poniedziałek, marca 31, 2008

Klub R1a1

Ponad 56% Polaków, prawie tyle samo Ukraińców, Białorusinów. Jeszcze więcej Serbów Łużyckich i... Węgrów (którzy, jak widać, genetycznie są Słowianami, zmadziaryzowanymi językowo i kulturowo, ale jednak Słowianami - 13 marca obchodzimy dzień "bratankowości" Polaków i Węgrów, których przyjaźń ma teraz jeszcze jedną, genetyczną, płaszczyznę). Żyjemy też w Północnych Indiach (haplotyp ten przeważa u wyższych, wywodzących się od Ariów, kast), w Afganistanie, w Tadżykistanie. A w Zachodniej Europie? Dużo R1a1-owców żyje tam, gdzie kiedyś mieszkali Wikingowie - w Norwegii, w Szkocji, w Islandii. Czyżby ślad wikińskich zdrad małżeńskich ze słowiańskimi niewolnikami? A może pozostałość ludności "staroeuropejskiej"? I Ty masz szansę nosić w swoich genach ten haplotyp kojarzony z Praindoeuropejeczykami (do czasów, gdy naziści zbrudzili ten termin, nazywano Praindoeuropejczyków Aryjczykami), ludami stepów Śródziemia... tfu, Eurazji, którzy nie tylko przekazali dzisiejszemu światu języki indoeuropejskie, ale ponoć jako pierwsi udomowili konie.



W sprawie haplogrupy R1a1 warto zaglądać od czasu do czasu na strony o genetyce, a także na tę, gdzie publikuje się (uproszczone) wyniki badań - na Wikipedię. Powyżej nowa mapa z Wiki, której jeszcze nie miałem okazji poznać. Widać na niej wędrówki potomków tego jednego człowieka, u którego zaszła mutacja oznaczona markerem R1a1. Nasz wspólny przodek mieszkał gdzieś między Morzem Czarnym a Kaspijskim około 10 tys. lat temu...

Piszę w bardzo uproszczony i zapewne w szczegółach błędny sposób. Jeżeli znasz angielski, zajrzyj tutaj. Jest duża szansa, że o ile jesteś facetem (R1a1 to haplotyp męskiego chromosomu Y) i mówisz po polsku, to jesteś w klubie R1a1-owców.

sobota, marca 29, 2008

Polska według warszawiaka

A skoro już jesteśmy przy mapach, teraz coś, co dostałem od Filipińczyków long, long time ago. Mapa Polski według warszawiaków (wyjaśni ktoś kiedyś dlaczego nazwy mieszkańców miast piszemy małą literą?). Co do mapy to no comment...

Ostatni jasnowłosi

Podobno ostatni blondyn/blondynka umrze za około 200 lat w Finlandii. Prawa przyrody są nieubłagane. Jasnowłosi przegrywają w walce genów. Oto ciekawa mapa Europy z odsetkiem jasnowłosych. Widać też, że mutacja, która odpowiedzialna jest za powstanie koloru blond musiała zajść gdzieś u brzegów Bałtyku. Ciekawe jak w językach słowiańskich nazywa się blondyn/blondynka? Może płowy/płowa? Ciekawą dyskusję o genezie blond koloru włosów znajdziecie u Elendilich.


Procent jasnowłosych w Europie

Religijne USA



Odkryłem dziś zupełnie niezwykłą stronę pt. Strange Maps ('Dziwne mapy'). Wędrówka po tej bogatej witrynie to jak podróż po zupełnie nowych światach. Oprócz map oryginalnych, fantazyjnych, śmiesznych, głupich, pożytecznych i mniej pożytecznych jest też mnóstwo przydatnych informacji. Oto na przykład mapa, z której można się dowiedzieć o praktykach religijnych w USA. Oto po Wielkiej Brytanii, gdzie od roku 2006 dominującym wyznaniem są praktykujący katolicy, takim samym krajem staje się powoli - dzięki emigracji z Ameryki Łacińskiej - USA. Spójrzmy na mapę powyżej (błękitny kolor to hrabstwa, w których najwięcej praktykujących w niedzielę to rzymscy katolicy).


Ostatnia Cziornaja Zorja


Wczorajszej nocy Cziornaja Zorja zaćmeczyła na niebie po raz ostatni. Już pisało się wcześniej o fenomenie tego niezwykłego dzieła. Lód Dukaja. Skończyło się. Dokonało się. Się smuci się. Bo byłaż to przygoda niezwykła. Język niezwykły. Dukajowe dzieło zmienia człowieka, zmienia świat wokół niego, zmienia relację z rzeczywistością i czasem, z Historią. Jest się czy się nie jest? Czyta się, czy się nie czyta?

Dowiedziało się wiele o trójwartościowej logice, o wizji apoliteicznej, o niezwykłych warunkach życia na Syberii, o epoce potunguskiej w dokonanej-niedokonanej rzeczywistości. Poznało się świat, w którym Wojny Wielkiej nie było, w której Rewolucji nie było, w której Polski nie ma. Spotkało się persony historji wielkiej, które w innych zgoła okolicznościach od znanych tu i teraz występować musiały. Poznało się czym jest ćmiatło i ćmiecz, jak ćmieczek używać, jak obchodzić lutego i jak do soplicowa nie zbliżyć się. Wie się już w końcu czym jest tungetyt i zimnazo, kim są japończyki, otiepielniki i ljedniacy.

Podziwia się pana Jacka Dukaja. Nie raz się tęskinić będzie się za tym w jego dziele wykreowanym światem. I się chętnie posłucha nie raz się ciakawej radjowej audycyi z owego autora udziałem. Zaprasza się usilnie moich drogich czyteników i do lektury Lodu i do odwiedzenia witryny przeciekawej pana Dukaja.

czwartek, marca 27, 2008

Brian Sibley o polskich zwyczajach wielkanocnych

Radosny czas Wielkanocy. Wciąż trwa! Zajrzałem dziś na jeden z moich ulubionych blogów - znanego angielskiego redaktora i pisarza, admiratora Tolkiena (jest np. autorem adaptacji radiowej BBC Władcy Pierścieni), pana Briana Sibleya. Co za niespodzianka! Sibley opisuje polskie zwyczaje wielkanocne, nasze ludowe podania apokryficzne wiążące zwyczaj pisanek w historią Zmartwychwstania. Spójrzcie na jego teksty Agnus Dei oraz Eggsplanation.

Nigdy nie słyszałem tej opowieści:

Gdy Maria Magdalena przyszła o poranku w TĘ niedzielę do grobu Pana Jezusa z wonnościami, miała ze sobą ugotowane jajka. Śniadanie. Grób okazał się pusty, a białe skorupy jaj w cudowny sposób pokryte były barwami tęczy.

Piękna adaptacja dawnego pogańskiego zwyczaju do świata wyobrażeń chrześcijańskich... A ja swoją drogą muszę wybadać skąd u Sibleya taka wiedza o polskich zwyczajach (pisze cytując polskie słowa: Baranek Wielkanocny, Święcone, bukszpan itd.).

Śląski papież?


Dziękuję Michałowi za ten ciekawy artykuł. Kto by pomyślał, że ten święty papież, Pius X, może mieć śląskie korzenie. Według domysłów historyków, wymienionych w artykule opublikowanym przez Gazetę Polską ("przedrukowanym przez Wirtualną Polskę), ten słowiańsko wyglądający papież może być synem Jana Krawca z Boguszyc koło Toszka na naszym Górnym Śląsku. W artykule czytamy:

Drugi trop to drzewo genealogiczne boguszyckiej rodziny Krawców, sporządzone (po niemiecku) przed II wojną światową przez kogoś ze zgermanizowanej gałęzi rodu. Widział je wspomniany już ks. Umiński, który zostawił jego następujący opis: „We wsi Boguszyce było niegdyś małżeństwo Krawiec. Tablica wymienia pięcioro ich dzieci. Z tych pierwszy syn, Antoni, ożenił się w Jemielnicy (pow. strzelecki, woj. opolskie). Drugi syn zbiegł w czasie wojny 1812/13 r. do Ameryki. Trzeci syn zbiegł w czasie tejże wojny do Riese w północnych Włoszech, tam ożenił się, był urzędnikiem pocztowym i miał ośmioro dzieci”. Według tego tropu – to właśnie ów trzeci Krawiec był polskim ojcem przyszłego papieża.
Więcej o tej trochę spiskowej, trochę kontrowersyjnej, być może zupełnie nieprawdziwej historii tutaj.

Tolkienowskie ćwiczenie duchowne

Wszystkim, którym niedoskonałości widzialnego oblicza Kościoła przysłaniają Pana Jezusa polecam ćwiczenie duchowne, które zaproponował w liście synowi, Christopherowi (Listy, str. 529-530):

Mogę Ci także polecić jako ćwiczenie (do którego, niestety, łatwo znajdziesz okazję), abyś przystępował do komunii w warunkach zrażających Twój smak: wybierz sobie obłudnie słodkiego lub odklepującego modlitwy księdza, może nadętego lub prymitywnego zakonnika w kościele pełnym zwyczajnego, burżujskiego tłumu z rozpuszczonymi dzieciakami – zaczynając od rozwrzeszczanych aż po uczniaków produkowanych przez szkoły katolickie, tych co to rozkładają się z ziewaniem na ławkach skoro tylko ksiądz otworzy tabernakulum – wśród rozchełstanych pod szyją brudnych chłopaków, kobiet ubranych w spodnie, często rozczochranych i z odkrytymi głowami. Idź razem z nimi do komunii i módl się za nich. Będzie tak samo jak na mszy odprawianej przez świętego księdza w obecności kilku pobożnych i przyzwoitych ludzi, może nawet lepiej. (Przecież nie może być gorzej niż w bałaganie, który panował przy rozmnożeniu chleba dla pięciu tysięcy ludzi – po którym Pan zapowiedział inną ucztę, która miała dopiero nastąpić.)
Sprawdzone. Pomaga!

Chrzest wyobraźni


Młody ateista, zadowolony z życia bez wiary, przeświadczony o tym, że "jednostka wykształcona i myśląca" nie może tkwić w "starych wierzeniach" - C. S. Lewis w wieku osiemnastu lat. Ciekawie opisuje ten etap życia przyszłego apologety chrześcijaństwa w książce C. S. Lewis a Kościół katolicki (rodziale "Wytrwały ateista") jej autor, Joseph Pearce. Lewis pisał wiele lat później w kronice swojego nawrócenia, w książce Zaskoczony radością, że

Młody człowiek, który chce być wytrwałym ateistą, musi bardzo starannie dobierać lektury.

Grozi mu bowiem coś, co w innym miejscu Lewis nazwał ochrzczeniem wyobraźni. Chrzest wyobraźni C. S. Lewisa nastąpił podczas lektury Chestertona (pisałem o nim kiedyś tutaj) i MacDonalda. Autor Kronik narnijskich opisał ten chrzest w następujący sposób:

Phantastes [MacDonalda] bezsprzecznie był wystarczająco romantyczny, jednak czymś się różnił. W owym czasie nic nie leżało dalej od moich zainteresowań niż chrześcijaństwo, dlatego nie miałem pojęcia, na czym w istocie ta różnica polegała. Byłem jedynie świadom tego, że o ile ten nowy świat jest dziwny, to jest zarazem swojski i pełen skromności; jeżeli jest snem, to takim, w którym czujemy się dziwnie czujni; że całą tę książkę otacza coś w rodzaju niewinności chłodnego poranka. (...) W rzeczy samej dokonała ona nawrócenia, wręcz ochrzciła (...) moja wyobraźnię. Nie wywarła żadnego wpływu na mój intelekt ani (w owym czasie) na moje sumienie. Kolej na nie przyszła znacznie później, za sprawą wielu innych książek i ludzi.

Lewis został zarażony urokiem dobroci, siejąc ukryte ziarna nieszukanej i niezauważonej cnoty - ziarna, które wydadzą plon po latach.

