierzeń przedchrześcijańskich? Czyżby zwyczaj związany z kultem słońca? Przecież Armenia przez wieki była pod wpływem wierzeń perskich, mazdaizmu i kultu Mitry. W podłodze widnieje szeroki otwór, który jest wejściem do pieca zagłębionego w ziemi. Tam zamaszystym ruchem przykleja się ciasto do pionowych ścian rozgrzanego paleniska i gdy się ono upiecze, specjalnym pogrzebaczem gotowy lawasz rzuca się na chustę w dalszej części pomieszczenia. Pan domu tymczasem, przygotowuje udka drobiowe i szaszłyki. Spektakl ognia, rozgrzanego podmuchem specjalnej suszarki i oto kolejne danie gotowe! Mięsiwo ląduje na stołach. Czujemy się jak u rodziny. Wieś, sielska atmosfera, zapachy jedzenia. Wszystko sprzyja konwersacji i integrowaniu się naszej grupy.
A potem trzeba jechać do sanktuarium przedchrześcijańskiego w Garni. Odwiedzamy niezwykłe miejsce. Szeroki widok na górzyste plenery, u stóp osiemdziesięciometrowe urwisko, nad nami niebo blade i lekko zachmurzone. Jest gorąco, ale ten rodzaj gorąca nie jest bardzo przykry. A może już się przyzwyczaiłem do takiego ciepła przez tegoroczne wyjazdy do Ziemi Świętej, Hiszpanii i Południowych Włoch? Bazaltowa świątynia, w której czczono najpewniej Mitrę, przypomina tylko w ogólnym zarysie budowle hellenistyczne. Sam budulec i liczne elementy zdobnicze mówią nam, że jest to oryginalny przykład architektury miejscowej, tylko trochę zainspirowanej budowlami Grecji i Rzymu. Kultury, które tu, na tej ziemi wznosiły pierwsze kolumny i ściany świątyń wyprzedzają cywilizację tzw. klasyczną o setki, tysiące lat. Oglądamy ciekawe wykopaliska antycznej łaźni, a potem wsiadamy do autokaru i zmierzamy prosto do Erywania. Naszym celem jest Mauzoleum i Muzeum Ludobójstwa Ormian.
Przejazd na górujące nad Erywaniem wzgórze jest okazją, do poznania dalszej części przedmieść stolicy – mijamy fabrykę win i koniaków „Ararat”, przejeżdżamy obok stadionu klubu piłkarskiego „Ararat”, a do tego na horyzoncie ciągle widzimy właściwą górę Ararat.
Wizyta w Mauzoleum jest bardzo wzruszająca. Składamy zakupioną wcześniej wiązankę biało-czerwonych róż. Pan Janusz, pochodzący od XIV-wiecznych ormiańskich osadników w Królestwie Polskim uczestnik naszej pielgrzymki, przygotował specjalną szarfę z ormiańskim napisem: „Polacy z pamięcią o Ormianach wymordowanych w 1915 roku”. Modlimy się o pokój, modlimy się za ofiary metodycznego ludobójstwa przeprowadzonego na Ormianach przez państwo młodotureckie. Spotykamy też sympatyczną panią Petrę z Czech, która dzieli się z nami radością swojego bezpiecznego wylądowania w Armenii. Była w Gruzji w dniach, gdy pojawiły się tam „wyzwolicielskie” wojska Armii Czerwonej. W ewakuacji pomogli jej i jej przyjaciołom Polacy. Nasz konsulat zorganizował całą karawanę autokarów, jedzenie, picie i bezpieczny przejazd z ogarniętej wojną Gruzji do Armenii. Petra mówi, że nikt nie był tak dobrze zorganizowany jak Polacy, że nikt nie pomógł innym tyle, co przedstawiciele naszego państwa. Jesteśmy dumni.
A potem czas wolny, a potem dospanie nieprzespanej nocy. Miłe popołudnie i wieczór spędzone na własny sposób.

Gdy piszę te słowa, jest już noc. Zbliża się północ (w Polsce jest 21.00). Przez otwarte okna wpada szum ulicy i... głos piszczałki. Ktoś gra pradawną melodię ormiańskich pasterzy.

Kilka fotografii z Armenii



Tzw. Kaskada w Erywaniu


Znicz w Mauzoleum Ludobojstwa

Nizina Araracka, w tle Ararat


Ararat zamglony


Ormianskie usmiechy


Klasztor w Geghard

Drogami Armenii, cz. 2


3.30 w Erywaniu, czas ucieka, a tu trzeba wymienić euro na armeńskie dramy, kupić wizy, przebyć odprawę paszportową, znaleźć swój bagaż... Niestety kilka walizek zniszczonych – w tym moja, kilka splądrowanych – w tym moja, dwie okradzione – w tym na szczęście nie moja. Dopiero około 5.00 (w Polsce 2.00), wychodzimy z kontroli i spotyka się z nami nasz przewodnik Garik – bardzo poczciwy, skromny i uczynny człowiek, przechodzimy do autokaru, którego sympatycznym kierowcą jest pan Grigoryan. Dojeżdżamy do hotelu, gdzie na szczęście dość szybko udaje się rozdać klucze. Udajemy się do wygodnych, klimatyzowanych pokoi na zasłużony odpoczynek.


O 10.30 pobudka, a o 11.00 śniadanie. Wspaniały hotel. Nazywa się „Aviatrans”. Położony w centrum miasta, dwa kroki od Placu Republiki. Elegancki, nowy, ładny. Śniadanie pyszne, dużo sałatek. O 12.00 ruszamy na zwiedzanie. Garik opowiada o mieście, które ma ponad 2600-letnie dzieje. Oglądamy Muzeum Rękopisów, Kaskadę, ładne domy z tufów, bazaltów i trawertynów, szerokie schludne aleje, przestronne place, ładną architekturę XX i XXI wieku. Niespodzianką jest poczęstunek w kawiarni przy Kaskadzie: kawa ormiańska, pyszne ciasto z lodami, lemoniada ze świeżo wyciśniętych cytryn z liśćmi mięty. Wszystkich zachwyca ormiańska gościnność, spokój miasta, jego czystość, kwiaty, drzewa i zieleń. Choć nasłonecznienie podobne do tego w Egipcie, nie jest tak gorąco jak w odwiedzanym niedawno Neapolu we Włoszech.