Mam kilkoro przyjaciół, którzy zakochali się w Panu Jezusie i Jego Kościele, bo wpierw zauroczyła ich proza Inklingów, zwłaszcza Profesora Tolkiena. Twórczość oksfordzkich mitotwórców - zwłaszcza Lewisa i Tolkiena - ma jakąś niezwykłą moc: zaraża urokiem dobroci. Od dobroci zaś do Dobra jest bliska droga. Świadkiem tej drogi jest na przykład wzmiankowana kiedyś w serwisie Elendilion królowa Danii, Małgorzata II. W wywiadzie powiedziała:

Pierwsza książka Tolkiena… kiedy ją czytałam, opowieść porwała mnie do tego stopnia, że myślałam tak: „gdyby to mogło się wydarzyć naprawdę, gdyby coś takiego istniało w rzeczywistości!” I zdałam sobie sprawę, że to się naprawdę wydarzyło – opowieść czy zbiór opowieści, które nie były eskapizmem czy ucieczką od rzeczywistości, lecz opowiadały dzieje konkretnego czasu i miejsca: historię Jezusa. A potem już poszło, znowu mogłam rysować, uświadomiłam sobie, że znowu coś mi to daje. Doświadczenia tych dwu rzeczy nie da się rozłączyć. Lecz, mówiąc w kategoriach czasu, Tolkien oczywiście był najpierw, reszta przyszła później.

W ostatnią Wielką Sobotę moja tolkienowska przyjaciółka z Rosji przyjęła sakramenty święte w Kościele katolickim. I oto kolejne świadectwo, że ścieżki Śródziemia prowadzić mogą na Drogę - prosto ku jedynemu prawdziwemu Bogu. Jak bliskie mi są jej słowa, że gdy tkwiła w ciemnym okresie swojego życia, nadzieję odnalazła w książkach Tolkiena i wśród znajomych tolkienistów. Zakochanie się w dobru, w dobroci, której piewcą jest Tolkien, było jej drogą do chrześcijaństwa...

bo zaczęłam dużo rozmyślać o tym, co to jest prawdziwa miłość, nadzieja, zbawienie... Otoczenie też grało ważną rolę - bo w Rosji jak również w Polsce pośród tolkienistów jest dużo ludzi wierzących - co więcej, gorliwie wierzących, jeżeli można użyć takiego zwrotu.

U mnie było podobnie. Profesor Tolkien pewnie wie o tym, że stał się moim przyjacielem. Choć stoimy po dwóch różnych stronach rzeczywistości, jest mi on stale kompanem w mojej pielgrzymce przez życie. Podziwiam go jako człowieka. Choć znając jako tako jego biografię wiem o wadach Profesora, są takie sprawy w jego życiu, które mnie porwały od pierwszej lektury Carpentera - biografa J.R.R. Tolkiena. Prosta pobożność, wierność Kościołowi, codzienna Eucharystia, porady duchowne w jego listach*. Mnie w moim byciu w Kościele naprawdę pomaga profesor Tolkien. Wpierw ochrzcił moją wyobraźnię, zakochał w dobroci, a potem swoim życiem pokazał sens życia.

A zatem, drodzy ateiści-tolkieniści, staranniej dobierajcie lektury, o ile chcecie trwać w swoich przekonaniach. Bo kto wie, czy Wasza wyobraźnia już nie została ochrzczona... Márienna!

_____________________
* Patrz tutaj.

Terra Sancta, cz. 3

Trzecia część mojej relacji z lutowej pielgrzymki do Ziemi Świętej, do Izraela i Jordanii. Poznaj też część 1 oraz część 2. Brak polskich liter spowodowany jest tym, że relacja pisana była na smartphonie.


Dzien 5

Poniedziałek, 4 lutego 2008

Po wczesnym sniadaniu pakujemy bagaze, wyprowadzamy sie z hotelu i udajemy sie na msze do nazaretanskiego kosciola sw. Jozefa. Znamy już te swiatynie z pierwszego naszego dnia w Nazarecie. O 9.15, z opoznieniem zwiazanym z niezdyscyplinowaniem jednej z pan ruszamy nad Jordan do miejscowosci Yardenit. Tam protestanci baptysci, majac dostep do rzeki, w ktorej chrzcil Jan Chrzciciel, urzadzili swój osrodek chrzcielny. Odwiedzimy go, żeby zanurzyc sie w wodach Jordanu. Jadac mijamy wzgórze, z którego oburzeni mieszkańcy Nazaretu chcieli zrzucić głoszącego Dobrą Nowinę Pana Jezusa, osiedle zydowskie w Gornym Nazarecie, potem znaną nam już Kane Galilejska.


Z okna autokaru: wzgórze niedoszłego stracenia naszego Pana i paskudne osiedle żydowskie

W rytmie Godzinek zmierzamy na wschod ku Tyberiadzie i ku ujsciu Jordanu do Genezaret. Slonce mocno grzeje przez szybe. Jezioro i wzgorza na widnokregu pokrywa nejdelikatniejszy muslin mgiel. Paruje nasaczona niedawnymi deszczami ziemia. Niebo przeczyste. Wybralismy dobra pore, ale mamy tez sporo szczescia. Poczatek lutego to nie jest zwykle najbardziej pogodny okres w Izraelu. Nie chciałbym być w swojej skorze gdyby padalo i było zimno.

Malo mamy kontaktu z zydowska wiekszoscia mieszkajaca w tym kraju. Dotychczas w miejscach pielgrzymkowych spotykamy raczej arabskojezycznych Palestynczykow - muzulmanow i chrzescijan. To oni prowadza nasze hotele, sprzedaja nam pamiatki, kieruja pojazdami, ktore pomagaja nam sie tutaj przemieszczac. Napotkani w Izraelu Zydzi to glownie policja, wojsko, urzednicy i mieszkancy chronionych i odseparowanych osiedli. A zatem jako pielgrzymi patrzymy na ten swiat troche z perspektywy Palestynczykow - ograniczonej w prawach mniejszosci...

Zjezdzamy z glownej drogi ku Jezioru Genezaret. W oddali, na drugim brzegu widzimy kraine Gilead. To tam mieszkali Gerazenczycy. Opetany z dzisiejszej Ewangelii mieszkal wsrod tych wlasnie wzgorz. Za kilka dni, odwiedzając Jordanię, odwiedzimy tamte miejsca. Posrod gajow palmowych docieramy do parkingu w Yardenicie.

Odwiedzamy skryty w cieniu drzew pawilon i dochodzimy do murowanego baptysterium na brzegu Jordanu. Rzeka jest tutaj dosc plytka, koryto waskie, oba brzegi porasta bujna zielen.


Niezwykłe, bo zielone brzegi Jordanu; w ośrodku chrzcielnym baptystów

Wraz z grupa slucham Ewangelii o Chrzcie Panskim a potem wspolnie odnawiamy przyrzeczenia chrzcielne. Jak sie okazalo, nasza wizyte nad Jordanem nagrano na DVD. Wychodzac z centrum w Yardenicie można zakupic taka wlasnie pamiatke. O 10.30 ruszamy dalej. Zmierzamy wzdluz Jordanu na poludnie. Naszym celem Jerycho. Zielone wzgorza, ktore mijamy były swiadkiem biblijnej bitwy opisanej w Pierwszej Ksiedze Samuela. To okolice Endoru, gdzie mieszkala wrozbitka wieszczaca Saulowi. To okolice Gileadu, gdzie Izraelici walczyli z Filistynami. Po prawej kibuc - budynki wygladaja biednie, jak w sowieckich kolchozach, ktore znam z Ukrainy. Zachwyca zielen, bujna szmaragdowa tkanina traw, kielkujacych upraw i bogatych sadow. To tutaj znajduje sie biblijne wzgorze Gilboa. To tu jest Bet Szean i Jadesz. Historia z 1 Sm jest okazja do refleksji nad grzechem wrozbiarstwa i samobojstwa. A wawoz Jordanu kryje sie w oddali po lewej. Uzyznia on cala zielona doline. Zmierzamy jedna z glownych drog, którymi dorosli Zydzi wedrowali na swieta z Galilei do swiatyni w Jerozolimie. Druga, alternatywna droga biegla przez Samarie. Dzis ta czesc Autonomii Palestynskiej należy do niebezpiecznych regionow Bliskiego Wschodu. Ks. Adam opowiada nam o odmiennosci Samarytan od Zydow, o synkretycznych wierzeniach samarytanskich i w zwiazku z tym o tle spotkania Pana Jezusa z Samarytanka.

Przejezdzamy przez Bet Szean. Wzgorza nie są już tak zielone. Coraz blizej Pustynia Judzka. Po prawej na zachodzie gory Samarii. Ksiadz czyta z Ewangelii o Sychar i o spotkaniu Jezusa z Samarytanka. Wzgorza Gilboa lagodnie faluja na widnokregu. Są nagie, kamieniste, porosniete kepkami sucholubnej roslinnosci.


Suche tereny w okolicach Jerycha, żydowski check-point

Wjechalismy na tereny Autonomii Palestynskiej. Minelismy check point. Kontrola odbywa sie tylko wtedy, gdy wjezdza sie z Autonomii do Izraela. Przewodnik opowiada nam o strukturze i statusie politycznym tego obszaru. Są w Autonomii miejsca o roznym stopniu niezaleznosci. Znajduja sie tu kontrowersyjne osiedla zydowskie - kosc niezgody miedzy Zydami i Palestynczykami. Ksiadz opowiada o tradycjach dotyczacych pochowku Jozefa patriarchy. Nie wiadomo czy Jozef spoczal w Sychar czy w Grocie Patriarchow Makpela w Hebronie. Mijaja nas opancerzone auta terenowe armii izraelskiej. Straszy ciezki karabin maszynowy na dachu gazika. Przed nami coraz suchsze obszary. Zblizamy sie do Pustyni Judzkiej. Ks. Jan zaczyna modlitwe rozancowa.



Na Pustyni Judzkiej

W rytmie dziesiatek rozanca znalezlismy sie w zupelnie innym swiecie. Olbrzymie dlonie ulepily z jakby z gliny, kamieni i piachu suche, nagie, zlowieszcze gory. Wszystko w brazach, burosciach i odcieniach zolci. W dali widac Morze Martwe. Jestesmy w najglebszej na ziemi depresji i dojezdzamy do Jerycha znanego jako najstarsze miasto na swiecie. Jerycho znane jest jako Miasto Palm. Klimat suchy, ziemia sucha. Mijamy posterunek izraelskiej armii, potem posterunek zolnierzy palestynskich i wjezdzamy do miasta. Tu dzialal Pan Jezus. Pierwszy cel to sykomora, z ktorej Zacheusz wygladal Mesjasza. Palestynskie zabudowania wygladaja bardziej niż biednie. Arabowie nie zwracaja uwagi na porzadek, na estetyke swojego otoczenia. Kobiety w burkach, mnostwo sklepow, chaos na ulicach. Nikt nie uzywa kierunkowskazow, nikt nie trzyma sie zadnych przepisow. Gesta zabudowa, smieci, nieporzadek.

Dojezdzamy do restauracji i sklepow. Panie chetnie kupuja kosmetyki z mineralami z Morza Martwego. Najdrozsze ale i najlepsze są te firmy Ahawa ('Milosc'). Pyszne palestynskie dania. Na malych talerzykach salatki, pasty, oliwki, kawalki miesa z grilla. Potem wnoszone są talerze z szaszlykami. Na koniec knafi - ciastko ze slodkim serem. Również kawa oraz argili - fajka wodna o owocowym smaku.


W Jerychu: arabskie przysmaki,
sykomora Zacheusza (podobno oryginalna, ma 2 tys. lat)

Potem podjezdzamy pod Gore Kuszenia. Z dolu ogladamy przyklejony do tej dramatycznej gory klasztor prawoslawny sw. Jerzego Koziby. Tam wysoko w gorze znajduje sie grota, w ktorej Pan Jezus miał być kuszony przez diabla. Dziś zadziwia nas prawosławny klasztor wokół groty, w której miał pościć Pan Jezus. Ksiadz Adam czyta z Ewangelii opis kuszenia naszego Pana.


Ksiądz Adam czyta Biblię przy Górze Kuszenia; klasztor na zboczach góry

Jadac dalej przez okna autokaru ogladamy ruiny najstarszego Jerycha. Widzimy je jako tell, czyli wzgorze kryjace mury. Potem zmierzamy do slynnego Qumran. Ogladamy ruiny osady antyswiatynnej sekty z czasow Pana Jezusa, potem idziemy na film o essenczykach z Qumran.



W Qumran, w tle Morze Martwe; ruiny osady w Qumran;
grota, w której znaleziono słynne zwoje; panorama Morza Martwego

W koncu o 15.00 ruszamy nad Morze Martwe. Polgodzinna podroz przez Pustynie Judzka i oczekiwanie, co tez nas czeka nad brzegiem tego niezwyklego zbiornika slonej wody, ktory lezy 400 m ponizej poziomu morza, w najglebszej na ziemi depresji. Docieramy na parking przyjemnej nadmorskiej restauracji z przebieralniami. Po przygotowaniu sie do kapieli schodzimy po drewnianych stopniach w dol. Ciemny piasek, duzo kamieni. Woda ciepla. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby sie zanurzyc. Morze Martwe to jeden z najbardziej zasolonych zbiornikow wodnych na swiecie. Nie da sie tu utopic - zapewnia nas ks. Adam. Czyzby? Sympatyczna pani Brygida bardzo chciala zobaczyc jak to jest być wypartym przez slona wode. Z pomoca pani Marzeny kladzie sie na plecach w gorzkiej od soli wodzie.

- Glowe mi ciagnie w dol! - zakrzyknela nie umiejac utrzymac glowy nad powierzchnia. Kurczowo trzyma sie towarzyszki. Jej kragle cialo dryfuje jak boja, a ona nie umie opuscic nog do dna. Lapie sie Marzeny jeszcze bardziej kurczowo, lapie ja za glowe, wlosy, wciaga jej glowe pod wode. Marzena traci grunt pod nogami, znika pod najbardziej slona powierzchnia morska na swiecie! Interweniujemy. Odrywamy spanikowane kobiety od siebie. Ratujemy. Tak oto uchronilismy Morze Martwe przed utrata renomy miejsca, w którym nikt sie jeszcze nie utopil.


Sielanka nad Morzem Martwym: plaża oraz radości morskiej kąpieli

Ruszamy do Jerozolimy. Czeka na nas hotel "Seven Arches", czekaja nowe, wygodniejsze niż w Nazarecie pokoje, czeka obfity, hojny, bogaty bufet. Jadac przez gory Pustyni Judzkiej mijamy miejsce, gdzie wedlug tradycji dobry Samarytanin uczynil dzielo milosierdzia opisane przez Pana Jezusa. Nazywa sie to miejsce dzisiaj Gospoda Dobrego Samarytanina. Po lewej stronie szosy widzimy kosciolek niedawno odnowiony, ale niedostepny dla naszego autobusu. Pojawiaja sie biedniutkie osady Beduinow. Pani Brygida odzyskawszy sily po przygodzie w Morzu Martwym, pyta gdzie Beduini maja szpitale, szkoly i banki... Usmiechamy sie.

Przed Jerozolima widzimy Betanie tak bardzo zwiazana z zyciem Mistrza (będziemy tam za kilka dni). Droga ciagle pnie sie w gore do Jerozolimy. Swiete Miasto znajduje sie na wysokosci 720 m n.p.m. W koncu docieramy do celu. W wygodnych pokojach jestesmy o 17.30. Boje hotelowi przynosza nasze bagaze. Po dobrej kolacji, po interwencjach dotyczacych usterek spotykamy sie w sali, ktora sie nazywa "Grota Oliwna".

Dzien 6

Wtorek, 5 lutego 2008

6.30 pobudka (choc już o 5.00 obudzili nas muezini z minaretow okolicznych meczetow); 7.00 sniadanie (bardzo smaczne - zachwycalem sie dobra chalwa), 8.00 wyjazd (ksiedza Adama odbieramy pod kosciolem Getsemani). Jadac ulicami starej Jerozolimy mijamy Doline Jozafata, mury Jeruzalem. Ksiadz Adam mowi o siedmiu bramach Swietego Miasta. Mijamy tez Syjon i Doline Gehenny. Patrze na liczne koscioly, zbory, szkoly i hotele przeroznych chrzescijanskich obrzadkow i wyznan. O, po prawej zbor prezbiterianski ze szkocka flaga sw. Andrzeja. Powoli z modlitwa i piesnia na ustach opuszczamy Jerozolime. Zmierzamy do Betlejem. Z okien autokaru obserwujemy klasztor prawoslawny sw. Eliasza, kosciolek Syntagma (miejsce gdzie miala odpoczywac Maryja), sciete wzgorze, do którego przylegal palac Heroda zwany Herdionem. Przez check point (- Oni są glupi, stoja tu dla zabawy - mowi o izraelskich mlodziutkich zolnierzach i zolnierkach nasz kierowca) wjezdzamy do Betlejem. Rzymianie na miejscu Narodzenia zbudowali swiatynie Adonisa. Dzis w tym potwierdzonym od II w. miejscu narodzin Pana Jezusa wznosi sie bazylika, ktora za chwile odwiedzimy. Betlejem lezy wsrod wzgorz. Mnostwo tu kosciolow i meczetow, a do Groty narodzenia pielgrzymuja i chrzescijanie, i bedacy tu wiekszoscia muzulmanie. Pan Jezus przez islam jest uznany za proroka.

Nie sposób opisac Bazyliki Narodzenia w tych kilku zdaniach, na ktore pozwala ten skromny edytor. Kosciol Narodzenia to starozytna swiatynia, dzis przede wszystkim w rękach Kosciola prawoslawnego. Smugi swiatla wpadajace przez male okienka, piekne mozaiki, pradawny ikonostas. Grube mury, ktore slyszaly modlitwy chrzescijan od czasow starozytnych. W podziemnej kaplicy sw. Hieronima mamy msze. Jaka przyjmuje postawe wobec moich grzechow? Oto temat dzisiejszego kazania ks. Jana. Kaplan nawiazuje do historii Absaloma, ktora czytano dzis w Liturgii Slowa. Jeżeli kocha sie prawdziwie to nie da sie swiadomie ranic kochanej osoby. Milujacy nie chce zranic milowanego. Bog pokazuje prawde grzechu: grzech prowadzi do smierci. Od jutra zaczynamy post. Będziemy szukac korzenia swoich grzechow. To piekne, ze liturgii przy Grocie Narodzenia towarzysza nasze polskie koledy. Spiewamy Bozej Dziecinie obok Jej zlobka. Po mszy ojciec Franciszek z franciszkanskiego zakonu braci mniejszych przekazuje nam kilka slow. Mowi o lasce przybycia do Betlejem, do Domu Chleba, mowi o innych polskich grupach, ktore w czasach niebezpiecznych nie mogli tu przybywac. Pielgrzymi z innych krajow boja sie jeszcze tu przybywac. Polacy byli w zeszlym roku najliczniejsza narodowoscia, ktora tu pielgrzymowala. Zabawne, franciszkanin nie wie, ze nasza grupa do "Niemcy". Mowi, ze Polacy tym roznia sie od Niemcow, ze zapozycza sie, ale odwaza sie tu przyjechac. Niemcy maja pieniadze, ale zwycieza wygoda i strach. Wczoraj było tu piec grup z Polski. Dzis cztery. To bardzo duzo! My jestesmy na pielgrzymce, ale bywaja tu tez polscy turysci bez kaplana, którzy wyrywaja sie na dzien z wczasow w Egipcie. Im szczególnie sluzy ojciec Franciszek. Piekna postac wiekowego zakonnika, ktory wciaz jest w Betlejem dla nas. W Ziemi Swietej jest ponad 20 polskich franciszkanow. Ojciec zaprasza nas, zebysmy byli misjonarzami w naszych rodzinach.

Okazuje sie, ze nasza msza miala miejsce w dawnym mieszkaniu sw. Hieronima, ktory Septuaginte przelozyl na lacine. Ten przeklad Biblii znamy jako Wulgate. Na tutejszej mozaice widzimy towarzyszy sw. Hieronima - sw. Paule, sw. Eustochium. Przez inne kaplice-groty idziemy teraz do Groty Narodzenia.

Niezwykle przezycie. Uczucia zwyciezaja, ogarnia nas wzruszenie, w oczach pojawiaja sie lzy. Stoimy tam, gdzie mieszkala brzemienna za sprawa Ducha Sw. Maryja-Miriam. Klekamy w miejscu Narodzenia, calujemy na kleczkach srebrna gwiazde, modlimy sie w miejscu, w którym znajdowal sie zlobek Pana Jezusa. Nie umiem tego wszystkiego opisac. Znalazlem sie jakby w nadrzeczywistosci. To jedne z najpiekniejszych chwil w moim calym zyciu. Jakby stac sie jednym z pasterze na swietej ikonie. Jestesmy w swiatyni obrzadku wschodniego. Piekny wystroj, atmosfera starozytnosci. Nie znajduje slow, żeby to opisac...

Zgubilem sie... Czekam obok wejscia do bazyliki. W koncu pojawia sie grupa. Byli w Grocie Mlecznej. Nie zaluje. Miałem wiecej czasu, żeby nacieszyc sie obecnoscia przy Grocie Narodzenia.

Potem jedziemy autokarem do sklepu z pamiatkami i na arabski posilek - tradycyjne falafel. Mam piekne prezenty dla najblizszych.

Przed 14.00 docieramy na Pole Pasterzy. Prawdziwie sielankowa atmosfera. Ogrod, wiele zieleni, kamienne murki, wreszcie groty, w których chronili sie noca pasterze. W nich kaplice. Siadamy tam, gdzie owej Nocy pasterze spotkali aniola. Ewangelia, koledy. Potem przechodzimy do jasnego wnetrza pieknej swiatyni nad grotami. I znowu koledy - prawdziwie bozonarodzeniowa atmosfera.

Około 15.00 wracamy do Izraela. Rozaniec. Weseli mlodzi zolnierze zydowscy wpuszczaja nas bez formalnosci. Wystarczy magiczne slowo Polonija. Jedziemy do miejsca zwiazanego ze sw. Janem Chrzcicielem, do Eyin Karem. Po drodze mijamy instytut Yad Vashem i las drzew Sprawiedliwych Wsrod Narodow Swiata.

Ein Karem to miejsce malowniczo polozone wsrod gor. Uroczy zakatek, swiezy podmuch wiatru, dobra wilgotnosc powietrza. Zbliza sie 16.00. Jestesmy już w cieniu gor. Stroma sciezka docieramy do kosciola Nawiedzenia, pieknej swiatyni w stylu wloskim. Stoi ona na miejscu studni, przy ktorej spotkala sie Maryja z Elzbieta. W murach nowych budowli sakralnych - kosciola dolnego i gornego - znajdujemy relikty z czasow antycznych i sredniowiecznych. Swiatynia zostala ozdobiona pieknymi freskami z XX w., ktore nawiazuja do wloskiego renesansu. Jest czas na czytanie biblijne i na modlitwe.

Schodzimy do centrum Ein Karem. Zmierzamy do kosciola w stylu hiszpanskim, ktory stoi nad grota narodzenia sw. Jana Chrzciciela. Zdobne blekitne plytki na scianach przywodza na mysl budowle w Hiszpanii i Portugalii. Konczymy zwiedzanie o 17.00. Piekny dzien zwiazany z okresem blogoslawionej ciazy Matki Bozej i z Narodzeniem Pana oraz urodzeniem sie sw. Jana Chrzciciela.