Z przewodnikiem Garikiem


Po poczęstunku powrót do hotelu, odpoczynek, a potem Msza w ładnej i klimatyzowanej sali konferencyjnej naszego hotelu. O 19.00 wsiadamy do autokaru i jedziemy do restauracji „Nasza wieś”, gdzie oczekuje powitalna kolacja. Pyszności o zapachu armeńskich ziół, same dobroci z sera, jagnięciny, warzyw. Armeńskie wino jest dobre, a muzyka... hmm, oryginalna. Bawimy się świetnie. Podnoszone są toasty, robimy wiele śmiesznych fotografii, a gdy po zakąskach, rodzaju bogracza, łososiu w ryżu z morelami i rodzynkami, a stole pojawiają się arbuzy i melony, wiemy, że trzeba uciekać, bo zaraz pękną nam brzuchy. Pyszna to była uczta!


Po dojechaniu do hotelu mały odpoczynek, sesyjka w darmowej kafejce internetowej w naszym gościnnym „Aviatransie”, a potem zamykający dzień spacer po okolicy. Szczerze? Nie znam drugiego miasta z tak wielką ilością fantastycznych barów, kawiarni, restauracji, lokali, dyskotek. Piękni ludzie na ulicach, niezwykłej piękności czarnookie krasawice. Jest się za czym obejrzeć, przy czym kobiety tutaj ubierają się ładnie i nie bardzo skromnie, ale na pewno nie wyzywająco. No i te czarnookie spojrzenia... Palce lizać!


Dobra, trzeba iść spać, bo rano wczesne wstawanie i msza...

Drogami Armenii, cz. 1


Godzina 3.40. Wciąż trwa noc – krótka noc, niespokojna noc, noc pełna oczekiwań, ale i obaw. Czekam na poboczu, wyglądając autokar z kierowcą Arkiem. Podjedzie po mnie, a potem ruszymy do Katowic, żeby w 10 minut zajechać na parking, gdzie oczekują nasi pielgrzymi. Wspólnie około 4.30 wyruszymy do Warszawy, aby z lotniska na Okęciu odlecieć w podróż, o jakiej mało kto marzył w tych dniach – w podróż na Kaukaz.

Od dawna tę podróż planowaliśmy. Szef biura „Abraksas”, Tomek Turek, już rok temu odwiedził te dalekie kraje – Armenię i Gruzję – żeby przygotować dla nas program, obejrzeć miejsca noclegowe, nawiązać kontakty. I udało się. Wszystko zapięte było na ostatni guzik, gdy nadeszły pierwsze dni sierpnia. Pamiętamy, że gdy świat obserwował otwarcie olimpiady w Pekinie, na Kaukazie wybuchł konflikt – wyraźnie inspirowany i sprowokowany przez obecnych władców Rosji – który pokrzyżował nasze plany. Droga do Gruzji zamknęła się dla nas na cztery spusty. Wielu z nas obawiało się, że wyjazd w ogóle nie dojdzie do skutku, że w związku z tzw. trzecią wojną kaukaską nie będzie nam w tym roku dane tam podróżować. Na szczęście obawy okazały się niepotrzebne. Biuro w porozumieniu z naszymi kontrahentami w Armenii zmieniło plan wyjazdu tak, że wydłużył się nasz pobyt w tym właśnie kraju, a Gruzja poczeka na nas i zaprosi nas w swoje doliny i góry, gdy będzie tam spokojniej.

Przy kościele parafialnym ... na Brynowie w Katowicach nasi turyści składają bagaże do luków autokaru. Zajmujemy miejsca. Starczy wolnej przestrzeni dla każdego, bo podróżuje nas do Armenii zgrabna grupka zaledwie 34 osób. Będzie łatwiej się poznać, będzie trudniej się zgubić. Wyruszamy o 4.30 po pożegnalnej przemowie Tomka Turka, dyrektora biura „Abraksas”. Wpierw modlitwa, potem droga w kierunku budzącego się zorzą dnia. Mgły unoszą się nad łąkami, światło wschodzącego słońca rozprasza się w bielejącej wokół nas mglistej tkaninie, która zawisła między ziemią a niebem. Nadchodzi długi dzień, którego godziny popłyną szybciej niż zwykle w związku z przekroczeniem aż trzech stref czasowych.

Niespodzianka. Kierowca Arek zatrzymuje się przy podróżnej restauracji „Janosik”. Czas na śniadanie! Jajecznica na masełku, bułka. Żegnamy się z polskim jedzeniem na ponad tydzień. I ruszamy dalej. Piękne widoki Mazowsza i dalszy ciąg mglistego poranka. Wspominamy zeszłoroczną pielgrzymkę do Islandii, bo widoki tam i tu są równie romantyczne. Nadchodzi czas na jutrznię, a potem – na przedmieściach Warszawy – na różaniec. Choć mikrofon coraz mniej posłuszny, słuchamy opowieści o Armenii, o jej języku, historii, muzyce. Nasi pielgrzymi są niesamowici. Zawsze zaskoczą ciekawymi informacjami, erudycją, życzliwością i humorem.