C.D.N.

środa, marca 26, 2008

Sprawozdanko lekturowe

Coś ostatnio zaniedbuję bloga. Dużo pracy (dziś dwa przetargi w Holdingu Węglowym i wykłócanie się w przedstawicielstwie pewnego pomarańczowego operatora o skradzione w roamingu w Jordanii przez tamtejszych komórkowych rządzicieli 2,5 tys. zł), fajne spotkania (wczoraj 15 starych przyjaciół z liceum na bibie z okazji 15-lecia matury)... A tu kilka słów należy się moim ostatnim lekturom. Będą to istne mikrorecenzje.

Lód Dukaja (Wydawnictwo Literackie 2007). To już klasyka. Książka przekracza granice gatunków. Między grubymi okładkami z grafikami Bagińskiego (tego od Katedry) tysiąc stronic wielkiej przygody w przekonujących didaskaliach umieszczonych w alternatywnych dziejach potunguskiego świata. Trochę z Dostojewskiego, trochę z Prusa, trochę z Lema, ale przede wszystkim mnóstwo z literackiego geniuszu Dukaja. Niesamowity język! Znam go z gazet i pocztówek sprzed 100 lat. Świetnie wykreowani bohaterowie. Bardzo wiarygodna rekonstrukcja historii, w świecie, w którym meteoryt tunguski budzi tajemniczą inteligencję drzemiącą w wiecznej zmarzlinie. Jednym zdaniem: "Lute rządzą". Szkoda tylko, że zakończenie chaotyczne i nie trzymające już tak w napięciu jak opisy podróży Koleją Transyberyjską... Za książkę dziekuję Tomkowi. Jest ozdobą mojej biblioteczki. A na Syberię na pewno się wybiorę...

Artura Kowalika Kosmologia dawnych Słowian. Prologomena do teologii politycznej dawnych Słowian (Nomos 2004) to bardzo ciekawa, inspirująca lektura, nawet jeżeli wiele teorii autora mnie nie przekonuje. Oddajmy głos autorowi:

Stereotypowy pogląd na religię Słowian przeciwstawia słowiańskiemu politeizmowi chrześcijański monoteizm, ja jednak w mej książce proponuję nowe spojrzenie na osławiony "kult przyrody" naszych przodków, upatrując w nim przejaw panenteizmu, czyli organicznej wizji świata, która łączy obie opcje. Chodzi tu o przekonanie o istnieniu boskiej mocy, zarówno istniejącej poza światem, jak i tożsamej ze światem i funkcjonującymi w nim siłami, które wyodrębniają się w niej jako indywidualne bóstwa. Na prowokacyjne pytanie o bogów, które zadał niegdyś egiptolog Hornung: "jeden czy wielu?" - odpowiadam więc jego wzorem - wielu z jednego i w jednym. W praktyce Słowianie byli zapewne henoteistami, wyróżniając w kulcie bóstwo opiekuńcze grupy rodowej, plemiennej, czy społecznej (cały test Kowalika na Tarace).
W swym erudycyjnym wywodzie autor sięga do religijnych i filozoficznych koncepcji wielu ludów Eurazji. Gdyby istotnie nasi przodkowie posiadali tak spójny, filozoficznie wysublimowany system wierzeń, nie dziwna by była gwałtowna ekspansja Słowian w wiekach V-VII od nieznanego naddnieprzańskiego etnosu do wielkiego, sięgającego Łaby, Alp i Peloponezu ludu. Każdy poganin, Germanin czy Weneta, chciałby być Słowianinem z taką religią! A kapłani słowiańscy bez problemu przyjmowaliby chrześcijaństwo, jako rozwinięcie (a nie zaprzeczenie) swojej religii i stawaliby się chrześcijańskimi swiaszczenikami.

Ciągle jeszcze czytam Czarny ogród Małgorzaty Szejnert. Jak pięknie o sercu Górnego Śląska, o niezwykłym górniczym Giszowcu pisze osoba, która wcale nie ze Śląska pochodzi. Ballada o kopalnianej kolonii, którą niemieccy architekci zaprojektowali zgodnie z zasadami angielskich miast-ogrodów. Niezwykłe dzieje Giszowca i ludzi, spośród których pewne postacie mam zaszczyt znać osobiście. Na Giszowcu mieszka poza tym od niedawna moja mama. Jest Giszowiec kolejnym dowodem na to, że Górnoślązacy pochodzą od opisanych przez Tolkiena hobbitów...

Dziś kupiłem w nieocenionej (muszę ją zareklamować!) księgarni CLC na Wojewódzkiej w Katowicach (zajrzyj tutaj) długo poszukiwaną książkę Josepha Pearce'a pt. C. S. Lewis a Kościół katolicki (Prodoks 2005). O, to będzie naprawdę ciekawa lektura. Lewis, który do Kościoła przyprowadził tak wielu niewierzących, choć sam katolikiem nie chciał zostać i nie został. Pearce opisuje życie, przekonania i dzieła Lewisa pod kątem ich związków z ortodoksją katolicką. Już na początku fajna anegdota o międzywyznaniowej konferencji teologicznej w roku 1998. Wzięło w niej udział kilkudziesięciu wysokiej próby katolików, anglikanów, prawosławnych i protestantów. Nie umiano znaleźć porozumienia w wielu kwestiach, ale na koniec wymieniono to, co łączy zebranych:

Podczas sesji końcowej ojciec Fessio podniósł się z miejsca i (z przymrużeniem oka) zaproponował, że powinniśmy wydać wspólne oświadczenie o osiągnięciu teologicznego porozumienia pomiędzy wszystkimi historycznymi, ortodoksyjnymi nurtami chrześcijaństwa, stwierdzając, że tym, co nas łączy jest Pismo Święte, apostolskie wyznanie wiary, pierwszych sześć soborów powszechnych oraz dzieła zebrane C. S. Lewisa...
Czytam teraz o wierze Lewisa w stan czyśćca oraz o jego pobożności maryjnej. Obie sprawy są bardzo niezwykłe dla anglikanina...

sobota, marca 22, 2008

Skruszona Czarna Brama...

Seriej Juchimow, ilustracja do 'Władcy Pierścieni'

Nastała nam dobra nowina! Nad Śródziemiem kilka dni temu* poniosła się pieśń:

Skruszona Czarna Brama
i Król wasz przekroczył ją
i jest Zwycięzcą!**

Przyszedł Król, który skruszył Wrota Śmierci. Upadła władza Nieprzyjaciela. Co za dobra nowina! Gdy chrześcijanin czyta Władcę Pierścieni, dochodząc do szczęśliwego zakończenia tej powieści, do jej eucathastrophe i odnajduje w nim dobrą nowinę, jej euangelion, nie może oprzeć się wrażeniu, że historia ta coś mu przypomina. Bo oto istnieje naprawdę coś, co jest prawdziwą i jedyną Dobrą Nowiną, przemieniającą świat i nas, i nadającą sens wszystkim naszym marzeniom, którym w swych dziełach próbowali dać wyraz mitotwórcy, poeci, pisarze, artyści całej ludzkości. Ta Dobra Nowina jest treścią przeżywanego właśnie w Kościele święta chwalebnego Zmartwychwstania naszego Pana, Jezusa Chrystusa. Jeżeli wszystkie dobre zakończenia są cieniem i zapowiedzią czegoś prawdziwego, to tą prawdziwą treścią jest Dobra Nowina niedzielnego, wielkanocnego poranka. Bóg, stwórca świata, umarł na krzyżu, zszedł do piekieł i trzeciego dnia zmartwychwstał. A ten niedzielny poranek odmienił na zawsze świat. Nadeszło zbawienie dla każdego człowieka - w każdym czasie i każdym miejscu.

Ilustrująca mój felieton tolkienowska "ikona" Sergieja Juchimowa zapewne nieprzypadkowo przypomina słynną ikonę bizantyjską pt. Anastasis ('Zmartwychwstanie'). Rosyjski ilustrator Władcy Pierścieni w swoich pracach często nawiązuje do chrześcijańskiej ikonografii Wschodu i Zachodu (obejrzyj jego galerię u Parmadilich). Na "ikonie", którą nazwałbym Tryumfujący Król widzimy zwycięskiego króla Aragorna z mieczem Andúrilem i berłem Annúminas w dłoniach - znakami jego prawowitej władzy królewskiej. Otacza go tryumfalny nimb (z łac. nimbus 'chmura'). Aragorn widziany jest w tej postaci w palantírze (Juchimow używa tu zlatynizowanej formy Palantirum) przez Nieprzyjaciela, Saurona. Czerwone Oko, Oko Bez Powiek. Wizja Saurona jest zapowiedzią Powrotu Króla i Upadku Czarnej Wieży. A Powrót Króla i Upadek Saurona to happy-end powieści Tolkiena. I tu warto przypomnieć ważne słowa Profesora z jego rozprawy O baśniach (str. 73-74):

Nietrudno wyobrazić sobie owo niezwykłe podniecenie i radość, jakie stałyby się naszym udziałem, gdyby jakaś szczególnie piękna baśń okazała się prawdziwa w "pierwotnym" sensie tego słowa, gdyby jej fabuła objawiła się jako zdarzenia historyczne, nie tracąc przy tym owego mistycznego i alegorycznego znaczenia, które miała jako baśń. Nietrudno, gdyż nie byłoby to doświadczenie o zupełnie nowej, nie znanej nam jakości. Byłaby to ta sama radość (choć na pewno mniej intensywna), którą wywołuje szczęśliwy "zwrot" baśniowej akcji: ma ona posmak pierwotnej prawdy (w przeciwnym razie nie nazywałaby się radością). Wybiega naprzód (...) ku wielkiej Eukatastrophe. Taka jest też i gloria - radość chrześcijanina - choć o wiele bardziej (nieskończenie bardziej, gdyby nie nasze ograniczone możliwości) wzniosła i promienna. Bo też i sama opowieść [o Wcieleniu i Zmartwychwstaniu Pana Jezusa] jest bardziej wzniosła - i jest prawdziwa. Sztuce nadano wymiar prawdy. Bóg jest panem aniołów i ludzi, i elfów. Legenda i historia spotkały się i zlały w jedno.

(...) Ewangelia nie zniosła legend, ale je uświęciła, a szczególnie uświęciła "szczęśliwe zakończenie".

Tak jak Aragorn może być dla nas "typem" Chrystusa, tak "Skruszona Czarna Brama" przypomina nam wyłamane przez Zmartwychwstałego wrota śmierci, które tak sugestywnie ukazane są na świętej ikonie. Pan zszedł do piekieł i wyrwał nas z mocy zła i śmierci, wyciągnął z niewoli. Jesteśmy jak rzesze niewolników, którzy mogli w dniu tryumfu Aragorna wyjść z piekła Mordoru - tylko nieskończenie bardziej, i prawdziwie...

W przededniu Święta Zmartwychwstania Pańskiego składam Wam wszystkim najlepsze życzenia i najszczersze świadectwo: Król przekroczył wrota śmierci i jest Zwycięzcą!

________________________________
* Patrz data 17 marca w kalendarzu Parmadilich.
** J.R.R. Tolkien "Pieśń Orła" (Powrót Króla, Ks. VI, Rozdz. 5)

czwartek, marca 20, 2008

Wiosna w Anglii





Wczoraj wróciłem z Anglii. U nas śnieg, na chwilkę wraca zima, a tymczasem w Albionie wiosna w swej najpierwszej fazie. Żonkile, fiołki, kwiecie na krzewach, napęczniałe pączki. Zapraszam do galerii zdjęć z Ogrodów św. Jakuba w Londynie i w parku przy zamku Leeds w hrabstwie Kent, Ogrodzie Anglii...

Zdjęcia robiłem moim telefonem LG Shine z aparatem Schneider - Kreuznach 2 megapiksele.

Tata


Jutro mija dwadzieścia lat od dnia, gdy odszedł mój Tata... Zabił go rak. 21 marca 1988 r. - miałem wtedy 14 lat - to był najtragiczniejszy dzień mojego życia. Najsmutniejszy. Zmienił mnie bardzo. Musiałem szybko wydorośleć, żeby zastąpić szybko mojego Tatę w wielu domowych obowiązkach.

Miałem najlepszego Tatę pod słońcem. Troskliwego, odpowiedzialnego, wrażliwego, mądrego. Pamiętam, jak w dzieciństwie codziennie przed pracą szedł do sklepu na zakupy, potem przygotowywał śniadanie, budził moją Mamę do pracy i podnosił mnie na barana z łóżka. Potem sadzał przy stole w kuchni i już mogłem pić najlepsze na świecie kakao i najsmaczniejsze bułeczki z dżemem, miodem lub wędliną. Pamiętam jak razem trzymaliśmy sztamę, jak rozmawialiśmy, jak słuchałem opowieści z jego dzieciństwa w Łańcucie lub młodości w Krakowie. Pamiętam razem spędzony czas. I wiem, że bardzo kochał mnie i moją siostrę.

Zdjęcie pochodzi z naszego wyjazdu maluszkiem do Niemiec w 1986 r. To było dla mnie pierwsze spotkanie z Zachodem. Nasze pojazd wzbudzał w RFN wielkie zainteresowanie, ale i sympatię. Były to te jedne z najszczęśliwszych chwil z moim Tatą. Miał na imię Staszek i urodził się w pierwszym dniu 1933 r. (wersja oficjalna), a tak naprawdę w ostatnim dniu 1932.

Śni mi się od czasu do czasu. Przychodzi jakby nigdy nic do domu. Okazuje się, że wcale nie umarł, że to była pomyłka, a on jest zdrowy i uśmiechnięty. Siadamy przy stole i gadamy, wspominamy. Takie mam o nim sny. Lubię je. I wiem, że Tata naprawdę żyje. Modle się, żeby znalazł swoje miejsce u stóp Pana, żeby mój Tata odnalazł dom naszego Ojca w niebie. I ciebie proszę o modlitwę za mojego Tatę, Staszka Derdzińskiego. Pomódlmy się razem...

Wieczny odpoczynek racz mu dać, Panie...

niedziela, marca 16, 2008

Niedziela Palmowa w Brompton Oratory


Tegoroczną Niedzielę Palmową (16 marca) przeżyłem w londyńskim kościele Niepokalanego Serca Maryi, zwanym też Brompton Oratory. Znam ten kościół od kilkunastu lat. Odwiedzam go zawsze, gdy grupa zwiedza pobliskie muzea (Historii Naturalnej, Nauki oraz Wiktorii i Alberta). Ten piękny XIX-wieczny kościół utrzymany w stylu włoskiego neorenesansu, drugi co do wielkości kościół katolicki w Anglii (po Katedrze Westminsterskiej), należy do Kongregacji Londyńskiego Oratorium, czyli do wspólnoty księży, założonej przez kardynała Johna Henry'ego Newmana. W Anglii są jeszcze tylko dwa Oratoria, w Birmingham i w Oksfordzie. J.R.R. Tolkien, mój ulubiony pisarz, którego śladami ruszymy do Anglii w początkach kwietnia, związany był mocno z duchowością księży Oratorian. Ojciec Francis Morgan z Birminghamskiego Oratorium był jego opiekunem, gdy Ronald został sierotą. Gdy na bierzmowaniu przyjął imię Filip, to zrobił to zapewne z pobożności do św. Filipa Neri, XVI-wiecznego założyciela Kongregacji Oratorium. Księża Filipini mają też swoje wspólnoty w Polsce, np. w Tarnowie albo Gostyniu. To chyba najciekawsza strona internetowa polskich Filipinów.

Oratorianie zwracają wielką uwagę na formę liturgii. W ich kościołach Msze odbywają się w rycie nowym (Novus Ordo), jak i w rycie tradycyjnym rzymskim (tzw. "trydenckim"). Londyńskie Oratorium nie ma nawet ołtarza "posoborowego". W trakcie Mszy ksiądz wraz z wiernymi zwrócony jest przodem do tradycyjnego ołtarza (jak mówi się "po nowoczesnemu", jest plecami do wiernych). Zwróciłem na to uwagę podczas liturgii w ostatnią Niedzielę Palmową. Msza o 16.30 odbywała się w języku narodowym. Kościół wypełniony był do ostatniej ławki, ale po angielsku, tzn. w ławkach było luźno. Przy wejściu można było wziąć z koszy palmy - tutaj zebrane razem wysuszone liście palmy albo jakiejś trzciny.

W opisie liturgii, który wziąłem ze stoliczka przy wejściu, czytam te słowa (tłumaczenie moje):

Krew jego na nas i na dzieci nasze. Nic lepiej nie pokazuje zmienności ludzi - zwłaszcza gdy są w tłumie - jak na dzisiejszej liturgii. Nic nie jest bardziej wyraźne i jasne od tego kontrastu między wołaniem Hosanna! i wołaniem Ukrzyżuj go! mniej niż tydzień później. Ta reakcja żydowskiego tłumu - wpierw radosne powitanie, potem zaciekła nienawiść - to coś, co jest znajome każdemu z nas, zwłaszcza gdy popadamy w grzech, szczególnie w grzech śmiertelny. Gdy naprawdę grzeszymy, krzyczymy Ukrzyżuj! a nasza motywacja jest często taka, że Chrystus nie wydaje nam się tym typem Boga, jakim chcielibyśmy Go widzieć. (...) Także my potrafimy nienawidzić Boga, gdy On nie jest Bogiem, jakiego chcemy - takim, który usuwa z naszego świata ból i cierpienie. Oskarżamy Go i nazywamy powodem całego cierpienia. Gdy jednak zaczynamy tak myśleć, powinniśmy się zatrzymać i spojrzeć na Krzyż. I zrozumieć, jak bardzo On nas kochał i zawsze kocha. (...) Zostaliśmy umyci z następstw grzechu przez Krew Baranka.
W czasie modlitwy wiernych modlimy się za królową (w tym miejscu, gdzie jest modlitwa za rządzących). Dziwne uczucie. W kraju, gdzie monarcha jest opiekunem anglikańskiej wspólnoty kościelnej, i gdzie anglikanizm był faworyzowany od XVI w., dziś w kościołach modlą się za królową w większości katolicy. W zeszłym roku praktykujący członkowie Kościoła rzymsko-katolickiego przewyższyli liczbą praktykujących anglikanów. Głównie dzięki emigracji z Polski i innych katolickich krajów Unii Europejskiej do Zjednoczonego Królestwa.

Dnia 5 kwietnia wyrusza z Londyńskiego Oratorium pielgrzymka do sanktuarium maryjnego w Walsingham. Pięknie, bo my, polscy tolkieniści, tego samego dnia ruszamy na naszą "pielgrzymkę" śladami Tolkiena w Anglii...

wtorek, marca 11, 2008

Pieröna!


Jeszcze dziś wśród starszego pokolenia na Śląsku można usłyszeć rubaszne i wcale nie groźne, a już na pewno nie wulgarne: pieröna! Mój dziadek mówił jeszcze inaczej: jeröna kandego! Toż ci musiało być kiedyś dosadne przekleństwo! Dziś na śląskiej ulicy wypiera je polskie ku...! Szkoda tych prawdawnych wyrazów zdenerwowania. Lingwistyka mówi, że są to często prawdziwe skamieliny językowe (najmniej zmieniają się określenia najczęściej używane).

Skąd wziął się ten śląski "wulgaryzm" (ale mi wulgaryzm w porównaniu z dzisiejszymi...)? Moim zdaniem może on być związany z przedchrześcijańskimi wierzeniami przodków dzisiejszych Górnoślązaków. Podobnie jak w Skandynawii, gdzie do niedawna 'do diabła' brzmiało til Óðin (dosł. 'do Odyna'), a w Hiszpanii zawołanie Ole! etymologicznie wywodzi się od zawołania Allah! (do XV w. większa część Hiszpanii była pod mauretańskim jarzmem), tak na schrystianizowanym pograniczu śląsko-małopolskim imię dawnego naczelnego bóstwa mogło przetrwać w takim właśnie wyrazie zdenerwowania. A zatem śląskie pierönie = do diabła? Semantycznie zapewne tak, etymologicznie zaś brzmi jak inwokacja do głównego bóstwa na naszym terenie w czasach związków plemiennych - nosiło oni imię *Perunъ 'Ten, co uderza' (wg książki A. Kowalika Kosmologia dawnych Słowian).

Mówiąc o etymologii zwrotu pieröna, pierönie (od niego czasownik pierönić, pierönować 'kląć, używając wyrazu pieröna', np. Pierönowaú wiela wlyzie na tych lömpów) musimy wpierw przypomnieć, że teren wschodniej części Górnego Śląska, czyli to, co w powszechnej polskiej opinii jest Śląskiem właśnie, a zatem ziemia bytomska z takimi ważnymi dla śląskiej tożsamości ośrodkami jak Katowice, Zabrze, Bytom, Siemianowice, Świętochłowice, to dawna ziemia związku plemiennego Wiślan (czyli ziemia "małopolska"). Dopiero od 1179 roku dzięki darowiźnie seniora, księcia krakowskiego Kazimierza II Sprawiedliwego władca opolsko-raciborski, Mieszko Plątonogi (łac. Mesco Loripes, władca "górnośląski"; łac. loripes to 'mający zdeformowaną stopę') objął w posiadanie te wschodnie ziemie. Aż do XIX w. wschodni Górny Śląsk należał do diecezji... krakowskiej, co potwierdza jego małopolską genezę. Co z tego wynika? Na terenie dawnej kasztelanii bytomskiej (a także innych darowanych Plątonogiemu: oświęcimskiej, siewierskiej i chrzanowskiej) rozciągał się zapewne w okresie przedpaństwowym silny związek plemienny Wiślan, wzmiankowany w źródłach starocerkiewnosłowiańskich, staroangielskich i bawarskich.

Jesteśmy zatem na obszarze kraju, który nazywał się zapewne *Vislje 'Wiśle', czyli 'leżący nad Wisłą' albo *Visle '*Wiśli/Wiślanie' (jak Niemce 'Niemcy'), czyli 'należący do Wiślan' (przypomina mi się tu rozważany przez J. Fisiaka przy okazji tłumaczenia poematu Widsith staroangielski termin Wisle, Wistle 'Wiślanie - w odniesieniu do Gotów nadwiślańskich i Słowian nadwiślańskich'). Nazwę tę moim zdaniem potwierdza zabytek starocerkiewnosłowiański, jakim jest Żywot św. Metodego, gdzie mamy vъ Vislъ lub vъ Vislъchь, co T. Lehr-Spławiński przełożył jako 'na Wiśle', ale moim zdaniem poprawniej jest 'w Wiślu' lub 'w Wiślech' (por. w Niemczech, we Włoszech - od nazw ludów, a nie od nazwy miejscowej). A jeżeli jesteśmy na terenie Wiśla (dziś powiedzielibyśmy Powiśla) lub we Wiślech, to warto wiedzieć, że u tego "zapomnianego narodu Europy" (jak nazywa go Jerzy Strzelczyk w ciekawej książce Zapomniane narody Europy i wymienia obok Wenetów, Swebów, Piktów, Longobardów, Chazarów, Obodrzyców i Jaćwięgów) rozwinięty był zapewne w szczególny sposób kult boga grzmotu Peruna i jego małżonki Peryni. Świadczą o tym świadectwa językowe, np. powszechna tylko w Małopolsce nazwa miejscowa Przeginia. Przeginie małopolskie mają charakterystyczną cechę - są to niedostępne miejsca, głębokie doliny, wąwozy (Zbigniew Babik, Najstarsza warstwa nazewnicza na ziemiach polskich, str. 510) oraz pobliskie wzniesienia. Według Artura Kowalika są to nazwy kultowe związane z trzebiszczem (miejscem ofiarnym) ku czci Peruna i Peryni, gdzie sama przyroda miała sugerować zespolenie się gromowładnego z boginią płodności. Teofanią tych bóstw miałyby być pioruny uderzające w skaliste wzniesienie otoczone wodą. W dawnych Przeginiach Wiślanie odtwarzali być może akt stworzenia Pierwszej Ziemi, której uosobieniem miałaby być Peryń. Perun to 'ten, który uderza', a Peryń to 'ta, która jest uderzana' według Kowalika (patrz Kosmologia dawnych Słowian, str. 206-207).