Na Okęciu dość szybka odprawa. Mamy mało czasu, ale i tak decydujemy się na Mszę w lotniskowej kaplicy. Warto wzmocnić się duchowo, bo przed nami daleka podróż w przestworzach. Pięknie, a jednocześnie sprawnie przewodzi naszym ośmiu kapłanom ksiądz Alojzy Bok. Wylot jest trochę opóźniony –i to trochę to przez nas... Samolocik niepozorny, ciasnawy, ale miła rosyjska obsługa i smaczne jedzenie. Uff, grupa jest cała, choć przez chwilę się obawiałem, że kogoś zgubiliśmy. Wstydzę się trochę, a trochę obawiam wymachiwać w samolocie gazetami, które kupiłem na lotnisku, bo okładki „Wprost” i „Newsweeka” są dziś dość wyraźnie antyputinowskie („Adolf Putin” i „Rosję trzeba traktować ostro”). W związku z konfliktem gruzińskim Rosja nie ma dobrej prasy w naszej prasie. W gazetach rosyjskich, które możemy przejrzeć na pokładzie zupełnie inna wizja wydarzeń – jest tam o interwencji pokojowej, ludobójstwach dokonywanych przez Gruzinów, niesprawiedliwych opiniach Zachodu... W Moskwie lądujemy bezpiecznie, a potem zaczynają się długie godziny oczekiwania na lotnisku Szeremietiewo. Nie dało się znaleźć miejsc dla 35 osób w późniejszych samolotach, dlatego spędzamy w strefie tranzytowej około osiem godzin! Co robić w ciasnej, nieświeżej, nieklimatyzowanej, a do tego remontowanej przestrzeni terminala? Mamy złe wrażenia, bo nie dość, że brak miejsc siedzących, to jeszcze panuje tu straszna drożyzna. Ale kilkoro z nas znajduje dobry sposób na zabicie czasu. Sączymy godzinami napoje (jaki drogi Schweppes - 4 euro! Woda mineralna to bagatelka – zaledwie euro mniej...), ale toczymy przy tym ciekawe rozmowy. Można też poczytać zabrane ze sobą książki i czasopisma. Co jakiś czas spoglądamy też na relacje z olimpiady w zdezelowanym telewizorze... Okazuje się, że część grupy zawitała do strefy dla VIP-ów, gdzie za 25 euro można spędzić czas w wygodzie i chłodzie, a do tego raczonym się jest różnymi przysmakami... W końcu nadchodzi oczekiwana godzina 22.00. Zbieramy się przy wyznaczonej bramce, tam okazujemy dokumenty, ze ściągniętymi butami musimy przejść szczegółowszą kontrolę, nasze bagaże podręczne są prześwietlane. Gdy wszyscy przeszli przez kontrolę i zasiedli wygodnie na fotelach w poczekalni, zjawia się pani i prowadzi nas do kolejnej bramki, „patamu szto pamieniłos”. I od nowa ściągamy buty, paski, zegarki, wyciągamy z kieszeni metalowe przedmioty... Ale zaraz otwiera się przejście do samolotu, a tu niespodzianka – bardzo przestronna, nowoczesna, ładna maszyna. Wygodne fotele na pewno nas uśpią, ale zanim to nastąpi, zaczyna się smaczny poczęstunek – tym razem piję podwójny sok pomidorowy, zajadam bułeczkę tyci-tyci z masłem, szynkę z brązowym chlebkiem, sałatkę z szynką, cukierasy oraz dobre ciacho. Do tego kawa, która i tak nie obroni przed zaśnięciem. Miła obsługa w każdym razie... A potem oczy się kleją, powieki stają się ciężkie i nie trzeba Kaszpirowskiego, żeby wpaść w trans. Mijają trzy godziny lotu z Moskwy do Erywania, pod nami spowite w ciemność letniej nocy przepływają łagodnie regiony Federacji Rosyjskiej, niespokojny Kaukaz Północny, Gruzja... Nadchodzi kolejny dzień.

niedziela, sierpnia 17, 2008

Hajastani Hanrapetutjun


Oto program mojego wyjazdu do Armenii (kraj zwie się w języku ormiańskim Hajastani Hanrapetutjun). Wyjazd organizuje moje biuro Abraksas. Obiecuję relację z tej podróży...



Dzień 1 (18/08/08 ) - (Wylot)

Wylot z Polski

Dzień 2 (19/08/08 Przylot do Erywania (Yerevan) – wycieczka po mieście – Matenadaran)

03:20 Przylot Aerofłotem przez Moskwę. Spotkanie na lotnisku. Transfer do hotelu w Erywaniu. Check-in w hotelu. Czas na odpoczynek. Późne śniadanie/wczesny lunch o 12.00. Wycieczka po mieście Erywaniu – spojrzenie z punktu widokowego i inne ważne miejsca. Odwiedziny w Matenadaranie (Muzeum Starożytnych Rękopisów). 30-minutowy spacer po centrum miasta (Kaskada, Park Miejski, ulica Abovyan, Plac Republiki) z przerwami na fotografie. Czas na kawę w Parku Miejskim. Czas wolny. Powitalne przyjęcie w restauracji z tradycyjną muzyką ormiańską. Noc w hotelu*** Aviatrans w Erywaniu.

Dzień 3 – (20/08/08) (Garni / Gegard / Erywań) (B/L)

Śniadanie w hotelu. Kościół w Geghard (VII-XII w. – zabytek UNESCO) – koncert wokalny muzyki kościelnej. Świątynia pogańska w Garni (I w.) z rzymską mozaiką w łaźniach królewskich. Odwiedziny (15-20 minut spacerem) w prywatnym domu we wsi Garni i oglądanie produkcji lavash (tradycyjnego chleba ormiańskiego). Lancz w restauracji. Powrót do Erywania. Muzeum Ludobójstwa - Tsitsernakaberd. Spacer 30-minutowy. Czas wolny. Noc w hotelu*** Aviatrans w Erywaniu.

Dzień 4 – (21/08/08) (Erywań / Echmiadzin / Zvartnots/ Matenadaran) (B/L/D)

Śniadanie w hotelu. Wyjazd do Echmiadzin i odwiedziny w siedzibie Patriarchy Wszystkich Ormian (zabytki z 303 r. – UNESCO) oraz w muzeum. Świątynia Zvartnots (VII w. przed Chr. - UNESCO). Lancz w Erywaniu. Muzeum Historyczne. Czas wolny. Kolacja. Noc w hotelu*** Aviatrans w Erywaniu.

Dzień 5 – (22/08/08) (Ashtarak / Forteca Amberd / Saghmosavank ) (B/L).

Śniadanie w hotelu. Miasto Ashtarak. Koncert wokalny w monastyrze Saghmosavank. Odwiedziny w warsztacie produkcji ceramiki ormiańskiej, który należy do znanego w Armenii artysty. Odwiedziny we wsi i możliwość poznania tamtejszego życia. Forteca Amberd (VII w.) na zboczach góry Aragac (4095 m n.p.m. – najwyższy szczyt współczesnej Armenii). Czas na zdjęcia. Lanch w mieście Ashrak. Powrót do Erywania. Odwiedziny na bazarze rolniczym w Erywaniu. Czas wolny. Visit to farmer’s Close Market in Yerevan. Leisure Time. Noc w hotelu*** Aviatrans w Erywaniu.

Dzień 6 (23/08/08) (Spitak / Vanadzor / Sanahin / Haghpat / Dilijan / Sevan )

Śniadanie w hotelu w Erywaniu. Wymeldowanie z hotelu. Przejazd do Sanahin przez wioski zamieszkałe przez mniejszość kurdyjską i przez dwa miasta - Spitak (epicentrum niszczycielskiego trzęsienia ziemi z roku 1988) i Vanadzor (trzecie największe miasto Armenii). Kompleks monasterów w Sanahin (X w. – UNESCO). Lancz w Alaverdy. Przejazd do kompleksu monasterów w Haghpat (X w. – UNESCO – możliwość spotkania z ojcem Artakiem). Potem przejazd nad Jezioro Sevan przez Dilijan. Noc w hotelu**** Tzapatagh w Sevan.

Dzień 7 (24/08/08 ) (dzień wolny – odpoczynek nad Jeziorem Sevan)

Dzień 8 (25/08/08) (Haghpat / Sanahin / Vanadzor / Spitak / Yerevan) (B/L) – ok. 200 km

Wczesne śniadnanie. Wymeldowanie z hotelu. Półwysep Sevan. Odwiedziny w monasterze Sevan. Podróż Jedwabnym Szlakiem przez Przełęcz Selim. Oglądanie kamiennych krzyży w Noraduz (XIII-XVII w.) i w Caravansaray (XIV w.). Lancz. Przejazd do monasteru w Noravank (XIII-XIV w.). Potem przejazd do monasteru w Khor Virap (IV-XVII w.) ze spektakularnym widokiem na biblijną Górę Ararat. O 18.00 dojazd do Erywania. Czas wolny. Nocleg w hotelu*** Aviatrans w Erywaniu.
Opcjonalnie: pożegnalna kolacja w bardzo miłej restauracji ormiańskiej za 13 euro od osoby.

Dzień 9 (26/08/08) (Wylot)

Check-out w hotelu i wczesnoporanny transfer na lotnisko. Wylot w kierunku Moskwy i Warszawy.

Nie chcę być złym prorokiem...


Oglądam co jakiś czas rosyjski program informacyjny Вести (w transkrypcji Wiesti) w kanale РТР Планета. Od kilku dni rosyjska propaganda ma na celowniku Ukrainę. Właściwie już od samego początku najazdu na Gruzję tematyka ukraińska jest silnie obecna w rosyjskich mediach. Główny temat? Sprawa mniejszości rosyjskiej w Ukrainie* - zwłaszcza na Krymie - oraz przeciwstawianie prozachodniego rządu Ukrainy "milczącej większości" Ukraińców, którzy zdaniem Rosjan chcą silnej więzi z Federacją Rosyjską. Wczoraj mówiono wiele o mieszkańcach Sewastopola, miasta portowego na Krymie, gdzie funkcjonuje rosyjska baza wojenna Floty Czarnomorskiej, która jest obecnie tak aktywna w terroryzowaniu Gruzji. Pokazywano ukraińskich działaczy narodowych demonstrujących przeciw obecności armii rosyjskiej w Ukrainie - w relacji telewizyjnej wyglądali jak typowe "oszołomy". Przeciwstawiono im "mądrość ludu" - wypowiadali się Rosjanie z Sewastopola, którzy zapewniali, że "Ukraińcom nie uda się usunąć wszystkich prorosyjskich mieszkańców Krymu". Tak, jakby Ukraińcy mieli być kolejnymi po Gruzinach "tymi złymi" z bajki pisanej przez władze cywilne i wojskowe Rosyjskiej Federacji.

Boję się o naszego wschodniego sąsiada. Boję się, że do wspólnych Mistrzostw Europy w 2012 r. może to już nie być niezawisły kraj. Boję się, że nie będziemy już spędzać wakacji na ukraińskim Krymie... Wojna w Gruzji (oczywiście rosyjskie media nie nazywają swojej "interwencji pokojowej" działaniami wojennymi) może być preludium do zaprowadzania na powrót dawnego porządku w obszarze rosyjskiej "bliskiej zagranicy". Po co rosyjska propaganda pokazuje w telewizji "niebezpiecznych Ukraińców", "zaniedbany" Krym, "przestraszonych krymczackich Rosjan"'; po co mówi o spisku Ameryki w Ukrainie i Gruzji, po co trąbi o tzw. Atlantystach w rządzie Ukrainy (zwolennikach ścisłej współpracy z USA i NATO). Chodzi przecież nie o jakieś "uciskane mniejszości narodowe", ale o porty wojenne oraz ropo- i gazociągi. Rosjanie nie mogą też znieść tendencji w Gruzji i Ukrainie do wiązania się politycznego i wojskowego z Zachodem.

Gdy byłem pierwszy raz na Krymie, oprowadzał nas tam po skalnym mieście Czufut-kale polskojęzyczny przewodnik - krymczacki Rosjanin. Co chwila drwił z kraju, w którym przyszło mu mieszkać, z Ukrainy, mówiąc o nim (że zacytuję) "bylejakie państwo"... Obawiam się, że mająca imperialne ambicje Rosja już niedługo stanie w "obronie" takich prorosyjskich obywateli Ukrainy. Nasz wschodni sąsiad jest w poważnych tarapatach. Ale też chyba może liczyć na polską pomoc w takiej skali, jaka jest dla Polski obecnie możliwa.

Będę dziś w nocy w Moskwie, na lotnisku. Przesiadka do samolotu lecącego do Erywania - stolicy Armenii. Lecę na Kaukaz i będę tak blisko tych niepokojących zdarzeń, które dzieją się obecnie w Gruzji.

* Celowo piszę w Ukrainie, a nie na Ukrainie. Podobnie staram się pisać w Słowacji, w Białorusi, w Litwie - chcę tym samym podkreślić niepodległość tych krajów. W języku polskim na... mówi się o regionach krajów, a nie o niezależnych krajach.

sobota, sierpnia 16, 2008

Kartki z Wschodniej Ćwiartki - nr 2


Bamfurlong, Moczary, Wschodnia Ćwiartka

21 wedmatha, 1485 r. R.S.
Szanowna Ciociu Różo!