Powroźnikowa Góra z podkrakowskiej Przegini (źródło)

Ciekawe czy rzeczywiście wschodnio-śląski pierön i małopolska Przeginia mają coś wspólnego z pogańskim bogiem Perunem i jego małżonką Perynią?

England, my Lionheart


Schronisko młodzieżowe w Brighton; brytyjski park

Choć obejrzałem niedawno (nawet dwa razy) wspaniały film z Melem Gibsonem pt. Patriota, gdzie Anglicy są pokazani jako w większości tępe, krwawe bestie (podobnie jak w innym wybitnym filmie tego reżysera i aktora - w Braveheart), ja kocham Anglię z jej mieszkańcami. Jadę tam dziś po raz chyba sześćdziesiąty z kolei, wyruszam dziś po południu. Już się cieszę na wiosenną zieleń angielskich łagodnych pagórków, na jej kwiaty, które zakwitają w Anglii wcześniej niż w Polsce, na jej zabytki - kamienie wołające: Oh, England, my Lionheart! (jedna z moich ulubionych piosenek Kate Bush)... Tym razem zaczynamy w Dover, a w kolejne dni zwiedzamy Londyn, Zamek Leeds oraz Rochester, Oksford, Windsor oraz Canterbury. W sumie osiem dni. Wycieczka z jednym z warszawskich liceów. Organizatorem jest moje biuro podróży. A przy okazji będzie można zamknąć kilka ważnych spraw związanych z kwietniowym wyjazdem śladami Tolkiena, np. odebrać bilety na musical... Żeby tylko pogoda dała żyć. W Anglii są teraz potężne wichury. Wiele parków i zabytków zamknięto w dniu dzisiejszym. Jest szansa, że jak dojedziemy, wszystko się uspokoi, a zła pogoda zawędruje niestety do... Polski. See you!


Głaz w Stonehenge

poniedziałek, marca 10, 2008

Wojna mojego dziadka

Inaczej niż obecny premier naszego kraju, znam losy wojenne swojego dziadka. I nie wstydzę się swojej rodzinnej historii. Losy Ślązaków w czasie II wojny światowej to jeden z tragicznych elementów naszej lokalnej historii. Niemcy potrzebowali Ślązaków aby potwierdzić swoje historyczne prawa do naszych ziemi, do pracy w śląskim przemyśle, a przede wszystkim jako tzw. "mięso armatnie" w czasie działań wojennych. Dlatego z góry narzucili Ślązakom przynależność do tzw. Volksliste (można o niej poczytać np. tutaj), czyli narodowej listy obywateli Rzeszy. Gdy w innych częściach dzisiejszej Polski tzw. folksdojczem zostawało się z własnej woli, Ślązacy (podobnie jak na przykład Kaszubi) byli do bycia folksdojczami przymuszeni. Narzucono też naszym dziadkom obowiązek udowodnienia, że się na takie "wyróżnienie" zasłużyło. W tym celu moja prababcia Magdalena, jak tysiące innych Ślązaków w tamtym mrocznym czasie, wertowała księgi parafialne w Bogucicach, Roździeniu, Mysłowicach, Bieruniu, żeby potwierdzić, że jest Arisch i że rodzina pochodzi z tej ziemi. Jej notatki z początku wojny są dziś dla nas, młodszego pokolenia, bezcennym źródłem genealogicznym.


Dziadek po prawej i jego brat (9 stycznia 1942)

Mój dziadek, Jorg, jak go nazywano w domu (mnie moja śląska rodzina nazywa Richat), czyli po polsku Jerzy, a po niemiecku Georg urodził się w 1915 r. w patriotycznej śląskiej, polskiej rodzinie. Jego ojciec, mój pradziadek Rudolf, ojciec czterech synów i czterech córek, hajer (górnik dołowy) na kopalni w Mysłowicach, walczył o Polskę w I i III powstaniu śląskim. Za to w czasie II wojny uznany był za bandytę i jego życie wisiało na włosku, a jego synowie zostali silą wcieleni do wojska. Mój dziadek walczył w latach 1941-1945 w niemieckiej marynarce wojennej, czyli w Kriegsmarine. Na podstawie zachowanych dość licznych zdjęć, pocztówek, opisu służby wojskowej w książeczce wojskowej dziadka Jerzyka i jego barwnych opowieści udało mi się odtworzyć w zarysie przebieg jego służby wojskowej. Oto zatem wojenne losy starszego marynarza, Georga Viktora Wolffa.

W letni dzień 6 sierpnia 1939 r. Jerzyk żeni się z Milką (czyli moją babcią Emilią, z d. Wowro). Ślub odbywa się w kościele parafialnym św. Marii Magdaleny w Szopienicach. Oboje pochodzą z Szopienic właśnie. Niezwykłe jest to, że brat Jerzyka ożeni się z siostrą Milki. Tragiczne jest to, że za kilka tygodni wybuchnie wojna. Gdy Szopienice jako Schoppienitz zostają wcielone do Rzeszy Niemieckiej w 1939 r. dziadek, wówczas 24-letni młody małżonek, nie może znaleźć pracy w swoim zawodzie księgowego. Zapewne przeszłość jego ojca, powstańca przeciw Niemcom i powszechnie znana prawda, że Wolfowie to "Polaczki", przeszkadza ułożyć sobie jakoś życie. Pracuje fizycznie w hucie w Szopienicach, a od kwietnia 1940 do kwietnia 1941 na dworcu towarowym w Sosnowcu (wcielonym do Rzeszy jako Sosnowietz O/S). 11 kwietnia rozpoczyna się proces rekrutacyjny do armii okupacyjnej. Legenda rodzinna mówi, że niesforni, niechętni do zgłaszania się do komisji wojskowej chłopcy (dziadek miał trzech braci) zostali zabrani przez Gestapo na publiczną egzekucję polskich AK-owców na Wilhelminie w Szopienicach. Dziadek musiał patrzeć na tę zbrodnię w pierwszym rzędzie - to ostrzeżenie, co czeka jego rodzinę, gdy nie podporządkuje się przepisom okupacyjnym. Tymczasem w maju przychodzi na świat pierwsze dziecko Jerzyka i Milki - Basia. W końcu 28 kwietnia 1941 r. mój dziadek zostaje powołany do armii niemieckiej.
W pierwszych dniach maja przydzielono do do Kriegsmarine, do artylerii przeciwlotniczej na okręcie (niestety nie znam jego nazwy) na stanowisku działonowego. Wysłany zostaje do Varrelbusch w północno-zachodnich Niemczech na szkolenie. W czerwcu 1941 przydzielają dziadka na stanowisko celowniczego do obsługi działa przeciwlotniczego. W drugiej połowie 1941 dostaje przepustkę do Szopienic, ale tego samego roku wysłany zostaje do Norwegii. W lutym 1942 r. przebywa w Gudvangen (w Nærøyfjord), w marcu w Trondheim. Zimą 1943/44 jest znowu na urlopie w Szopienicach. W kwietniu przesyła pocztówkę z Warnemünde w Niemczech, a w czerwcu z niemieckiego Langeoog. Potem jego oddziały stacjonują w Hamburgu i Bremen. Dnia 20 października jest znowu na przepustce w Szopienicach. W listopadzie zaś posyła kartkę z Minnian-Plage w okupowanej Francji. W grudniu 1943 kończy jakiś kurs w Trewirze, a w czerwcu 1944 r. przebywa w Lubece. Wypływa do Gdańska, gdzie spotka się z żoną i córeczką. Milka jest w ciąży - we wrześniu urodzi drugą córeczkę, czyli moją mamę. Wiem jeszcze, że 3 września dziadek przebywał w Bremen. A potem wieści się urywają. 25 kwietnia 1945 r. dziadek dostaje się do brytyjskiej niewoli. Z obozu jenieckiego dostaje się do obozu cywilnego w Lubece. Cierpi na chorobę, którą nazywa w opowieściach "febrą". W grudniu 1945 ciężko chory dostaje się transportem do Gdyni. Tam otrzymuje bilet do Szopienic. Zachował się jako jedna z kilku wojennych pamiątek. Zachowała się też legitymacja legitymacja dziadka ze Związku Polaków Na Miasto Lubekę. Faktem jest, że dziadek bardzo słabo znał z początku niemiecki. Gdy pisał pierwsze kartki, a mógł je pisać tylko po niemiecku, przechodziły przecież przez wojskową cenzurę, pisał tylko kilka słów. Potem jego umiejętności językowe znacznie się poprawiły. Ale zawsze czuł się Polakiem. Gdy upadł Hitler i nastała dla dziadka niewola, zaraz zgłosił do Związku Polaków, gdzie uznano jego starania. I w końcu schorowany wrócił do Polski. W Szopienicach czekała żona i dwie córeczki...

Z opowieści wojennych dziadka pamiętam historię z Bergen, gdy norweski ruch oporu wysadził w powietrze port z zaokrętowanymi jednostkami niemieckimi. Był to zapewne atak z 4 kwietnia 1944 r., w którym zniszczeniom uległo zabytkowe nabrzeże Bergen i zginęło 150 os. (więcej tutaj). Dziadek opowiadał, że siedział właśnie w toalecie i w momencie wybuchu wyleciał z drzwiczkami na zewnątrz. Jego opowieści z wojny były zawsze okraszone humorystycznymi komentarzami... Jerzyk był zakochany w Norwegii i z pasją opowiadał o tym przepięknym kraju. Przywiózł też z wojny wspaniały album z czarno-białymi fotografiami, pt. Norge i bilder ('Norwegia w obrazach', Oslo 1941), który jest w mojej kolekcji książek prawdziwą relikwią. Dziadek zaszczepił mi miłość do Północy, która zaowocowała licznymi odwiedzinami w Norwegii i w innych krajach Skandynawii.