Ślę ukłony dla Cioci i Ciocinej Rodziny z atakowanej przez wichry i burze Farmy Bamfurlong. Co słychać u szanownych Goodbody'ch? Dawno do nas nie pisaliście. Czyżby kłopoty listonoszy z Północnej Ćwiartki były aż tak poważne, że nie dochodzą żadne przesyłki? Mam nadzieję, że nie zdarzyło się nic tak strasznego, jak w Łozinie. Czy dotarła do Was wieść o naszym poczmistrzu, Fredegarze Burrowsie? Szedł z pocztą od Słupków i nagle pojawiły się nad Moczarami skłębione, bure, groźne chmury... Wiatr dął już od kilku dni, ale tamtego dnia pędził tak, jak nigdy dotąd. I nagle nad groblą pojawiła się usnuta z wiatru, mgły, ziemi, liści i połamanych gałązek trąba powietrzna! Coś takiego na naszych Moczarach... Kto by pomyślał. Znaleźli pana Fredegara bez przytomności w odległej o kilka mil Kotlince. Ledwo go odratowali. Ale wiatr wyssał z jego sakwy wszystkie listy. Prawdziwa katastrofa!

Trąby powietrzne nad Moczarami, a w Bucklandzie coś jeszcze gorszego - trąba olifancia! O tym najeździe dziwaków z Dalekich Krajów to już chyba słyszeliście? Wpierw Bucklandczycy myśleli, że to trupa artystów - cała gromada dziwnych istot, do tego na grzbiecie bladosinego, długotrąbego, kłapciatouchego zwierza. Dzięki wierszom pana Samwisa Gamgee wiemy już, że to olifant, zwany na Dalekim Południu
mumakilem. Ale to nie byli cyrkowcy. Niestety! Świat staje na głowie - kto by to słyszał, żeby w gościnnym smajalu naszego Dziedzica (Ciocia wie, że Brandybuckowie rządzą nie tylko w Bucklandzie, ale również we Wschodniej, zwłaszcza na Moczarach) zamieszkali Czarni Ludzie o złowieszczych imionach (z książki pana Bagginsa wiem, że nazywają oni samych siebie "Czarnymi Númenórejczykami")! A ten - powiedzmy oględnie - niezbyt świeżo pachnący olifant z trąbą, którą umie wepchnąć w najdalszy tunel smajala i uszami, które słyszą wszystko! Dramat. Biedni Bucklandczycy! Wiele widzieliśmy, ale żeby coś takiego... Ratujcie!
Zrozpaczony F.M.

Słowiańskie pytania


Gdzieś w sieci (dziś już nie pamiętam gdzie) znalazłem tych kilka słowiańskich wątpliwości. Może wspólnie uda się je wyjaśnić?

- Słowianie nie znali księży przed chrystianizacją, a tymczasem słowo ksiądz jest jak gdyby ogólnosłowiańskie, podobne we wszystkich językach słowiańskich;

- Słowianie nie znali instytucji małżeństwa, a tym czasem małżeństwo podobnie brzmi we wszystkich językach słowiańskich;
- Słowianie nie znali pisma, a słowo pisać jest jakby takie same we wszystkich językach słowiańskich.
- Słowianie nie znali 7-dniowego tygodnia, tymczasem we wszystkich językach słowiańskich mamy takie same czytelnie słowiańskie oznaczenie dni: Pn, Wt, Śr, Czt, Pt, So, Ne (jedynie w rosyjskim niedziela zmieniła się na woskrasienie, ale widać, że to późniejsza zmiana, poniedzielnik zdradza, że pierwotnie pierwszy dzień tygodnia był zwany niedzielnik);
- Słowianie nie mogli znać słów król i królestwo, to oczywiste neologizmy z IX w., urobione w nawiązaniu do mitycznej już w momencie ich powstania potęgi i majestatu Karola Wielkiego; tymczasem powszechnie tak nazywają najwyższy urząd w państwie a obrzędach liturgicznych i tłumaczeniach biblii posługują się nimi dla określenia majestatu Chrystusa (Królestwo Boże).

Jaskiniowcy tacy jak my


Źródło: strona BBC Online


Gdy po raz pierwszy o nich usłyszałem, przyjąłem to ze zrozumiałą nieufnością. Tak realistyczne wyobrażenia ludzkich twarzy? Portrety ludzi sprzed 15 tys. lat nakreślone tak współczesną, komiksową wręcz kreską? Oddajmy głos wiarygodnemu źródłu - witrynie telewizji BBC, która zajmuje się odkryciami naukowymi...

"Prawdopodobnie najstarsze realistyczne wyobrażenia ludzkich twarzy odkryto w pewnej jaskini w południowej Francji. Po raz pierwszy rozpoznano te rysunki blisko 50 lat temu, ale wkrótce o nich zapomniano, gdy wieść zaginęła wśród wątpliwości dotyczących ich autentyczności. Tymczasem niedawno pewien niemiecki naukowiec, dr Michael Rappenglück z Uniwersytetu Monachijskiego, stwierdził, że nadszedł czas, żeby odkryciem zająć się na nowo. Powiada on, że mogą się pojawić nowe odkrycia, gdy zamiast na ozdobione paleolitycznymi malunkami ściany jaskiń, spojrzy się też na ich podłoże.

Twarze tu zaprezentowane odkryto wyryte na podłodze groty w miejscowości La Marche we francuskim regionie Lussac-les-Chateaux. Tamtejszy zespół jaskiń odkryto w roku 1937. Dokonał tego uczony Leon Pencard - eksplorował on La Marche przez pięć kolejnych lat. Odkrył on blisko 1500 płytek, na których znajdowały się niezwykłe przedstawienia. Rysunki trudno jednak zinterpretować. Czasem jedno wyobrażenie nakłada się na drugie. Jednak fachowiec o uważnym spojrzeniu odkryje na nich wyjątkowe cuda. Z jaskini La Marche pochodzą wyobrażenia lwów, niedźwiedzi, antylopy, koni, ale także 155 postaci ludzkich! Owe rysunki "rzeczywistych ludzi" - twarzy mężczyzn i kobiet, ludzi w odzieniu, kapeluszach i obuwiu - mogą być datowane nawet na 13 tys. lat przed Chrystusem. Były to bardzo odległe czasy, wiele tysięcy lat zanim pojawiły się wielkie cywilizacje, gdy Europa znajdowała się w dużej części pod masami lodowców. Gdyby się to potwierdziło, mielibyśmy do czynienia ze sztuką znacznie starszą niż na przykład symbolicznie zarysowana twarz odkryta niedawno na jednym z megalitów w Stonehenge. - Zostały one prawie całkowicie przeoczone przez współczesną naukę - powiedział dr Rappenglück serwisowi BBC Online. - Wspomniano o nich w kilku książkach kilka dekad temu i zostały ocenione jako fałszerstwo. Od tamtego czasu nic się w tej sprawie nie działo.


Portrety zostały wydrapane na płytkach wapiennych, które następnie z dbałością rozłożono na podłodze jaskini. Same grafiki nie przypominają patyczkowatych postaci, które znamy z innych prechistorycznych malowideł jaskiniowych, na przykład ze słynnej jaskini w Lascaux, w której znajduje się sztuka, która pochodzi zapewne sprzed 17 tys. lat, albo w Chauvet, w której odkryto malowidła sprzed co najmniej 30 tys. lat. Zadaje się jednak czasem pytanie, dlaczego zwierzęta malowane na ścianach takich jaskiń są dużo bardziej realistyczne niż przedstawienia samych ludzi?
- Czy było tak dlatego, że te bardziej dokładne wyobrażenia ludzi znajdowały się na wysokości podłoża jaskiń? - pyta dr Rappenglück. Gdyby tak właśnie było, podobne płytki w innych jaskiniach mogły już dawno ulec przypadkowym zniszczeniom. Jedną z pierwszych czynności, których dokonywali archeolodzy podczas poprzednich tego typu odkryć było zrównywanie i umacnianie podłoża bez zastanawiania się nad tym, że to, co pod stopami, może mieć wielkie znaczenie - równe znaczeniu malowideł naściennych.

Na przykład w Lascaux podłoże zostało starte, żeby umożliwić dojście do malowideł w latach 50. Nie dowiemy się już, czy nie zniszczono wtedy czegoś istotnego (...)."

Chesterton w Wiekuistym człowieku głosił tezę, z którą zgadzam się w 100%, że ludzie kilkanaście, kilkadziesiąt tysięcy lat temu nie różnili się od nas niczym oprócz innego pakietu doświadczeń. Gdyby te rysunki - tak bardzo współczesne - były prawdziwe, byłby to kolejny dowód, że od tysięcy lat jesteśmy tacy sami...

Będę śledził sprawę jaskini w La Marche. A może Wy znacie jakieś szczegóły?

środa, sierpnia 13, 2008

Kartki z Wschodniej Ćwiartki - nr 1


Bamfurlong, Moczary, Wschodnia Ćwiartka
18 wedmatha, 1485 r. R.S.
Drogi Wujku!

Lato na Moczarach jest w tym roku dość kapryśne. Pewnie u Was, w Honeybourne, wcale nie jest lepiej - upały na przemian z dniami deszczowymi. Wiesz, Wujku, co to oznacza dla naszej Farmy... Dobrze choć, że nie ma suszy. Mnóstwo rydzów i maślaków pojawiło się pod lasem. Szkoda, że nie mogę posłać Wam koszyka. Jestem właśnie po pysznym drugim śniadaniu - grzybach z patelni zatopionych w świeżej jajecznicy.

Na niebie znowu roje gwiazd opadają każdej nocy. Pan Bilbo z Brandy Hall pisał, że drżą wraz z niesłyszalną, ale najpiękniejszą pieśnią Pani Elbereth, a latem, gdy gorąc jest nie do wytrzymania, roją się i spadają na ziemię, aby ziemskim dzieciom mogły się spełniać marzenia i życzenia. Piękne to. Chyba dowiedział się tej historii od elfów.

Próbuję dalej, jak radziłeś, zgłębiać Szlachetną Mowę. Ostatnio staram się przełożyć na sindarin
Ostatnią pieśń Bilba, pana Bilba Bagginsa (co to ją spisał i przekazał potomnym pan Gamgee z Bag End). Na razie mam tyle:

Arad bellen, hîn vithui,
dân lend anand amarth anim.
Navaer mellyn! Laston i gaun.
I gair dafnen am ram 'onui.
Gwing no 'loss a feilf vithren;
athan i Annûn tôg nîn men.
Gwing hingrin a sûl no lain;
Im laston i orthad e-nGaer.

Słyszeliście już pewnie w Północnej Ćwiartce, co to się nie dzieje ostatnio w Brandy Hallu? Ojoj, głowa boli. Żal mi tych wszystkich Brandybucków, krewnych Brandybucków i przyjaciół Brandybucków. Był nalot dziwnych istot z Annúminas! Był prawdziwy ciężkostopy olifant (wołali na niego Mumakil!), który w Bucklandzie zachował się jak prawdziwy ciężkostopy olifant w składzie porcelany. Podobno okupują Brandy Hall od kilku tygodni. Duzi Ludzie (w pełnym uzbrojeniu), dzikie elfy, co to je zwą Avarimi, krasnoludy w zabłoconych kaloszach... Pan Goold ciągle nie wraca i tylko śle niepokojące wiadomości: że wypito już w Bucklebury całe piwo, że nastąpił skok na redakcję naszej gazetki "Niezapominka", że trwają jakieś negocjacje w sprawie Dziedzictwa Bucklandu. Błogosławię spokój naszej starej Farmy, ciszę łąk, szum pobliskich lasów. Jutro wybieram się do Starego Lasu na pogaduszki z panem Bombadilem. Podobno bobry znowu zbudowały tamę na Wiji i trzeba panu Tomowi pomóc. No i króliki trzeba wypłoszyć. Podkopały Tomową Skarpę blisko Bombadilowego domu...