List w obronie dzieciństwa

List otwarty do Pani Katarzyny Hall,
Minister Edukacji Narodowej w rządzie Donalda Tuska

Na posiedzeniu Rady Ministrów 15 stycznia 2008 roku zapowiedziała Pani, że do kwietnia br. kierowany przez Panią resort przedstawi założenia do projektu nowelizacji ustawy o systemie oświaty, który pozwoli na obniżenie o rok wieku szkolnego. Według resortu i Pani Minister za przymusowym poborem pięciolatków do przedszkoli, a sześciolatków do szkół przemawiają następujące przesłanki: "wyrównywanie szans edukacyjnych, podnoszenie jakości edukacji, upowszechnienie edukacji przedszkolnej, dostosowanie wieku rozpoczęcia obowiązku szkolnego do standardu obowiązującego w większości krajów europejskich, wykorzystanie sprzyjającej sytuacji demograficznej. Przez kilkanaście lat będzie funkcjonować w systemie edukacji jeden rocznik dzieci więcej, co przełoży się na więcej miejsc pracy dla nauczycieli".
W związku z tak daleko idącymi propozycjami zmian w tak ważnej sprawie jak przyszłość edukacyjna najmłodszego pokolenia Polaków, domagamy się rozpoczęcia publicznej debaty na ten temat z udziałem przede wszystkim rodziców, którzy poniosą największe koszty ewentualnych zmian. Chcemy poznać prawdziwe przyczyny rozpoczęcia prac nad zmianami i nie przyjmujemy za wystarczające ogólnych wyjaśnień w postaci sloganów typu "upowszechnienia edukacji przedszkolnej", czy rzekomych "standardów europejskich", gdyż przyszłość naszych dzieci wymaga podania choćby jednego poważnego argumentu na rzecz odebrania o rok wcześniej dzieci z domowego ogniska.
Domagamy się od Pani Minister Hall wyjaśnień, dlaczego podejmuje inicjatywę, która bezpośrednio uderza w prawa rodziców, i która odbiera im możliwość samodzielnego zdecydowania, kiedy dziecko rozpocznie edukację. Pomysł odgórnego decydowania o momencie startu edukacji naszych dzieci jest niebezpiecznym precedensem na przyszłość. Dziś bowiem Ministerstwo chce obniżyć wiek szkolny tylko o rok, ale kolejny minister może przecież obniżyć wiek szkolny o kolejny rok, albo nawet dwa. Nie ma na to naszej zgody i żądamy wycofania się z przedstawionych propozycji. Dzieci nie są własnością tego lub innego Ministra Edukacji. Odpowiedzialni za nie są rodzice i to oni powinni decydować kiedy ich dziecko powinno rozpocząć
naukę.
Uważamy równocześnie za wysoce niemoralne wykorzystywanie dzieci i ich dzieciństwa do zapewnienia miejsc pracy nauczycielom, o którym mówiła Pani Minister podczas posiedzenia Rady Ministrów. Nie ma rodzicielskiej zgody na wykorzystywanie naszych największych skarbów w wewnętrznych rozgrywkach Ministerstwa Edukacji ze środowiskiem nauczycielskim i nie godzimy się na to, żeby najmłodsze dzieci były kartą przetargową w tym konflikcie.
Jednocześnie wzywamy Panią Minister do rozpoczęcia prac nad ustawą, która znosiłaby przymus szkolny, który traktuje nasze dzieci niczym roczniki poborowe do wojska. Jako rodzice chcemy mieć prawo do decydowania w jakim wieku nasze dziecko rozpocznie edukację i na jakim poziomie. Pomysły Pani Minister Hall uderzają w nasze fundamentalne prawa i nie ma naszej zgody na tego typu działania.
Jeżeli chcesz poprzeć list, wejdź tutaj i złóż swoj podpis. Za informację dziękuję Asi.

niedziela, marca 09, 2008

Terra Sancta, cz. 2

Kolejna porcja mojej relacji. Przepraszam, że niekiedy jest tak krótko i lakonicznie. Pisałem naprawdę na kolanie, na maleńkiej klawiaturce mojego smartphonu, do tego ograniczony czasem, bo przecież byłem w pracy. Ale mam nadzieję, że moich czytelników zadowoli choćby ta krótka relacja i garść refleksji...

Dzień 3
Sobota, 2 lutego 2008

Nowoczesna bazylika Zwiastowania w Nazarecie; współczesna rzeźba przed bazyliką

Dzień trudny ale bardzo piekny. Trudny, bo i zmeczenie, i nieporozumienie dotyczace zbiorki pieniedzy na wstepy. Piekny, bo podrozowalismy sladami Wcielenia, Przemienienia i pierwszego cudu Pana Jezusa. Po mozolnym budzeniu sie z krotkiego, 3-godzinnego snu, po sniadaniu udalismy sie do Bazyliki Zwiastowania w Nazarecie. Tam po wprowadzeniu w tematyke nazarejska, ktorej dokonal przewodnik, ks. Adam, zaczela sie nasza piekna Msza sw. u wejscia do groty, ktora stala sie 2 tys. lat temu mieszkaniem Miriam, czyli Bogurodzicy. Relikwia jej mieszkania znajduje sie wewnatrz pieknej, nowoczesnej bazyliki. Potem odwiedzilismy kosciol na miejscu domu sw. Jozefa. Romanska swiatynia kryje w swoim wnetrzu antyczne pozotalosci domu meza Maryi. Przekonalismy sie, ze sw. Jozef do narzeczonej nie miał daleko - tylko minute drogi. W koncu nawiedzilismy w Nazarecie tzw. Studnie Maryi - relikt z czasow ewangelicznych wewnatrz pieknej prawoslawnej cerkwi. Moglismy sie napic swietej wody z blogoslawionej studni, do której chodziła ponoć sama Bogurodzica po wodę.

W bazylice skarb - grota, w której było domostwo Maryi (ściany domu są dziś z Loretto we Włoszech); widok na zieloną dolinę galilejską ze szczytu Góry Tabor

Potem nasz kierowca, Maurice, zabral nas autokarem na posilek do przydroznej restauracji przy zydowskim kibucu (doskonale salatki). W końcu dojechalismy pod Gore Tabor w zielonej o tej porze roku Galilei. Na szczyt swietej gory dotarlismy kreta droga czterema taksowkami. Tajemnice Przemienienia przezywalismy w katolickim kosciolku nad biala skala, ktora była swiadkiem Jezusowego cudu. Modlitwa, czytanie Ewangelii, zaduma. Potem ogladanie niezwyklych widokow. Wokół gory, zielona dolina ogladana z wielkiej wysokosci, na jej dnie okragle zielone pola nawadniane przez pracownikow kibucow. Zjazd karkolomna droga i w koncu przejazd do Kany Galilejskiej blisko Nazaretu. W Kanie piekne przezycie. Odnowienie slubow naszych pielgrzymkowych par malzenskich. Ksiadz Jan poblogoslawil, kustosz sanktuarium wydal naszym malzonkom drukowane swiadectwa odnowienia malzenskiej przysiegi. Pamiatkowe fotografie, a potem odwiedziny w sklepie z winem z Kany, z pamiatkami. Wrocilismy do hotelu o 17.30. O 18.00 zaczela sie kolacja: skromna ale pozywna. Na stol wniesiono zupe z soczewicy, kilka salatek, ryz i baranine. Na deser banany i wino ufundowane przez wlasciciela hotelu. Potem, o 19.00 ksiadz Jan zaprosil nas na wspolna modlitwe brewiarzowa i podsumowanie dnia. Kaplan-organizator przypomnial wszystkie swiete miejsca odwiedzone przez nas dzisiaj, znaczenie ewangelicznych zdarzen, których te miejsca były swiadkami oraz nasze przezycia z trzeciego dnia pielgrzymki. W końcu udalismy sie na spoczynek, bo jutro w zwiazku z bogatym programem wstajemy o godzinie 6.00 rano!

Kościół Przemienienia na Górze Tabor; zielona droga na Górę Tabor

Kana Galilejska tuż obok Nazaretu: kościół Cudu w Kanie oraz stągwie na wino z czasów Pana Jezusa

I jeszcze jedno. Ludzie są tu wyjatkowej urody - zwlaszcza mlode kobiety. Palestynki o regularnych rysach, ksztaltnych glowach, pieknych oczach, zmyslowych ustach i kuszacych ksztaltach... Gdyby nie gloszace wstrzemiezliwosc religie Ksiegi, ludzie tutaj mieliby chyba szczegolna sklonnosc ku uciechom ciala. Tak było pewnie w czasach Sodomy i Gomory, w epoce kultu Bogini i rozpasanych bozkow. Piekna ziemia, piekni ludzie i ich kultura, ktora poprzez ograniczenia ksztaltuje ich charakter - uszlachetnia go. Dla przybysza z zachodniego swiata powszechnej golizny i rozpasania Ziemia Swieta jest istotna odmiana.

Palestyńczycy: kierowca Maurice z synkiem Pascuale oraz dziewczynka sprzedająca pocztówki w Kanie

Ach, zapomnialbym... Po arabsku 'Czesc' to Marhaba, 'Dziekuje' to Shukran, a 'Prosze' to Afuan.

Dzień 4
Niedziela, 3 lutego 2008

Pobudka o 6.00. Wczesnie ale jasne niebo już rozswietlone promieniami przebudzonego niedawno slonca. Sniadanie o 7.00, a o 7.30 wyjazd (tak wedlug planu - w rzeczywistosci opoznil sie o kwadrans). Dzis bogaty program. Zaczynamy od swietej Gory Karmel. Modlitwa w autobusie, za oknami zielen wiosennej Galilei. Niebo bezchmurne, lekka mgla. Ksiadz Adam, nasz przewodnik, opowiada o warunkach fizjograficznych Izraela. Dowiadujemy sie o klimacie Ziemi Swietej, o zyznosci lub jalowosci roznych regionow tej krainy, o trzykrotnych w ciagu roku zbiorach plonow na galilejskich uprawach, o kapilarnym sposobie podlewania pol. Ogladamy przez okna sady pomaranczowe i cytrynowe. Hoduje sie tu owoc pomelo (mutacje grejfruta), plantacje bananow, daktyli, awokado, oliwki, orzeszki ziemne ale tez jablka golanskie, gruszki... Izrael jest zywnosciowo samowystarczalny. Rolnictwo rozwija sie szczególnie w socjalistycznych kibucach - spoldzielniach rolnych. A jakie hodowle? W zwiazku z prawami religijnymi nie hoduje sie swin (ponoc tylko jeden kibuc specjalizuje sie w produkcji wieprzowiny). Za to powszechne są tu hodowle bydla, owiec. Są wielblady, osly i inne zwierzeta typowe dla tej szerokosci geograficznej. Lasy zajmuja tylko 6% powierzchni. To glownie lasy sosnowe.

Hajfa z wysokości Góry Karmel; wnętrze karmelitańskiego kościoła Stella Maris

Świątynia bahaistów w Hajfie

Rolnictwo dostarcza jednak tylko 3% PKB. Glownym zrodlem dochodu są uslugi, szczególnie w sektorze turystycznym. Ksiadz opowiada tez o przemysle wojskowym.

Refleksja na temat moich turystow. Po raz trzeci mam okazje sluzyc swoja praca polskim emigrantom. Emigracja to trudne doswiadczenie i chyba odbija sie ono na ludzkich postawach. Cicha wiekszosc to przemili ludzie. W czasie takiej pielgrzymki, wsrod takich trudow (gorsze niż w Europie hotele, wczesne budzenie, inna kuchnia) wychodza wszystkie lepsze i gorsze strony ludzkich charakterow. Jest wieksza niż zazwyczaj grupa malkontentow. Niestety ci ludzie są najglosniejsi i najbardziej widoczni. Szkoda, ze w miejsce radosci z pobytu na ziemi, po ktorej kroczyl nasz Pan, wybieraja konfrontacje, snucie teorii spiskowych (np. na temat ilosci ludzi, którzy jada na pielgrzymke na ich koszt), narzekania mniej lub bardziej sluszne (słuszne dotyczą np. usterek w hotelu). Szkoda mi tych ludzi. Nie zaczerpna oni w pelni z bogactw pielgrzymowania. Do tego pojawia sie niestety cos, co czasami slyszalem od emigrantow: zlosliwosci wobec Polski, podle slowa o polnische Wirtschaft... Wybierasz tanie polskie biuro podrozy? Jeżeli masz uprzedzenia jedz z niemieckim. Będzie drozej, ale być może trudniej będzie sie zawiesc? Masz pretensje do polskiego biura? Nie uogolniaj na cala Polske. Poszukaj zrodla problemu bez zlosliwosci. Jak widać, praca przewodnika to nie tylko sam miód...