Pozdrawiam całą Rodzinę Wuja

Frodo G. Maggot


Kartvelebi mieszkają w Sakartvelo


Gruzini, mieszkańcy Gruzji, nazywają samych siebie
Kartvelebi (ქართველები), swój kraj Sakartvelo (საქართველო), a własny język Kartuli (ქართული). Zgodnie z legendą praojcem ludu Kartwelów (Gruzinów) był Kartlos, prawnuk biblijnego Jafeta.

Jaka jest etymologia nazwy kraju Sakartvelo (საქართველო)? Słowo to składa się z dwóch części. Rdzeń to kartvel-i (ქართველ-ი), który odnosi się do mieszkańca środkowo-wschodniego regionu Kartli, nazywanego w źródłach klasycznych i bizantyjskich Iberią. Do IX w. znaczenie nazwy Kartli objęło inne rejony średniowiecznej Gruzji, które jednoczyła religia, kultura i język. Gruziński cyrkumfiks sa-X-o to standardowa konstrukcja w nazwach geograficznych. Oznacza 'obszar, gdzie mieszkają X', przy czym 'X' to etnonim. Termin Sakartvelo zaczął oznaczać obszar ogólnogruzińskiej kultury i jedności politycznej już w XI w., a w XIII w. był już w regularnym użyciu.

Starożytni Grecy (Strabon, Herodot, Plutarch, Homer i in.) oraz Rzymianie (Tytus Liwiusz, Korneliusz Tacyt i in.) nazywali wschodnich Gruzinów Iberami (Iberoi w niektórych źródłach greckich), a zachodnich Gruzinów (zwłaszcza Mingrelian i Lazsów) Kolchianami.

W języku angielskim Gruzję nazywa się Georgia. Nazwę tę - spokrewnioną z polską nazwą Gruzja/Gruzini - wyjaśnia się na kilka sposobów:

1. Być może pochodzi wprost od terminów greckich i łacińskich (czyli od γεωργος 'rolnik' i georgicus 'rolniczy');
2. Może pochodzi od imienia św. Jerzego (łac. Georgius). Kult tego świętego był tam zawsze bardzo popularny.
3. Za panowania perskiego (lata 536 przed Chr. - 638 po Chr.) Gruzinów nazywano Gurjhān (Gurzhan/Gurjan), czyli 'lud Gurj/Gurzh'. We wczesnych źródłach muzułmańskich/arabskich spotykamy formy Kurz/Gurz, a cały kraj nazywa się Gurjistan. Być może te formy ewoluowały w kierunku nazwy Georigia.

Terminy Georgia i Georgiani pojawiają się w Europie Zachodniej w licznych średniowiecznych kronikach, w tym w pismach krzyżowców i w dokumentach oficjalnych florenckiego rodu Medyceuszy. Angielski podróżnik, Sir John Mandeville, twierdził, że Gruzinów nazywa się Georgianami z powodu ich czci dla św. Jerzego/Georgiusa. To dlatego kraj przyjął flagę z pięcioma czerwonymi krzyżami, czyli krzyżem św. Jerzego (znamy go też z flagi Anglii, której patronuje ten sam święty). Podobno flaga ta znana jest w Gruzji od V w.

wtorek, sierpnia 12, 2008

Podróż, której nie będzie


Sakartvelo to po polsku Gruzja. Miałem tam być za niecałe dwa tygodnie. W planie mojej podróży było Tbilisi, Mtskheta, Uplistsikhe, Gori, Kakheti, Alawerdi i Gremi. Dziś w mediach słyszymy o rosyjskim ostrzale Gori. Dlatego mnie tam nie będzie - nie tym razem. Rosja, która od kilku stuleci niesie swoim sąsiadom "pomoc", znowu wprowadza nie u siebie specyficznie rozumiany "pokój". Prezydencie Miedwiediew, premierze Putin - za tak szybką i skuteczną "akcję pokojową" należy się wam chyba Nobel... Sarkazm. Sarkazm i jednocześnie wielki żal. Lubię Rosję jako kraj Rosjan, kraj rosyjskiej kultury i pięknego języka, który sobie od kilku miesięcy przypominam. Dziś jednak staję pod krzyżem św. Jerzego, patrona Gruzji i w ten najskromniejszy ze skromnych sposobów solidaryzuję się z narodem gruzińskim i jego prezydentem Saakaszwilim. Bo Rosja znowu gwałci wolność suwerennego narodu, a to każe nam się zastanawiać, kto będzie następny... Jeżeli Ukraina będzie Rosji utrudniać ruchy wokół portu wojennego w Sewastopolu, może się okazać, że prezydent Miedwiediew rzuci Armię Czerwoną (tak, ona oficjalnie wciąż się tak nazywa!) na pomoc rosyjskiej mniejszości w Ukrainie... Krym dał Ukrainie Chruszczow, a może w każdej chwili odebrać Putin. A jeżeli w samozwańczym kraju "prezydenta" Smirnowa, czyli w tzw. Republice Naddniestrzańskiej, Rosjanie postanowią wspomóc swoich przeciw legalnemu państwu Mołdawii? Wojska sowieck..., tfu, rosyjskie będą musiały przejść przez całą Ukrainę!

Wszyscy świetnie wiedzą, że Rosji, która znowu napina muskuły, nie zależy na żadnych rosyjskich mniejszościach. Chodzi o odbudowę swojej strefy wpływów. Gruzja chciała wejść do NATO i się doigrała. Ukraina chce się związać z Unią i NATO, i zapewne czekają ją jeszcze poważne kłopoty. Dewiza Gruzji brzmi:
Dzala ertobaszia, czyli 'Siła jest w jedności'. Polska wraz z Krajami Bałtyckimi i Ukrainą wie, co to znaczy kłopotliwe sąsiedztwo Rosji i dlatego cieszy mnie wielkie poparcie, jakiego mój kochany kraj udziela ogarniętej wojną i poniżonej przez żołdaków Moskwy Gruzji. Jestem dumny z mojego prezydenta, który mimo niebezpieczeństw poleciał z przywódcami Litwy, Łotwy, Estonii i Ukrainy do Tbilisi. Nasza siła jest tylko w jedności. Dobrze, żeby zrozumiały to kraje Unii Europejskiej (tylko czy rozbuchany konsumpcjonizm w połączeniu z zatraceniem instynktu samozachowawczego pozwoli Europejczykom przypomnieć sobie czym jest wolność i jakim niebezpieczeństwem wrogowie wolności?).

Odpowiedzią Moskwie powinno być przyspieszone przyjęcie Gruzji i Ukrainy do NATO!

Rakusy


Kilkakrotnie odwiedziłem ostatnio Rakusy. Ten piękny, naddunajski i alpejski kraj znajduje się na południe od Moraw i Czech. Rakusy były niedawno współorganizatorem piłkarskich mistrzostw Europy. O jaki kraj chodzi? Łatwo się domyślić... o Austrię. Z naszej historiografii znamy Elżbietę Rakuszankę (1436-1505), Austriaczkę z rodu Habsburgów, która będąc żoną Kazimierza IV Jagiellończyka stała się "matką królów" (jej synami było aż trzech polskich królów z dynastii Jagiellonów). Rakuszanami nazywaliśmy - szczególnie w wieku XVI - naszych południowych sąsiadów (w XVI w. Śląsk był częścią austriackiej monarchii Habsburgów). Nazwa Rakusy to obok nazw Niemcy, Włochy/Wołochy, Węgry terminy typowo słowiańskiego zasobu nazewniczego.

Brückner (Słownik etymologiczny języka polskiego, 1927) za Miklosichem (
Etymologisches Wörterbuch der slavischen Sprachen, 1883) twierdził, że:
Rakusy 'Austrja', rakuski, Rakuszanie, od 14. wieku, szczególnie w 16 w. używane, z czeskiego Rakousy, a to od nazwy zamku dolno-austrjackiego Rakous (Rötz).
Nie ma jednak pewności, czy rzeczywiście źródłem tej nazwy jest nieznaczny zameczek w Rötz w Dolnej Austrii. Pojawia się bowiem coraz więcej głosów, że nazwa Rakouska/Rakusów pochodzi od zamku Raabs an der Thaya tuż przy współczesnej granicy czesko-austriackiej. To właśnie ta pradawna warownia miała się nazywać po czesku Rakous i od niej miała pochodzić nazwa kraju wokół i za tym zamkiem (czyli na południe od niego). O tym, że Raabs nazywano kiedyś Rakouz świadczy imię jego średniowiecznego właściciela - Gottfrieda von Rakouz. Ze źródeł znamy też łacińskie określenie tego zamku jako Castrum Racous.


Szkoda, że ta oryginalna nazwa zaniknęła w języku polskim. Być może kiedyś w podobny sposób zamiast o Włoszech/Włochach będziemy mówić o Italii. Stare słowiańskie nazwy powoli zanikają...

sobota, sierpnia 09, 2008

A może to jednak prawda...?


Pewien uczony, mąż bardzo światły, który słyszał o cadyku z Berdyczowa, odszukał go, by i z nim także, jak to miał w zwyczaju, podyskutować i zawstydzić go. obalając przestarzałe dowody prawdziwości jego wiary. Gdy wszedł do izby cadyka, ujrzał go chodzącego tam i z powrotem z książką w ręku, w głębokim zamyśleniu. Nie zwrócił on uwagi na przybysza. Wreszcie stanął, spojrzał na niego przelotnie i powiedział: "A może to jednak prawda?". Uczony nasz stanął jak wryty, na próżno starał się opanować, zatrzęsły się pod nim kolana, tak przejmujący był widok cadyka, tak wstrząsające były jego proste słowa. Rabin Lewi Izaak zwrócił się teraz wprost do niego i przemówił spokojnie: "Mój synu, wielcy uczeni Tory z którymi dyskutowałeś, na próżno do Ciebie przemawiali; odchodziłeś i śmiałeś się z nich. Nie mogli ci wyłożyć na stół Boga i Jego Królestwa, ja również tego zrobić nie mogę. Ale zastanów się, synu mój, może to jest prawda". Uczony ze wszystkich sił pragnął mu się sprzeciwić, ale owo straszne "może", które mu ciągle brzmiało w uszach, odebrało mu zdolność sprzeciwu.

(zanotował Martin Buber, zacytował w swojej książce Wprowadzenie w chrześcijaństwo Joseph Ratzinger, obecny Papież)

Orkowie tu i tam


Rano spacer na zakupy do osiedlowego sklepu. Mijam kolesi, którzy od pewnego czasu mają w zwyczaju popijać piwko ukryci za murkiem między blokami. Jeden z nich to mój dawny kolega z lekcji religii (gdy odbywały się one jeszcze w salce katechetycznej przy naszym kościele, a my byliśmy piękni-kilkuletni...). Już od kilku dni próbuje mnie zaczepić, ale ratują mnie słuchawki od empeszki. Nic nie widzę, nic nie słyszę, nic nie wiem...
- Gościu... - burknął. Ignoruję... Facio nie zniechęca się:
- Hej, ty! - a jako, że nie odpowiadam i idę z siateczką dalej, odwraca się on do piwnych kompanów i mówi tak, żebym mógł usłyszeć (jeżeli słuchawki nie zagłuszą):
- Ten gość, ku..., mówi w języku elfów - i ch.. .

Idę dalej ale z trudem opanowuję śmiech. Czyżby TVN znowu powtarzał Rozmowy w toku o zapachu wypłowiałej myszki?

Po południu na przemian śledzę relacje z Moraw, gdzie miała miejsce tragedia kolejowa naszego EuroCity, z Gruzji, do której mam za tydzień lecieć, ale wcześniej zrobiły to carskie aeroplany i z otwarcia "Olimpiady" w komunistyczno-hedonistycznych Chinach. To ostatnie robi wrażenie, ale jeżeli mam porównywać, wolę filmowy zapis z otwarcia "Olimpiady" w 1936 roku w Rzeszy Hitlera. Tak, ten Pekin mogę porównywać tylko z "Olimpiadami" w innych autorytarnych państwach...

Berlin 1936 - Moskwa 1980 - Pekin 2008. Wstyd... Każecie nam się zachwycać propagandowymi spektaklami tyranów? Dziękuję, nie skorzystam.