Dojezdzamy do milionowej Hajfy. Kierujemy sie do Karmelu. Ks. Adam opowiada dzieje Eliasza. Hajfa z okien autokaru jawi sie jak zatloczone miasto na wzgorzach: wysokie bloki mieszkalne, gesta zabudowa, domy w kolorze okolicznych skal, kamieni, piasku. Duzy ruch na ulicach (dzis niedziela - w zydowskim Izraelu Dzień pracy po wolnej sobocie-szabasie). Z przerazeniem patrzymy na ewolucje drogowe kierowcy-pirata. Wjezdzamy do starej Hajfy, ale już obok niskiej zabudowy pojawiaja sie nowoczesne biurowce. Przewodnik opowiada o nastepcach Eliasza - eremitach i zakonnikach, karmelitanach. Dowiadujemy sie o tytule Maryi - Stella Maris 'Gwiazda Morza', o szkaplerzu, o etymologii nazwy Karmel 'Winnica Boza'. Ksiadz wprowadza nas w tematyke karmelitanskiego klasztoru Stella Maris. Pielgrzymi intonuja piesn "Kimze jest ten czlowiek, ktory przychodzi z Galilei?". Mijamy kolonie niemieckich Templarow (osadników protestanckich), przed nami swiatynia bahaistow. W Hajfie jest ich swiatowe centrum. Piekna rotunda z kopula malowniczo polozona na wzgorzu. Wspinamy sie na gore Karmel. Spiew pielgrzymow, w dole widok Morza Srodziemnego. Port, plaze, dachy domow.

Odwiedzamy kosciol Stella Maris, ktory w swoim zabytkowym wnetrzu kryje Grote Eliasza. Zaczyna sie msza po filipinsku. Muzyka gitary, spiew, blask swiec, prostota karmelitanska. Potem odwiedziny w punkcie widokowym kolo Obserwatorium Sw. Franciszka. Tam ksiadz Jan czyta fragmenty Pisma o Eliaszu i jego czynach na Karmelu.

Po odwiedzinach w ogrodach Swiatyni Bahaizmu (szczegolowa kontrola, niezwykle widoki) ruszamy dalej. Rozaniec spiewany w autokarze. Zadziwia bujna przyroda. Wzgorza na poludnie od Hajfy porosniete są gestym lasem. Zielen w blasku slonca. Ciepelko od szyby autokaru. Jedziemy wglab Galilei, w kierunku Jeziora Genezaret, ku ojczyznie Apostolow. Krajobraz sie zmienia. Lagodne wzgorza, skaly, drzewka oliwne w rownych rzedach, rzadkie osiedla. Modlitwa plynie, serce sie uspokaja, intencje dotycza pokoju w naszej grupie. Po rozancu Litania do Matki Bozej. Drogi w Izraelu są bardzo dobre. Kraj wyglada na zasobny. Dobre samochody. Z wyjatkami kierowcy jezdza dobrze. Nasz Maurice jest znakomitym szoferem. Duze odleglosci mijamy w sprawnym tempie. Doliny Galilei przyciagaja zielenia. Widac jednak skaliste, pozbawione wody szczyty gor. Woda w Izraelu to zawsze była sprawa problematyczna. Zielen to pozory. Systemy irydacyjne i nawadniajace wspomagaja te pragnaca zawsze wody ziemie. Droga mija z piesnia na ustach. Zwracamy uwage na militarna mobilizacje obywateli. Chlopcy i dziewczeta w mundurach izraelskiej armii. Patrole policji. Zolnierze, urzednicy graniczni, policja - obie plcie, bardzo mlody wiek. Wedrujemy sladami Pana Jezusa i jego Apostolow. Odwiedzamy przede wszystkim miejsca katolickie. Ale na pewno ciekawa by była pielgrzymka drogami prawoslawnymi. Chciałbym tez poznac Ziemie Swieta oczami zyda lub muzulmanina. Na zwiedzanie tego niewielkiego kraju można by było przeznaczyc zycie...

Krajobraz sie zmienia. Wielkie doliny, falujace wzgorza. Przed nami Jezioro Genezaret. Jego ksztalt kojarzy sie z harfa. Stad hebrajska nazwa. Ten znany z Ewangelii akwen ma 23 km dlugosci i lezy w depresji. Nazywano go tez Morzem, Morzem Tyberiadzkim.

Przejezdzamy przez Migdal. Stad pochodzila Maria Magdalena. Hebr. migdal to 'wieza'. Chodzi zapewne o murowana konstrukcje do wedzenia ryb.

Plantacje bananow. Smaczne owoce rosna w workach zawieszonych na bananowcach. Skaliste wzgorza. Widoki w poludniowej mgielce. Przed nami Wzgorze Blogoslawienstw, gdzie będzie nasza msza niedzielna. Jezioro pieknie odbija sloneczny blask. Tabgha - parkujemy i idziemy do kosciolka Prymatu sw. Piotra. Tam wsrod wielu innych grup dochodzimy do miejsca, w którym Pan powolal pierwszych Apostolow. Spotykam grupe z mojej rodzimej Diecezji Sosnowieckiej. Podbiega pani Irena, nasza wieloletnia siostra pielgrzymkowa z Duszpasterstwa Akademickiego. Trzeba pojechac do Ziemi Swietej, żeby znowu sie spotkac?

Tabga to nazwa pochodzaca od formy greckiej, ktora oznaczala 'Siedem Zrodel'. Miejsce jest obowiazkowym punktem podczas papieskich wizyt. Są akcenty polskie: mozaika z postacia Jana Pawla II oraz drzwi do kosciola ufundowane przez Bractwo Kurkowe z Krakowa.


Wnętrze kościółka Prymatu św. Piotra z kamieniami tzw. Mensa Christi ('Stół Chrystusa); rybak na jeziorze Genezaret

Widok jeziora Genezaret z miejsca, w którym Pan powołał św. Piotra (widać kłębowisko ryb); franciszkanin Gerard

Stoimy w polowej kaplicy pod zadaszeniem. Nasi kaplani czytaja Slowo Boze zwiazane z tym miejscem. Idziemy do kosciola i na brzeg jeziora. Spotkanie z przesympatycznym franciszkaninem Gerardem. Obserowanie lawicy ryb i rybaka samotnie lowiacego z prostej lodzi. W kosciele tzw. Stol Panski, czyli miejsce na którym Pan blogoslawil i dzielil chleb podczas pierwszego spotkania z Apostolami. Jedziemy do Kafarnaum.

Wsrod antycznych pozostalosci osady, w ktorej mieszkal Kefas i jego rybacy docieramy do kosciola nad resztkami domu Piotra. Potem odwiedzamy dobrze zachowane ruiny kafarnaumskiej synagogi. W niej nauczal Pan Jezus. Tam tez nasi kaplani czytaja na glos wlasciwy fragment Ewangelii. Potem ruszamy do restauracji na tzw. rybe sw. Piotra. Ladny lokal, palestynska muzyka, mila obsluga. Oczywiście musza być problemy... Czesc ludzi chce tylko kawe. Kelnerzy namawiaja na rybe, kreca nosami. Male zamieszanie. Nasz kierowca zaprasza mnie i ksiedza do oddzielnego stolika. Czuje spiekote na twarzy. Slonce chyba zlapalo dzisiaj wszystkich.


Wnętrze kościoła nad domem św. Piotra; ruiny synagogi w Kafarnaum; piękna scena Ukrzyżowania w kościele św. Piotra

Wyjasnia sie powoli sprawa nieporozumien finansowych. Biore na siebie kwestie napiwkow dla kierowcy, przewodnika i pracownikow hotelu. Ludzie chyba przyjeli to z ulga. Nie jestesmy przyzwyczajeni, ze pod koniec dnia wypada zostawic euro lub dwa tym, którzy sluzyli nam swoja uprzejmoscia.

Ryba wspaniala. Lagodny smak, mnostwo zdrowego rybiego tluszczu. Do tego uraczono nas kilkunastoma talerzykami z typowymi arabskimi przystawkami: salatkami, pomidorami, bardzo ostrymi zielonymi paprykami, owocami morza, oliwkami, sosami, kuskusem. Niespodziewane smaki. Ostre potrawy maja tu opinie leczniczych. Maurice tlumaczy nam, ze papryka zabija bakterie i wirusy. Na koniec pyszna kawa i swieze daktyle. Pychota. Z pelnymi brzuszkami ruszamy do autokaru.

Ryba św. Piotra i arabskie smakołyki

Choc jestesmy tu już kilka dni, wciaz nie dociera do mnie, ze oto spelnia sie marzenie mojego zycia. Przyjmuje wszystko intelektualnie, jednak nie potrafie sie zaangazowac uczuciowo. Teraz tu, na Gorze Blogoslawienstw, zaczynam powoli odczuwac te rzeczywistosc - te Rzeczywistosc. Odczuwac. "Czy potrafie cieszyc sie z tego, co jest trudne?" - pyta ksiadz Jan w swoim kazaniu. Trzeba szukac sensu w tym stanie ducha, z jakim tu przyjechalem. Trzezwy umysl, malo uczuc. Może to ma sens. Homilia biegnie dalej... Ksiadz zaprasza nas do gry wyobrazni. Ten sam widok z Gory Blogoslawienstw widzial Pan i jego sluchacze... Umieranie starego czlowieka, czyli pokonywanie wlasnej pychy, egoizmu, namietnosci, to proces bolesny - mowi ksiadz. Musi on mieć w perspektywie Boga. Wtedy ma sens. Tylko wtedy jest to umieranie droga do Boga.



Widok z Góry Błogosławieństw na Jezioro Genezaret; kościół na Górze Błogosławieństw

Ruszamy do przystani nad Jeziorem Genezaret. Ma tam czekac na nas lodz, ktora zabierze nas w 45-minutowy rejs. Celem jest Tyberiada. Niestety lodz sie spoznia. Ale jest dobrze. Czekamy na molo przystani. Niskie slonce rozsyla czarodziejski blask. W tym wieczornym swietle jezioro wyglada przepieknie. Spokojne wody, rybitwy pikujace z impetem w jeziorna ton, lagodne wzgorza wokół w delikatnej mgielce. Wszystko w barwach zieleni, modrosci, blekitu... Jakby rozmazane umaczanym w wodzie pedzlem.

Slonce barwi swiat cieplym pomaranczem. Na brzegu towarzyszy nam wesoly piesek. Wzbudzamy zainteresowanie kota. Pies i kot to w konsekwencji miedzygatunkowy konflikt. Z ubawieniem obserwujemy zaczajone na siebie zwierzeta.

Na niebie coraz wiecej rozu. My czekamy wciaz na lodz. Okazalo sie ze poprzednia grupa sie spoznila i przyplyna po nas z wiekszym opoznieniem. Ech, to w koncu Bliski Wschod a nie Szwajcaria.


Przystań nad Jeziorem Genezaret; Genezaret po zachodzie słońca; nasza barka

Godzina 17.00 - przybija duza drewniana barka. Wysiadaja spoznieni o godzine Amerykanie. W koncu stajemy na pokladzie solidnej zydowskiej lodzi. Jeden z marynarzy zawiesza polska flage. Z glosnikow - co za niespodzianka - rozlega sie polski hymn. Z usmiechem, z wyrazem niespodziewanego zachwytu wstajemy, stajemy na bacznosc... Spiewamy nasz narodowy hymn, potem spiewamy Barke. Ksiadz Adam czyta Ewangelie. Rejs to okazja do podziwiania wieczornych widokow Genezaret. Jest to tez okazja do wysluchania homilii-wykladu o biblijnym znaczeniu tego akwenu. Plona latarenki, pojawiaja sie dalekie swiatla Tyberiady. W koncu zaczynaja sie plasy przy muzyce zydowskiej. Shalom aleyhem, Balalayka i inne kawalki z zelaznego repertuaru kazdej hebrajskiej biesiady. W koncu, po niecalej godzinie docieramy do Tyberiady, miasta o charakterze turystycznym. Tam wsiadamy do autokaru, wracamy do hotelu. Ogloszenia, organizacja jutrzejszego dnia i w koncu kolacja: arabska zupa, a na drugie chleb pita, humus (rodzaj pasty z ciecierzycy), kuskus z ciecierzyca, goraca kukurydza, salatki i kurczak. Na deser pomarancze. O 20.30 tradycyjne spotkanie wieczorne: powtorka z calego dnia, sprawy organizacyjne i wspolna modlitwa. Koniec dnia, zamglony wzrok, a tu kolejny piekny dzień o krok...

C.D.N.